0
Dwa spełnione marzenia Marzeny Grydź-Willems

 Na Światowym Festiwalu Polonijnych Zespołów Folklorystycznych w Rzeszowie — już jako para małżeńska

Na Światowym Festiwalu Polonijnych Zespołów Folklorystycznych w Rzeszowie — już jako para małżeńska Fot. archiwum

We współczesnym zabieganym i wypełnionym ciągłym utyskiwaniu życiu jakże jest przyjemnie, kiedy się ma rozmówcę, który nie tylko że nie narzeka, a z całym uzasadnieniem mówi: „Jestem człowiekiem szczęśliwym, albowiem udało mi się zrealizować swoje przynajmniej dwa marzenia, które towarzyszyły mi od samego dzieciństwa!”

O tym, że będzie nauczycielką, przy tym obowiązkowo klas początkowych, Marzena wiedziała od dzieciństwa. No, bo jak mówi, mogło być inaczej, skoro rodzice, Regina i Alojzy Grydź, oboje wykładowcy Wyższej Szkoły Rolniczej w Białej Wace „przynosili” do domu życie szkolne. Ciągle tu mówiono o dzieciach, lekcjach, nowych kierunkach nauczania, o trudnościach, które trzeba pokonywać. Cieszyli się osiągnięciami swych wychowanków, a wraz z nimi cieszyła się ich trójka — Marzenka, Danusia i Zbyszek.

Pierwsza szkoła początkowa była w Czarnym Borze. Daleko to było do Wojdat, gdzie rodzina mieszkała, ale wyboru nie było. Owszem, Pogiry były bliżej, ale w tym osiedlu była tylko szkoła w języku rosyjskim, a to dla państwa Grydź było nie do pomyślenia, by ich dzieci szły do innej szkoły niż polskiej. Oboje Polacy, patrioci, wychowani w ojczystej mowie i na ojczystych melodiach, to samo chcieli przekazać swym dzieciom.

Właśnie melodiach. Regina, w latach studenckich do chóru polskiego zespołu pieśni i tańca „Wilia” uczęszczała, a Alojzy był stałym widzem, więc kiedy tylko ten zespół występował, całą rodziną wybierali się na koncerty.
Jak dziś mówi Marzena, koncerty „Wilii” dla nich były jak niemalże święta religijne, bo doskonale wiedziała, jak mama z ojcem się szykowali, jak czekali, z jakim trudem zdobywali bilety. Koncertu „Wilii” opuścić nie mogli. Cały ten zapał rodziców przekazał się dla trójki rodzeństwa — wszyscy byli później jego członkami.

 Tegoroczne Święta Bożego Narodzenia Fot. archiwum

Tegoroczne Święta Bożego Narodzenia Fot. archiwum

Kiedy mała Marzenka zobaczyła na scenie te migocące się cekinami serdaczki, te szerokie kolorowe spódnice tak fantastycznie w tańcu wirujące — siedziała jak urzeczona i odtąd największym jej marzeniem było, by kiedykolwiek w takim stroju na scenie wystąpić.

Ale do tego trzeba było dorosnąć. Szkoła początkowa w Czarnym Borze pozostawiła u Marzeny niezatarty ślad. Z racji na pierwszą nauczycielkę Krystynę Subotkiewicz, która była pedagogiem z prawdziwego zdarzenia. Dlatego też w ciągu jednej chwili zapominała o trudach siedmiokilometrowej drogi, kiedy tylko wchodziła do klasy. Ich pani uczyła nie tylko czytać, pisać, ale tak umiejętnie, tak fachowo wprowadzała na tą wąziutką wówczas dla nich ścieżkę wiedzy, którą z latami sami — jak umieli, jak potrafili — rozszerzali.

— U nas mniej się mówiło np. o ekologii, jak to jest dzisiaj — wspomina moja rozmówczyni. — Ale kiedy nauczycielka wyprowadzała nas na osiedle, by sprzątać np. przystanek, to potem każdy z nas wiedział, że ani tu, ani w innym miejscu nie można śmiecić — mówi Marzena. Zamyśla się, jakby przenosząc się w te lata już odległe, a po chwili dodaje: „W szkole tej było dużo wspaniałych nauczycieli, dojeżdżających z Wilna, np. Alicja Worotyńska, siostra nieżyjącego już znanego poety Sławomira”.

Po ukończeniu szkoły w Czarnym Borze w życiu Marzeny następnie było Gimnazjum im. Adama Mickiewicza w Wilnie. Też daleko — dojazd codzienny do stolicy, ale za to blisko do… zespołu, o którym tak marzyła.
— A z tym zespołem to też były trudności — żartuje moja bohaterka, — bo do „Wilii” musiałam dorosnąć. Wiekowo. Wiedziałam, że jest dziecięcy zespół „Wilenka”, który w naszej szkole koncertował i też bardzo mi się spodobał, ale kiedy trafiłam do Wilna, to się okazało, że jestem do niego „za dorosła”. I tak to „zawisłam ” wiekowo w tej próżni — mówi Marzena.
Ale wreszcie nastąpił ten dzień, kiedy mogła na próby do tanecznej grupy przygotowawczej, która była w jej wymarzonej „Wilii”, uczęszczać. Jak każdy zapewne marzyła, by jak najszybciej na scenie wystąpić, ale konkurencja była duża — musiała dobrze popracować, tym bardziej, że przyszła bez żadnego przygotowania. Niektóre jej koleżanki miastowe były przedtem w „Wilence”, czy też „Świteziance”, ona musiała dorastać. Tym razem w mistrzostwie, pod tak fachowym okiem niezapomnianej Zofii Gulewicz. Marzenka nie zawiodła oczekiwań znanej choreograf.

A potem nastąpił okres studiów. Po ukończeniu mickiewiczówki wybrała się do Lublina, by studiować pedagogikę klas początkowych. No i aby też tańczyć.
Wybór Lublina też był nieprzypadkowy. Kiedy była w klasie przedmaturalnej, do Wilna, w tym też do ich gimnazjum, przyjechał zespół taneczny z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Wtedy zdecydowała: pojedzie do Lublina, by się uczyć i tańczyć.
Tak się też stało, a że miała już podstawy tańca zdobyte w „Wilii”, chętnie przyjęto ją do studenckiego zespołu tanecznego tej uczelni, w którym tańczyła lat sześć.

— Owszem, proponowano mi pracę w Polsce, ale swoje strony wołały, rodzina, no i „Wilia” — mówi Marzena. — Chciałam pracować w zawodzie. U siebie, w Wilnie. A że tak się świetnie stało, że dyrektor Gimnazjum im. A. Mickiewicza Czesław Dawidowicz zaproponował, bym chwilowo zastąpiła chorą nauczycielkę, chętnie z tej propozycji skorzystałam. I tak ta moja „zamiana” przeciągnęła się na lata. Z tym gimnazjum jestem związana po dziś dzień.

Z synkiem Adrianem  Fot. archiwum

Z synkiem Adrianem Fot. archiwum

Nie tylko jako pedagog, ale też jako założycielka i choreograf dziecięco-młodzieżowego zespołu tańca „Sto Uśmiechów”.
Historia narodzenia tego dziś tak znanego nie tylko na Litwie, ale i poza jego granicami zespołu, który niedawno lat dwadzieścia już zaliczył (o czym „Kurier” pisał osobno), jest też, jak mówi moja dzisiejsza bohaterka, trochę przypadkowa.
Na Litwie tuż po odrodzeniu niepodległości zaczęły się rodzić zespoły ludowe. W tym też w szkołach. Była „Wilenka” , była „Świtezianka”, były inne szkolne kolektywy. Dlatego też dyrektor szkoły pewnego dnia Marzenie Grydź zaproponował: „A może, Marzenko, i ty założysz jakiś szkolny zespolik?”.
Jak gdyby jej myśli odczytał, ale jak dziś mówi: „Trochę się wahałam, bo marzyć i planować, owszem, ale powołać zespół? Czy dzieci zechcą? Czy sama dam radę? Męczyły mnie te wątpliwości, ale wtedy wróciłam wspomnieniami do swego dzieciństwa, gdy to ja w takim wieku jak oni chciałam tańczyć, więc ogłosiłam początkowo dla swej klasy, że odbędzie się próba taneczna. Kto chce może przyjść. Wieść ta poszła po całej szkole i na pierwszej próbie miałam 80 dzieci. Po miesięcznym okresie próbnym zostało 60. Podzieliłam na dwie grupy i tak się zaczęło.

Kiedy mówimy o zespole, a Marzena może o nim mówić godzinami, podkreśla kilkakrotnie, jak wielką pomoc miała i ma w swej siostrze Danucie (również choreograf z wykształcenia), która obecnie jest kierownikiem „Sto Uśmiechów”. Bo Marzenka, z racji na macierzyństwo, trochę musiała się wyciszyć. Trochę, gdyż nadal pełni funkcje choreografa w przedszkolu Źródełko” i w Gimnazjum im. Mickiewicza, skąd przychodzi narybek do „Sto Uśmiechów”.
Historia miłości Polki Marzeny i Holendra Marka Willemsa jest tak bardzo romantyczna i taka bardzo nowoczesna. I tu, jak za chwilę się dowiem, tą „swatką” był… taniec.
A było to tak. Marzena wielokrotnie doskonaliła kunszt taneczny na kursach w Polsce, tam też ukończyła 3-letnie studium choreograficzne. Na takie szkolenia przyjeżdżała młodzież dosłownie z całego świata. Wszyscy, komu nieobcy był taniec. Jak obecnie często Marzena i Mark wspominają, poznali się prawie dwadzieścia lat temu, ale tak naprawdę wypatrzyli siebie dosłownie po siedemnastu latach.
Kiedy na pochodzie w Rzeszowie, gdzie co roku odbywają Światowe Festiwale Zespołów Polonijnych, Mark idąc wzdłuż maszerujących i poszukując znajomych podszedł do Marzeny, początkowo się zlękła, jak będą się porozumiewać, on słabo znał polski, a ona słabo angielski. Ale jakoś to im poszło, a wieczorem przypadkowo spotkali się na dyskotece. Kiedy Mark opowiadając o swych podróżach powiedział, że w tylu krajach był, a Litwy nie zna, ona z grzeczności zaprosiła: „No to przyjedź”. Nie potrzebowała tego powtarzać, bo Mark powiedział: „To może teraz, kiedy będziesz wracać, wybiorę się do Wilna?”

0-lecie Wilii — na scenie z grupą weteranów  Fot. archiwum

0-lecie Wilii — na scenie z grupą weteranów Fot. archiwum

No cóż, słowo się rzekło. Został zauroczony Wilnem, no i Marzeną, bo po pół roku korespondencji, dzwonków telefonicznych, para stanęła na ślubnym kobiercu w wileńskim Kościele Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (Franciszkanów). Jak i przystało — z asystą, licznym orszakiem weselnym, w którym było sporo gości z Holandii.

A potem zaczęło się życie na dwie strony. Marzena jeszcze przed ślubem zaznaczyła, że Wilna nie opuści. Mark, mający pracę w bardzo solidnej firmie międzynarodowej i jeżdżący stale w delegacje służbowe, do tego spisu dołączył Litwę. Czyli trzy tygodnie spędza poza Litwą, a już czwarty tydzień jest dla rodziny. Żony i kochanego synka Adriana, który urodził się trzy lata po ślubie.
O dziecku Marzena, jak każda mama, opowiadać może godzinami, tak samo tato, jak tylko wolną minutę wykroi, leci jak na skrzydłach z Eidhoven, by się nacieszyć ciepłem domu rodzinnego, by zobaczyć najnowsze prace taneczne Marzeny w zespole, który powołała i w którym nadal się udziela, by świętować wszystkie okazje.
A kiedy mają więcej czasu, wyruszają w świat, bo oboje bardzo lubią podróżować. Ale, jak mówi moja dzisiejsza bohaterka, duża podróż poślubna jeszcze przed nimi.
Podróż poślubną, owszem, mieli. Do Słowacji, bo tam przebiegał Festiwal Tanecznych Zespołów Dziecięcych. Więc połączyli podróż poślubną z pasją życiową, która ich złączyła.
O czym marzy jeszcze Marzena? Właśnie o dużej podróży poślubnej do Meksyku. Obowiązkowo się wybiorą, kiedy tylko synek podrośnie i kiedy będzie trochę więcej luzu.

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.