0
Krystyna Stankiewicz: Cieszyć się radością dnia codziennego

Za kilka lat Krystyna i Henryk obchodzić będą 30- lecie małżeństwa Fot. z albumu rodzinnego

Za kilka lat Krystyna i Henryk obchodzić będą 30- lecie małżeństwa Fot. z albumu rodzinnego

„Przeczuwałam, że zapyta mnie pani o to, dlaczego wybrałam medycynę i dlatego chyba pierwszy raz w życiu sama się nad tym zastanowiłam” — mówi moja dzisiejsza rozmówczyni Krystyna Stankiewicz, pielęgniarka oddziału intensywnej terapii i reanimacji Antokolskiej Filii Wileńskiego Szpitala Klinicznego.

„To fantastyczny pracownik, bardzo ciepła kobieta, wrażliwa. Oby więcej było takich w tym zawodzie, a wtedy i pobyt w szpitalu nie byłby straszny” — powiedziała mi moja koleżanka, która Krystynę zna od dawna, zna nie tyko z pracy w szpitalu, w którym kiedyś leczyła się jej mama, zna ją również z „Wilii”, w której Krystyna występowała, zna również z działalności w klubie seniorów tego zespołu.

Wystarczy dosłownie kilka minut rozmowy, a już sama mam możliwość się przekonać, że wszystkie te dobre słowa o Krystynie Stankiewicz nie są przesadą. Jest bardzo delikatna, taktowna, wrażliwa, czyli jak najbardziej odpowiadająca zawodowi, w którym już 32 lata pracuje.
Krystyna, z domu Bujnicka, jest wilnianką. I tak się złożyło, że większa część jej życia związana jest z wileńskim Antokolem. Dzielnicą, gdzie na świat przyszła, gdzie przebiegało jej dzieciństwo, młodość i gdzie 32 lata w Antokolskiej Filii Wileńskiego Szpitala Klinicznego pracuje.

A więc jak Antokol, to najpierw była szkoła średnia nr 5, rozlokowana wówczas jeszcze w starym budynku. Do tej słynnej „piątki” chodziły trzy córki państwa Bujnickich: najstarsza Alina, średnia Krystyna i najmłodsza Inessa.
Alina ukończyła matematykę, Inessa pielęgniarstwo położnicze, a Krystyna marzyła o biologii.
„Nie, medycyny w planach nie było. Wręcz odwrotnie, chowałam się jeżeli wiedziałam, że do kogoś z bliskich wezwano pogotowie, a co dopiero mówić o zastrzyku. Okropnie bałam się też krwi” — mówi Krystyna. „Co dotyczy biologii, to na to ogromny wpływ miała moja nauczycielka Krystyna Krzywicka. Byłam w niej dosłownie rozkochana, jako w pedagogu, kobiecie. Była ładna, mądra i bardzo wyrozumiała dla nas” — przypomina moja rozmówczyni.

Tym niemniej do szpitala ją ciągnęło, bo, jak za chwilę się dowiem, ulubionym miejscem jej spacerów był właśnie nieopodal domu rozlokowany Szpital Antokolski. Przychodziła tu bardzo często wieczorami i długo długo wpatrywała się w świecące okna sali operacyjnej.

Biały kitel Krystyna włożyła przed 32 laty i nigdy nie żałowała swej decyzji w wyborze zawodu Fot. z albumu rodzinnego

Biały kitel Krystyna włożyła przed 32 laty i nigdy nie żałowała swej decyzji w wyborze zawodu Fot. z albumu rodzinnego

— Jaka to była fantastyka, kiedy tato z Moskwy przywiózł dla mnie dużą lornetę. Mogłam sobie spokojnie „zaglądać” do… sali operacyjnej. To była dla mnie swoista magia, mistyka, ten widok ludzi w białych kitlach pochylonych nad stołem operacyjnym. Te światła sali, kiedy większość okien było ciemnych, przyciągały, nie pozwalały od tego widoku się uwolnić — mówi Krystyna. — Wtedy zapewne nie zdawałam sprawy z ważności tego, co ci ludzie robią, widziałam w tej pracy może więcej romantyki, niż poświęcenia codziennego, swoistego bohaterstwa, które obecnie obserwuję pracując obok.

Mimo że Krystyna bała się krwi, ale od wczesnego dzieciństwa zetknęła się z lekarzami. Pierwotna diagnoza brzmiała: wrodzona wada serca. Profesor Algimantas Marcinkevičius był tym, co to operację serca dla pięcioletniej dziewczynki przeprowadził i — na szczęście — obalił tę diagnozę. Tym niemniej na serce uważać musiała.
— Byłam bardzo ruchliwa, lubiłam sport, gimnastykę, tańce, ale ta przeprowadzona w dzieciństwie operacja często stawiała „stop” dla wielu moich tak ulubionych zajęć. Bałam się ryzykować, bali się rodzice, bali się ryzykować trenerzy. Wiele lat byłam pod obserwacją lekarzy i tak się do nich przyzwyczaiłam, że sama przychodziłam na wszystkie badania, no i bardzo chciałam być samodzielna — śmieje się Krystyna.

Po ukończeniu szkoły złożyła dokumenty na biologię do Uniwersytetu Wileńskiego.
— Konkurs był duży. Powiodło mi się niesamowicie z tym, że egzamin przyjmował profesor Ričardas Kazlauskas, który dobrze znał język polski. I właśnie w swoim ojczystym języku odpowiadałam. Otrzymałam piątkę, jak zaznaczył profesor, z plusem. Ale dalej było gorzej. Bo terminy matematyczne w języku litewskim były dla mnie nieznane, po prostu je poplątałam i nie dostałam się na wymarzone studia. Cóż było robić, poszłam rok popracować — mówi moja rozmówczyni.
Ta pierwsza, jak żartuje wymuszona praca, to było laboratorium w fabryce dziś już nieistniejącej „Venty”. Dlaczego właśnie tu?
Bo była tu, jak się dowiem, możliwość praktycznego zgłębienia chemii, matematyki, które by jej się przydały podczas kolejnych egzaminów wstępnych na studia.

Okres ten moja rozmówczyni przypomina z jak największym sentymentem. Iluż tu ludzi światłych, wykształconych spotkała. Jaka była ciekawa młodzież z różnych miast byłego Związku.
Z pracy tej odchodziła płacząc, tak ciężko było się rozstać z ludźmi tu poznanymi, ale była stanowcza: studia musiały być. Jednak z biologii zrezygnowała, wybrała Szkołę Pielęgniarską, którą ukończyła z celującym dyplomem.

I oto prawdziwa pierwsza praca, jak sama o niej mówi, praca, do której tak wsiąkła, że nie zauważyła nawet, że już 32 lata tu pracuje. W tym samym szpitalu, na tym samym oddziale.
W tym miejscu Krystyna się zamyśla, że jej te lata tak szybko tu przeleciały, a ja kieruję rozmowę na temat rodziny.

— A jakże, oczywiście jest mąż, są dzieci — z uśmiechem na twarzy odpowiada. — Z Henrykiem zapoznała mnie moja koleżanka, byliśmy razem na weselu u wspólnych znajomych, no i tak to się zaczęło.
Dwa lata ze sobą chodzili, Henryk często Krysię do zespołu „Wilia”, którego była uczestniczką odprowadzał, (najpierw chodziła do grupy tanecznej, ale trzeba było dbać o serduszko, więc przeszła do chóru). Chodzili na spacery, no i jak cała ówczesna polska młodzież wileńska, spotykali się w kościele pw. Ducha Świętego. Po dwóch latach przyjaźni w tym kościele ksiądz pobłogosławił związek małżeński młodej pary, Krystyny Bujnickiej i Henryka Stankiewicza, na nową drogę życia.
Po roku urodziła się Karolinka, dziś robiąca magisterkę w Gdańsku z dziedziny historii sztuki, a po trzech latach Łukasz.

Czy było ciężko? Chyba jak dla każdej kobiety.
— Ciężej było, kiedy zaczęliśmy budować dom rodzinny, wymarzony — przypomina Krystyna. — Może sami na takie ryzyko i nie poszlibyśmy nie mając za dużo pieniędzy, ale Heniek otrzymał mały, z takim trudem wywalczony skrawek ojcowizny w swych rodzinnych Fabianiszkach. Doskonale wiedziałam jak dla niego był ważny dom rodzinny na swej ziemi, wtedy uwzięliśmy się — dom zbudujemy.
O tej epopei osobne artykuły pisać trzeba by było, bo czego tylko się nie imali, by dorobić dodatkowy grosik. I oczywiście wszyscy jak mogli pracowali przy budowie.

Nikt jednak w pracy podstawowej nie widział nigdy Krystyny zdenerwowanej, bo wiedziała, że swe problemy trzeba zostawić w domu, najwyżej można zwierzyć się po cichutku koleżankom. Ale z problemami zawodowymi długo to nie wychodziło.
Ponieważ od razu po ukończeniu szkoły pielęgniarskiej jako bardzo zdolna absolwentka mogła wybierać, dokąd pójdzie pracować. Zdecydowała złożyć podanie do naówczas najbardziej prestiżowego szpitala, określanego „specówką”, bo tu ludzie sztuki, kultury, no i cała nomenklatura się leczyła. Czyli, wybór był na pewno staranny. Została przyjęta. Co prawda, nie do tego oddziału, o którym marzyła — chirurgii, bo tu wszystkie etaty były zajęte. Zaproponowano reanimację. Długo się nie wahała, pomyślała: spróbuję, a potem z biegiem czasu przejdę do chirurgii.

No i tak to przejście, o którym już dziś zapomniała, trwa już ponad 30 lat.
— Czy jest trudno? Chyba jak na każdym innym oddziale. Oczywiście, może tu potrzebna jest czasami większa operatywność, bardzo ważne jest scalenie wszystkich ogniw, kiedy pacjent tego potrzebuje, to wie każdy, kto sam tu był albo miał bliskich — mówi Krystyna. — No może też potrzebna jest jeszcze większa cierpliwość, wszak nasi pacjenci tego bardzo potrzebują.

Kwiaty to pasja Krystyny, sadzi je obok swego domu Fot. z albumu rodzinnego

Kwiaty to pasja Krystyny, sadzi je obok swego domu Fot. z albumu rodzinnego

Kiedy umarł pierwszy z jej pacjentów, którym się opiekowała, płakała jak po bardzo bliskim człowieku i poszła się z nim pożegnać. Teraz trochę lżej przeżywa takie chwile, które na szczęście nie są częste, tym niemniej dzień, kiedy nie udaje się uratować człowieka, jest nadal dla niej i całego personelu przytłaczający, chociaż doskonale wie, że lekarze, cały personel zrobili wszystko, by człowieka uratować. A kiedy już nadchodzi ta chwila, to ona z koleżankami z pracy zapalają przy odchodzącym gromnicę, bo przecież rodzina nie zawsze może to zrobić. Tym niemniej, jak mówi, do śmierci przyzwyczaić się nie można. I gdyby nie wiara w Boga, byłoby jeszcze ciężej takie chwile przeżyć. Kompensują te trudne chwile inne — kiedy pacjent wraca do zdrowia. I mówi jedyne a tak potrzebne dla każdego słowo: dziękuję. Bo bardzo boli, kiedy czasami rodzina doskonale wiedząca, że człowiek ma np. ostatnie stadium raka, jest skazany na śmierć, stawia dla ludzi tu pracujących pytanie: dlaczego go nie uratowaliście? Na szczęście takich osób jest mało, więcej dobrych, życzliwych, zarówno kolegów w pracy, którym może się zwierzyć, jak też pacjentów.
— Iluż to ludzi ciekawych tu poznałam, ludzi sztuki, kultury. Kiedyś zdawało mi się, że to ludzie tak zasłużeni, tak znani, że nam, jak określam szeregowym, do nich bardzo daleko. Pracując w szpitalu miałam i mam możliwość po raz kolejny przekonać się, że im człowiek jest bardziej wykształcony, bardziej znany — tym skromniejszy. I całe szczęście, że jest więcej ludzi ceniących naszą pracę — mówi Krystyna.

— Ale samemu pracownikowi chyba trudno ocenić tak odpowiedzialną, trudną pracę, wymagającą codziennego poświęcenia, która jest tak skromnie opłacana przez państwo? — pytam Krystynę.
— Oczywiście, wynagrodzenia mamy jakie mamy i dlatego staramy się pracować na więcej niż na jednym etacie, a to nie jest łatwe — odpowiada.
Pomimo to Krystyna nie narzeka. Bo i jak sama mówi, powodów nie ma. Ma dobrego, oddanego męża, dobre dzieci, wymarzony dom, kwiaty pod oknem, które kocha.
Ma wreszcie swą „Wilię”, gdzie na spotkania weteranów stara się przychodzić i w miarę możliwości aktywnie w nich uczestniczyć. Ma wreszcie swą paczkę kolegów z tejże „Wili”, którą tworzyli i tworzą na czele z Janem Dzilbą: ona, była solistka i chórzystka tego zespołu Jola Maciejewska, Irenka Jankowska, no i dwie Janki…
Życie doświadczyło jej kolegów. I jakże się cieszy, jeżeli któremuś z nich może okazać nie tylko swą pomoc przyjacielską, ale i fachową. I to dla niej największa radość z wybranego przed laty zawodu. Bo ulubiona praca i rodzina — to podstawowe rzeczy, które wpływają na radość dnia codziennego.

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.