0
Wesołe święta i dzień powszedni w licznej rodzinie Stackiewiczów

Rodzinne spotkanie z okazji I Komunii św. wnuczki Patrycji Milun w Kościele Wniebowstąpienia Pańskiego w Ejszyszkach  Fot. archiwum rodzinne

Rodzinne spotkanie z okazji I Komunii św. wnuczki Patrycji Milun w Kościele Wniebowstąpienia Pańskiego w Ejszyszkach Fot. archiwum rodzinne

Imię, nazwisko: Janina Stackiewicz. Urodzona: 1938 r. Miejsce zamieszkania: wieś Purwiany w rejonie solecznickim. Osiągnięcia: 11 dzieci. W roku bieżącym administracja samorządu rejonu solecznickiego przedłożyła z okazji Święta Matki nagrodzić Janinę Stackiewicz orderem „Za zasługi dla Litwy”, które to nagrody corocznie w maju tradycyjnie wręcza prezydent.

Starsza pani w białej chustce na głowie przejmuje się naszym z kolegą Marianem najściem: bo jakże tu obcym ludziom streścić całe swoje bogate i trudne życie. Co najważniejsze? Co warte uwagi? Co mniej istotne? Myśli, wydarzenia, emocje zmieniają się i przeplatają jak w kalejdoskopie. Uczucie żalu za tym, co stracone bezpowrotnie, zamienia się w radość i wdzięczność za to, co się posiada dziś. A najważniejszą radością, za którą pani Janina Stackiewicz nieustannie dziękuje Najwyższemu, są dziś po prostu 8 córek i 3 synów — kolejno w miarę przychodzenia na świat — Władysław, Teresa, Stanisław, Maria, Józef, Janina, Lilia, Olga, Lucyna, Waleria, Rita. Także ich latorośle: 28 wnuków i 7 prawnuków. Dziś wszyscy się rozpierzchli po dalszym i bliższym świecie, pozakładali własne rodziny, doczekali własnych pociech.

Roczne święta są okazją do spotkań całej rodziny w jej licznym gronie — w Boże Narodzenie, Wszystkich Świętych, Wielkanoc. Jedynym miejscem spotkań całej rodziny jest żółty ciasnawy domek rodziców. Wszyscy zlatują się do mamy.
— W Święta Bożego Narodzenia jest nas zawsze blisko 20 osób, gwarno jest, a w drzwiach to trzeba czasem bokiem się przeciskać, bo przodem po prostu się nie da — śmieje się Rita, najmłodsza, jedenasta córka mieszkająca z mamą. — W Wielkanoc zbiera się nas jeszcze więcej, wtedy przyjeżdża siostra z rodziną mieszkająca na Łotwie, inni bracia i siostry z dziećmi, wtedy przenosimy się na grilla do podwórzowej altany. W podwórku samochody, dookoła dzieci, wnuki, ruch, jest gwarno, wesoło — podwórko kipi życiem. Każdy chce coś opowiedzieć, podzielić się nowinami, wymienić się prezentami.
Dzieci przyjeżdżają też całymi rodzinami osobno: wtedy można mieć mamę na wyłączność i porozmawiać na osobności.

Zwyciężczyni konkursu z wiedzy o Konstytucji RL Rita Piechowska z prezydent  Fot. archiwum rodzinne

Zwyciężczyni konkursu z wiedzy o Konstytucji RL Rita Piechowska z prezydent Fot. archiwum rodzinne

Wszystkie Święta Wielkanocne w rodzinie odbywały się podobnie. Wielkie przygotowania rozpoczynają się już tydzień przed świętami. Rita sporządza listę zakupów, kupuje potrzebne produkty. W sobotę razem z siostrami mieszkającymi w Purwianach rozpoczyna wielkie szykowanie dań.
— W sobotę od rana razem z mamą (to ona w tym procesie wiedzie prym) farbujemy jajka. Kiedy jeszcze był z nami tato i mieliśmy własne kury, malowaliśmy 100-150 jajek na minimum 6 różnych kolorów (czerwone, żółte, zielone, niebieskie, pomarańczowe, fioletowe) i rozkładaliśmy do niewielkich plecionych koszy, które tato plótł sam z wikliny. Wileńskie siostry (tak je nazywamy) po przyjeździe zawsze biegły oglądać kraszanki. A po rezurekcji kolorowe jajka były rozdzielane między wszystkie córki i synów. Teraz już każda siostra farbuje jaja u siebie, po spotkaniu wszyscy wymieniają się kraszankami — opowiadała Rita.
W niedzielę wszyscy jadą na mszę rezurekcyjną do Kościoła Wniebowstąpienia Pańskiego w Ejszyszkach. Po Mszy świętej wspólnie nakrywają do stołu — zaangażowani są wszyscy z wyjątkiem dzieci, „żaczków”, które w tym czasie z koszyczkami idą na wieś do znajomych po jajka. Gdy dzieci wrócą, wszyscy siadają do stołu, by podzielić się święconką. Po posiłku wymieniają prezenty, uwagi, oglądają malowane jajka. Kiedy już wyczerpią się tematy „co u ciebie” rozpoczyna się koncert w wykonaniu rodzinki. W tym dniu wszyscy „kaczają” jajka, grają w bitki — czyje jajko mocniejsze.

Pani Janina pochodzi z rodziny, w której się wychowało 6 dzieci. Urodziła się na Białorusi we wsi Jenczy w rodzinie rolników Edwarda i Anny Cybulskich. W 1944 r. poszła do szkoły, ale udało jej się skończyć tylko 3 klasy. W głodne powojenne czasy musiała iść do pracy, jak mówi, „służyła” u gospodarzy rolników. Przez całe lato, dzieciak jeszcze, pasła i doiła krowy, pełła, kopała ziemniaki. Za cały rok pracy dostawała w zapłatę aż… woreczek zboża.

— Wysuszysz to zboże na piecu, potem zmielisz w żarnach, upieczesz — tak nadzwyczajnie ten chleb wtedy smakował — opowiada pani Janina.
Potem jako nastolatka pracowała jako pomoc domowa w rodzinie żydowskiej w Wilnie. Gotowała, sprzątała, na piechotę chodziła z placu Łukiskiego na ryneczek pod Halą po produkty. Chłopaki się za nią oglądali, ale los chciał, że na pewnym weselu poznała swego przyszłego męża.

Mamę i córkę Ritę łączą najbliższe więzi  Fot. Marian Paluszkiewicz

Mamę i córkę Ritę łączą najbliższe więzi Fot. Marian Paluszkiewicz

— Władek uśmiechnął się do mnie, ja do niego, zaprosił do tańca i już nie puścił. Odprowadził do domu, pogonił natrętnego sąsiada, który mi ciągle dokuczał. I tak, mileńka, po paru latach ożeniliśmy się. I on, i ja — gołe, bose, on biedny latał, ciężko pracował. Przeżyliśmy razem 47 lat. Nigdy nawet porządnie nie pokłóciliśmy się. We snach mi teraz ciągle pomaga — zwierzała się moja rozmówczyni w naszej swojskiej podwileńskiej gwarze.
Wybudowali własny domek. Obaj pracowali w kołchozowej fermie w Purwianach, co to w rejonie solecznickim. Razem wychowywali dzieci, które przychodziły na świat rok po roku.
— Na szczęście były niepłaczliwe, spokojne. Dziękuję stokrotnie Panu Bogu, że wszystkie zdrowe. Jak jakieś dziecko było głodne, to „zamarmocze” tylko trochę — opowiadała.
W międzyczasie trzeba było ciężko pracować. Trzymało się w domu konia, osiem prosiaków, o kurach nie wspominając. Jeszcze dwie krowy i dwa byczki, na każde trzeba było naszykować po 5 wozów siana na zimę. A żeby dostać siano, trzeba było na polu sowchozowym doglądać, pleć i zebrać buraki. Dzieciom nie trzeba było powtarzać, zawsze mówiły: „Ja, mamuśka, pomogę”.

Jak sobie radziła z całą gromadką dzieci?

— Chleb przynosiłam do domu całym naręczem, ciasto na bliny mieszałam w ogromnej niecce. Ale nic to, jak urosły dzieci, to potem wnuki przyjeżdżały do mnie na lato. Mój mąż Władek żartował, że ciągle mi dzieci brakuje. Jak przyzwyczaję się do nich, to potem płaczę, jak wyjeżdżają — opowiadała pani Janina.

Starsze dzieci pomagały doglądać te młodsze. W niedużym domku stały dwie kanapy, za kredensem kolejne dwie kanapy, w innym pokoju — następne. Cały dom był zastawiony kanapami.

 Mama Janina z tatą Władysławem i córką Janiną (rok 1972)  Fot. archiwum rodzinne


Mama Janina z tatą Władysławem i córką Janiną (rok 1972) Fot. archiwum rodzinne

Jedenastą córkę Ritę urodziła w wieku 49 lat.
— Poszłam do lekarza, a on mnie pyta, czy zdecyduję się na dziecko. To mówię, że tak. A lekarz, że przecież już swój wiek mam. No to jeszcze raz mu powiedziałam, że będę miała to dziecko. I urodziłam — opowiada pani Janina zwyczajnie, jak o czymś bardzo oczywistym i niepodlegającym wątpliwościom.
— Tak, jak mnie przyzwyczajono do pracy w domu, tak sama wychowywałam dzieci: żeby pomagały, do pracy nawykły, żeby były porządne i uczciwe — opowiada pani Janina.

Za dobrą pracę rodzina otrzymała poza kolejką samochód Żiguli za 7 tys. rubli — luksus na owe czasy. Za dobre wychowanie dzieci i pracowitość w 1989 r. władze sprezentowały piętrowy dom w Purwianach. Mieszka tam dziś córka Lucyna, która najwięcej mamie pomagała przy pracy na fermie. Ze strony państwa była to bardzo wymierna pomoc. W 1974 r. Prezydium Rady Najwyższej ZSRR nagrodziło Janinę Stackiewicz orderem Matki Bohaterki.

Dzieci pani Janiny również doczekały licznego potomstwa: córka Teresa mieszkająca na Łotwie ma czwórkę dzieci i troje wnuków, córka Olga, która zamieszkała z mężem w Jaworze w Polsce, doczekała 9 niezwykłych, bardzo zdolnych dzieci. Dziś prowadzi prywatną firmę, angażuje się w działalność charytatywną.

W niedużym żółtym domku od rana w wysokim kaflowym piecu wesoło trzaska ogień. Mamę i jej najmłodszą córkę łączy chyba najbliższa więź. Rita jest najbliżej nie tylko w sensie fizycznym, ale też duchowym: otacza mamę troską, dba o zdrowie, odgradza od problemów rodzinnych, krząta się. Mama czeka, kiedy Rita wróci z pracy, tęskni, wygląda przez okno.

Dwie córki — Waleria i Lucyna — również mieszkają w Purwianach. Kiedy Rita jest w pracy albo wyjeżdża gdzieś na dłużej, opiekują się mamą.
W ich życiu najgorszy był rok 2003, kiedy nieoczekiwanie zachorował i szybko zgasł tato. Rita uczyła się wtedy w 10 klasie. Mama i najmłodsza córka zostały w żółtym domku we dwie.
— Pomyślałam, że muszę jakoś dać sobie radę w życiu i zdobyć wyższe wykształcenie. Zdobyłam licencjat na kierunku prawa, potem zaliczyłam magisterkę. Z czasem trafiłam do Działu Ochrony Praw Dziecka w Samorządzie Rejonu Solecznickiego — opowiadała o swoich kolejach życiowych Rita. Mimochodem wspomina, że jest zdobywczynią pierwszej nagrody wśród prawników z wiedzy o Konstytucji RL, a z rąk prezydent otrzymała egzemplarz Ustawy Zasadniczej z autografem głowy państwa. W nagrodę od Ministerstwa Sprawiedliwości odbyła też podróż po Europie: do Francji, Niemiec, Belgii.

Zdjęcie ślubne Janiny i Władysława Stackiewiczów (rok 1960)  Fot. archiwum rodzinne

Zdjęcie ślubne Janiny i Władysława Stackiewiczów (rok 1960) Fot. archiwum rodzinne

Jak opowiada, duża rodzina to nie tylko wsparcie duchowe. Po śmierci ojca rodzina wspierała ją materialnie w czasie studiów, potem zrobiła zrzutkę na samochód dla Rity.
— Wiem, że w razie nieszczęścia czy kłopotów zawsze mogę na rodzeństwo liczyć. Siostry zwolnią się z pracy, przyjdą z pomocą. U nas tak jest. Zawsze do nich można przyjść, nawet w nocy. Nie zostawią sam na sam z problemami — opowiada Rita.

Obecnie Rita wraz z mężem budują dom w Solecznikach, skąd będzie miała blisko do pracy. Mamę zabierze do siebie, do swego dużego domu.

— Najważniejsze w moim życiu są dzieci. Również syn Władysław doczekał trójki dzieci, córka Teresa ma ich czworo, Ola dziewięcioro, cztery córki i syn; Janina, Lucyna, Waleria i Józef mają po dwie pociechy — opowiada Janina Stackiewicz. — Nie ustaję dziękować Panu Bogu za swoje największe skarby.

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.