3
Krzyż katyński: Rudniki pamiętają

Pomnikiem katyńskim w Rudnikach opiekuje się młodzież z Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” Fot. archiwum

Pomnikiem katyńskim w Rudnikach opiekuje się młodzież z Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” Fot. archiwum

Czarny granit. Katyń. 1940. Rogatywka. Pamiętamy. Tak w beznamiętnym skrócie można opisać pomnik ofiarom mordu katyńskiego, znajdujący się na cmentarzu w Rudnikach w rejonie solecznickim.

Przypuszczalnie jest to jeden z pierwszych znaków pamięci o Katyniu, jakie stanęły w okresie postsowieckim na ziemiach „opuszczonych” przez Polskę, ale nadal zamieszkałych przez Polaków. U podnóża pomnika biało-czerwona wiązanka, znicze, kwiaty. Dziś dba o niego młodzież z białowackiego gniazda Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”.

Kamienny pomnik stanął w miejscu krzyża drewnianego z wykrzywionymi do góry niby do krzyku ramionami z inskrypcją „Ofiarom Katynia”. Pierwszy dębowy krzyż, niestety, mocno nadszarpnął czas i wcześniej czy później musiał on być zastąpiony trwalszym materiałem.

O dziejach pomników dowiaduję się od rudniczanki Krystyny Sławińskiej. To jej śp. mama Irena Alina Aładowicz była inicjatorką postawienia krzyża katyńskiego.

— Moi rodzice to zwykli wiejscy ludzie. Nigdy nie pchali się na afisz ze swoją polskością czy patriotyzmem, ale zawsze godnie to pielęgnowali… Rosłam w przekonaniu, że co polskie — to dobre. Swoją dzisiejszą postawę właśnie im zawdzięczam. Rodzice już nie żyją, ale często przede wszystkim o nich myślę… Że dziś byliby ze mnie dumni — opowiada Krystyna Sławińska.

Krystyna Sławińska Fot. Marian Paluszkiewicz

Krystyna Sławińska Fot. Marian Paluszkiewicz

Jej mama Irena Alina Aładowicz, córka legionisty, później posterunkowego w komisariacie policyjnym w Wilnie, choć nie skończyła studiów, w trudne powojenne sowieckie czasy z pietyzmem utrzymywała w swym domu polskość. Bardzo dużo czytała, zwłaszcza temat Warszawy i Powstania Warszawskiego był jej bliski. Znała dobrze historię Polski, również w córce Krystynie próbowała zaszczepić swe zauroczenie Warszawą. Zawsze marzyła pojechać nawet nie do Rzymu czy innego miasta europejskiego, lecz właśnie do stolicy Polski. Marzenie się spełniło, gdy była już w wieku starszym. Krewny miał oprowadzać ją wtedy po Warszawie, ale to mama właśnie pokazywała wszystkie zakątki, które poznała z książek o Powstaniu. Jej ulubionym pomnikiem był w Warszawie Mały Powstaniec. Wzruszała się niezmiernie przy lekturze „Kamieni na szaniec”, przeżywała to ogromnie.

Pani Krystyna zachowała wspomnienia spisane przez mamę. „U schyłku żywota postanowiłam zostawić córce i wnukowi krótkie sprawozdanie z tego, jak żyłam, czego dokonałam, w co wierzyłam i czego nie tolerowałam” — napisała Irena Alina Aładowicz. Z tych wspomnień wyłania się jakże charakterystyczny przykład losów polskich rodzin z Wileńszczyzny, naznaczonych piętnem wojny, kolejnych okupacji, walk, wywózek, repatriacji, strachu, nadziei, walki o przetrwanie.

— Mama boleśnie przeżywała zakłamanie, zniekształcanie prawdy o Katyniu. Niejedna rodzina na Wileńszczyźnie przeżyła taki dramat — opowiadała Krystyna Sławińska.

„W 1990 roku zorganizowano wycieczkę do Katynia. Byłam tam. Przywiozłam garść ziemi z Katynia. Wszyscy żeśmy ją, przesiąkniętą przecież krwią polską, po kilka grudek ze sobą zabrali.
Po rozmowie z mężem postanowiliśmy, że ziemia ta ma spocząć na rudnickim cmentarzu. Mąż się wystarał o kloc dębowy, w wieczoryskim tartaku zrobiono krzyż, który stanął przy dróżce cmentarnej. Na poświęceniu byli przedstawiciele konsulatu RP, starostwa oraz śp. pan Jerzy Surwiło” — napisane jest we wspomnieniach mamy.

Z upływem lat czas nieubłaganie dokonywał swego dzieła zniszczenia, drewniany katyński krzyż wołał o ratunek. Rudniczanin Juliusz Aładowicz, syn żołnierza Armii Krajowej, zaproponował postawienie solidnego granitowego pomnika, uzgodnił z mamą projekt, własnym kosztem wykonał prace.
— W 2012 r. przywoziłam mamę na cmentarz już na wózku, bo nie mogła chodzić, żeby jej ten nowy pomnik pokazać. Dlaczego mamie tak bardzo zależało, żeby ten pomnik postawić? Po części chciała uczcić pamięć swego szkolnego nauczyciela z tajnych kompletów w Rudnikach Włodzimierza Kasprzykowskiego — opowiadała pani Krystyna.

Włodzimierz Kasprzykowski był oficerem rezerwy. Z początkiem wojny pewnego dnia został wezwany do „wojenkomatu” (komisariatu wojskowego) przez NKWD, po kilku dniach ktoś z rudniczan przypadkiem go spotkał. Kasprzykowski prosił przekazać żonie, że po tygodniu wróci. Nie wrócił.

— Mama znalazła jego nazwisko na liście straconych w Katyniu. Miała dla niego bardzo wiele szacunku. Po części jest to krzyż postawiony na jego cześć, po części niesie pewne przesłanie tym, którzy mieli mylne pojęcie o Katyniu. W tym też dla mnie — przyznaje Krystyna Sławińska.

Opowiada o swoim beztroskim dzieciństwie, przynależności do organizacji pionierskiej i komsomolskiej, młodzieńczej wierze w braterską przyjaźń narodów, najlepszy ustrój socjalistyczny i — całkowicie odmienne pojmowanie historii od tej, którą próbowała przekazać jej mama.

Inicjatorką postawienia pierwszego, dębowego krzyża katyńskiego w Rudnikach była śp. Irena Alina Aładowicz Fot. archiwum

Inicjatorką postawienia pierwszego, dębowego krzyża katyńskiego w Rudnikach była śp. Irena Alina Aładowicz Fot. archiwum

— Jak mogłam uwierzyć w ten horror, że brat strzelał do brata? Przecież w szkole się o tym nie wspominało, brakowało źródeł, nie mówiło się nawet w domu, z obawy, żebym się nie wygadała w szkole. Dopiero kiedy dorosłam, mama próbowała do mnie donieść prawdę o Katyniu, ja z kolei miałam opory, żeby w to uwierzyć. Miałam w pamięci pobyt w białoruskiej wioseczce Chatyń, w której Niemcy spalili białoruskich partyzantów — teraz rozumiem, że było to celowe programowe przekłamanie, żeby nam się myliły pojęcia Chatyń i Katyń — mówi z goryczą.

Pani Krystyna opowiada historię „swego Ostaszkowa”. Po ukończeniu technikum łączności odbywała praktykę na kolei, na kolejnych stacjach przekazywała przesyłki pocztowe. W drodze do Leningradu na stacji w Ostaszkowie przychodził zawsze staruszek, który prosił o czarny litewski chleb. Podczas 20-minutowego postoju Krystyna zwierzyła mu się, że chciałaby zostać w tym pięknym miejscu: piękna przyroda, uzdrowisko, jezioro Sieligier… Staruszek nie miał pojęcia, że jest Polką.

— Dietka, etot gorod stoit na kostiach Polakow, tak powiedział. Opowiadał, jak sowieci strzelali do Polaków w tył głowy, jak jęki rannych były tłumione przez kolejne spadające do rowów ciała. Chyba nie wszystko słyszałam, co do mnie mówił, bo zawalił się wtedy cały mój dotychczasowy świat i „wartości”. Po tej rozmowie wiele rzeczy przemyślałam od nowa. Przeprosiłam rodziców — opowiadała.

Fragment granitowego pomnika katyńskiego w Rudnikach Fot. Marian Paluszkiewicz

Fragment granitowego pomnika katyńskiego w Rudnikach Fot. Marian Paluszkiewicz

Dlatego też, kiedy dziś słyszy narzekania na współczesną młodzież, że nie chce ona czytać lub nie jest rzekomo zmotywowana, mówi zawsze, że każdy ma swój „własny Ostaszków” — swój własny punkt zwrotny, przełomowe wydarzenie, od którego zaczyna się zgłębianie pewnych rzeczy. Bo trzeba do nich po prostu dojrzeć, przewartościować.

— Moi rodzice mieli wiele urazy do reżimu stalinowskiego, do sowieckiego systemu, ale mama nigdy nie powiedziała złego słowa o Rosjanach. Uważała, że są to porządni ludzie i że reżim skrzywdził ich w tym samym stopniu, co ich ofiary. Modliła się zawsze również za tych, którzy strzelali w tył głowy jeńcom w Katyniu. Uważała, że kaci byli poniekąd zakładnikami systemu. Pewnie tak było, musieli wykonywać rozkaz, ale myślę, że w pewnym sensie także padli tam, w tych samych rowach — mówi Krystyna Sławińska.
Jej mama tak napisała w pamiętniku o Katyniu: „Chciano ich nie tylko zamordować. Chciano ich wymazać z naszej pamięci. Ale tak się nie stało. Jest krzyż. Pełgają znicze pod krzyżem. Schylają czoła przechodnie. W zamyśleniu przystaje młodzież szkolna. Pamiętamy”.

3 odpowiedzi to Krzyż katyński: Rudniki pamiętają

  1. JM mówi:

    Szacun Rudniki !

  2. schlange mówi:

    Pani Krystyno, dzięki Pani i dzięki Pani Mamie Polskość trwa na Kresach!!!

  3. Angelika Stepczyńska z domu Aładowicz mówi:

    Myślę, że wiążą mnie więzy krwi z rodziną Aładowicz z Rudnik. Z opowieści dziadka Jana Aładowicz to właśnie z tych okolic pochodził ojciec dziadka, mój pradziadek. W czasie wojny prababcia z dziećmi została wysiedlona w okolice obecnej Bydgoszczy. Pradziadek został uznany za zaginionego. Po wojnie wraz z polskim czerwonym krzyżem mój dziadek Jan wraz z bratem Zbyszkiem odnalazł pradziadek. Założył on drugą rodzinę i miał dwie córki. Dziadek miał trójkę rodzeństwa. Niestety nie udało nam się za wiele informacji uzyskać za życia dziadka

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.