0
Małe codzienne radości wspólnej drogi półwiecza

Helena i Władysław Gryniewiczowie Fot. z archiwum rodzinnego

Helena i Władysław Gryniewiczowie Fot. z archiwum rodzinnego

Obecni w ubiegłą niedzielę na porannej Mszy świętej w wileńskim kościele pw. Jana Bosko z zaciekawieniem spoglądali na ustawione naprzeciwko ołtarza klęczniki i dwa krzesła, na których za chwilę uklękła skromna para. Uklękli, by odnowić przysięgę małżeńską, by podziękować Najwyższemu za 50 lat bycia razem.

„Ręce mi dosłownie drżały zapewne bardziej niż wtedy, kiedy zawieraliśmy nasz związek małżeński — powie mi potem w rozmowie Helena Gryniewicz o tej tak wzruszającej chwili. — To z tej radości, tego wyróżnienia, którym proboszcz świątyni ks. Alessandro Barelli nas zaszczycił. Byłam nawet tym zażenowana, gdyż nie jesteśmy z mężem za bardzo nawykli do takich uhonorowań, ale co tam kryć, ta serdeczność trzech kapłanów, którzy w naszej intencji się modlili, to dla nas największy prezent za całą naszą wspólną drogę życia”.
Tak się życie ułożyło, że Władysław Gryniewicz nie potrzebował swej żony poszukiwać za morzami, górami. Wszak z tej samej wsi Strakiszki, co to leży w rejonie trockim, pochodzą. Do tej samej wsi, gdy tylko mają czas, ze stolicy jak na skrzydłach lecą, by ciszą wiejską się nacieszyć, by ręce w ziemi rodzinnej zanurzyć i co roku na kolejny przez siebie wyhodowany nawet najskromniejszy plon oczekiwać. No, bo jak bez tego. Chociaż wieś już nie ta sama.

— Gdyby pani wiedziała, jaka to była wieś wesoła, jak liczne były rodziny, ile to dzieci na podwórkach się bawiło, czy też krowy pasło, a potem ilu to młodych ludzi do klubu na zabawy tu przychodziło — wspomina z rozrzewnieniem moja dzisiejsza rozmówczyni. Zamyśla się i ze smutkiem kontynuuje:  „Teraz większość domów jest pusta, starzy ten świat opuszczają, a młodzi za granicę wyjeżdżają, w poszukiwaniu lepszego życia. My nie mieliśmy też zbyt łatwo, ale byliśmy nawykli od dzieciństwa do pracy”.
Helena z domu Abucewicz. Jedna z pięciorga rodzeństwa. W domu na pewno się nie przelewało, ale rodzina była zgodna, pracowita, pobożna. Takie to największe bogactwo Abucewiczowie swym dzieciom w posagu dali, by niosły go przez całe życie, a potem tym darem bezcennym ze swoimi dziećmi się dzieliły.

Tacy byli przed pięćdziesięciu laty Fot. z archiwum rodzinnego

Tacy byli przed pięćdziesięciu laty Fot. z archiwum rodzinnego

W rodzinie Władysława była czwórka dzieci. Jego ojciec umarł wcześnie, więc mama musiała wziąć na swe barki całe gospodarstwo. Dlatego dzieci wiedziały, że pomagać rodzicom trzeba. Każde dziecko, jak wracało ze szkoły, zabierało się do prac gospodarskich w miarę swych sił.
Szkoła początkowa była na miejscu, w Strakiszkach, a potem każde dziecko z tej wsi musiało do szkoły w Starych Trokach, odległych o cztery kilometry od ich wsi, iść pieszo. Czyli cztery kilometry w jedną stronę, cztery z powrotem. Taką drogę codziennie, co prawda, w różnych latach pokonywali moi bohaterowie. Wszak Władysław cztery lata starszy od Heleny.

Kiedy mówię, że Władysław Helenę chyba od dzieciństwa wypatrzył, ona się uśmiecha i mówi: „Kto tam wie, co u niego w duszy było, ale bawiliśmy się w różnych wiekowo kompaniach, wszak on był podlotek, a ja dziecko, więc i kolegów miał starszych. Doskonale pamiętam, jak byłam z koleżankami na podwórku, kiedy wracał do domu po trzyletniej służbie wojskowej. Owszem, wszyscy przywitaliśmy chłopaka z radością, wszak wiedziałyśmy, że trzy lata był daleko od domu rodzinnego” — przypomina Helena.
Władkowi widocznie ta młoda, ładna dziewczynka wpadła w oko, kiedy jeszcze była w szkole, bo na tychże wsiowych zabawach do tańca zaczął ją zapraszać, niby to przypadkowo na drodze wiejskiej ją spotykać, do ich domu po sąsiedzku zaglądać.
A i ona doskonale wiedziała, że chłopak porządny, pracowity, z szacunkiem do swej mamy się odnoszący, wszak tak blisko żyli, więc kiedy tylko osiemnaście lat skończyła, zaczęli mówić o wspólnej drodze życia . „Urodzona jestem we wrześniu, a już w maju roku następnego na ślubnym kobiercu w kościele pw. Zwiastowania NMP i św. Benedykta w Starych Trokach stanęliśmy. Jaki to był wspaniały dzień. Ciepło było jak latem, nikt nie potrzebował nawet sweterka włożyć, tak nam pogoda dopisała, więc goście wróżyli, że będę miała też takie pogodne życie” — mówi Helena.

A kiedy przypomina swoje wesele, to mówi, jak ludzie kiedyś umieli się bawić. Zjeżdżały się liczne rodziny, ubijano wieprza, zapraszano kilka gospodyń do pomocy i hulano. Co się zowie, z muzykantami, tańcami. I tak trzy, cztery dni. A potem w następną niedzielę trochę w mniejszym gronie spotykano się na „poweselinach”.
A wracając do wspólnego życia mówi: „Może tam i nie mieliśmy z mężem bardzo dużo radości w tym naszym pracowitym życiu, bo ani do podróży dalekich nie nawykliśmy, ani do zbytniego luksusu, najlepiej jest nam w domu, kiedy zbiera się cała rodzina i latem, kiedy możemy wrócić na odzyskaną ojcowiznę”.

Praca była cały czas w mieście. W różnych miejscach Helena pracowała, a i dziś nie siedzi bezczynnie. Ale najbardziej zapamiętała pierwszą pracę w piekarni przy ulicy Konarskiego. Chleb piekła.
„To niesamowite uczucie piec chleb, ten produkt codzienny na każdym stole, mnie się zdawało, że ten fantastyczny jego zapach towarzyszy mi w codziennej drodze powrotnej do domu” — przypomina moja rozmówczyni.
Do domu, do Strakiszek, ale już domu rodzinnego Władysława wracała, wszak tam po ślubie zamieszkała. Mimo że mieszkali liczną rodziną — oni z mężem, teściowa, brat męża — przypomina ten okres bardzo dobrze, bo było zgodnie, ale oczywiście jaka kobieta nie marzy o swoim mieszkaniu. Więc kiedy po wielu latach pracy na budowie Władysław otrzymał przydział na budowę mieszkania spółdzielczego, byli szczęśliwi wszyscy. Wszak i rodzina się zwiększyła. Do dwupokojowego nowego mieszkania w malowniczej dzielnicy Lazdynai Gryniewiczowie przyjechali już z trzyletnim synkiem Zenkiem. Młodszy o pięć lat Grześ urodził się już w Wilnie. W tym mieszkaniu, w którym rodzice mieszkają po dziś dzień.

Dorosłe dzieci, jak te ptaki z domu rodzinnego już wyfrunęły. Zenon pracuje na budowie, a Grzegorz jest kierowcą tira. Ale znów, jak mówi moja rozmówczyni, tak dobrze się ułożyło, że rodzina starszego Zenona w tej samej dzielnicy miasta mieszka, a młodszego w Starych Trokach, czyli ze swoimi korzeniami nie zerwali.
Nie zerwali też z podstawowymi wartościami, w których byli wychowali: wiarą, tradycjami, mową ojczystą.
„Moi synowie są pobożni, bo z tym wyrośli. Wiadomo, kiedy byli młodzi, widząc czasami negatywne przykłady trochę się buntowali, że zamiast w łóżku się wylegiwać, muszą być na Mszy świętej. Czasami może tam i w duszy się buntowali, ale zawsze im tłumaczyłam, że życie nie składa się tylko z wylegiwania, że wiara, obowiązek, praca, przestrzeganie tradycji jest bardzo ważne. Zresztą widzieli, że my tak żyjemy, że bardo się tego trzymamy, więc z biegiem lat nie tylko to zrozumieli, ale i swym dzieciom przekazują” — kończy Helena.
Dzieci Zenona już dorosłe. Córka Jola ma 23 lata, a syn Andrzej 18. Od dzieciństwa są w kościele nie tylko na Mszach świętych, bo i w półkoloniach organizowanych w parafii pw. Jana Bosko co roku uczestniczyli i w chórze młodzieżowym. Jola muzycznie uzdolniona, gra, śpiewa. A i Andrzej z radością do świątyni w Lazdynai przychodzi. Podobnie jest w rodzinie młodszego syna Grzegorza, który wraz z żoną Haliną cieszy się dwójką udanych dzieci: 19-letniego Ewalda i 14-letniej Eweliny.

 Odnowienie ślubu w wileńskim kościele pod wezwaniem Jana Bosko Fot. z archiwum rodzinnego

Odnowienie ślubu w wileńskim kościele pod wezwaniem Jana Bosko Fot. z archiwum rodzinnego

O dzieciach Helena, jak to każda mama i babcia, może mówić godzinami, szczęśliwa jest z wyboru synów, którzy wybrali dobre, mądre żony. „No i Polki — dodaje — bo przecież każdemu się chce swoje ojczyste korzenie zachować”.
Kto był inicjatorem odnowienia ślubów małżeńskich? „Chyba mąż o tym pierwszy powiedział, że musimy uklęknąć i podziękować za naszą wspólną drogę życia. Z chęcią się zgodziłam, bo rzeczywiście oboje jesteśmy szczęśliwi, że tyle lat w zgodzie, miłości udało się nam przeżyć. Nie zapraszaliśmy całej rodziny, bo mamy żałobę po mamie, ale bez kościoła być nie mogło. A potem oczywiście zebraliśmy się na obiad w domu rodzinnym” — mówi Helena.

I znów moja rozmówczyni wraca do tego wzruszającego momentu odnowienia ślubu.
— Bo chwili tej, kiedy kapłan do nas się zwrócił, nie zapomnimy nigdy. Wszak po raz kolejny ożył w naszych sercach ten majowy dzień przed pięćdziesięciu laty. Jak gdyby film wspaniały nam przed oczyma przeleciał — te pięćdziesiąt lat. I mimo że już tydzień od tej chwili minął, mamy oboje doskonale utrwalone te słowa przysięgi, którą złożyliśmy przed pięćdziesięciu laty, tam w świątyni w Starych Trokach, i po półwieczu powtórzyliśmy zgodnie trzykrotnie kolejny raz. Bo jakie małżeństwo nie marzy o potwierdzeniu tych sakramentalnych pytań stawianych przez kapłana, słowem: „Chcemy”.
Czy chcecie coraz doskonalej miłować się wzajemnie, biorąc za wzór ofiarną miłość Chrystusa, który oddał za nas swoje życie?
Czy chcecie okazywać sobie coraz głębszy szacunek i żyć w doskonałej wierności małżeńskiej?
Czy chcecie wspierać się wzajemnie w troskach i radościach, w zdrowiu i chorobie, służąc sobie z serca i modląc się za siebie, aż do końca waszego życia?
…Kwiaty od dzieci, najbliższych, znajomych. I radość szczególna, że Pan Bóg pozwolił im doczekać takiej uroczystej chwili.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.