1
70 błogosławionych lat kapłaństwa Księdza Antoniego Dilysa

mm

Uroczysta procesja wprowadza Jubilata do kościoła Fot. Teresa Worobiej Fot. Teresa Worobiej

16 czerwca 1946 roku na wezwanie Boga i biskupa: „Czy pragniesz zostać kapłanem”, ksiądz Antoni odpowiedział: „tak”. I wówczas zapadło wypowiedziane przez biskupa sakramentalne: „Tyś kapłan na wieki”.

Dochował danej Bogu i ludziom przysięgi, bo przez wszystkie swe lata leczył ludzkie dusze i serca.
Czwartkowa uroczystość rozpoczęła się godzinną adoracją Przenajświętszego Sakramentu, którą prowadzili księża i alumni. A rozpoczęła się słowami pieśni pod gitarę:
„To Pan, On Tu/ Jest pośród nas/ I króluje nad nami/ W Jego ręku jest nasze zbawienie”./
Msza św. rozpoczęła się odśpiewaniem „Barki”:
„Pan kiedyś stanął na brzegu/ Szukał ludzi gotowych pójść za Nim/ Swoją barkę pozostawię na brzegu/ Razem z tobą zacznę nowy dziś łów”./

Arcybiskup Gintaras Grušas, biskup Arūnas Poniškaitis i prawie 40 księży z całej diecezji wileńskiej oraz wierni z wielu parafii, którym posługiwał. Mszę poprzedził wspaniały dar zaprzyjaźnionego z księdzem małżeństwa z Polski — Marii i Waldemara Kochanowskich: przepiękny ornat z wizerunkiem patrona księdza św. Antonim oraz stuła z wypisanym jego jubileuszem.

70 lat kapłaństwa to bardzo dużo. Jubilat dziś tylko Bogu dziękuje za przeżyte lata (ponad 93) względnie dobre zdrowie i setki otrzymanych od Boga i ludzi  łask. Dziękuje nawet za lata łagrów w Kazachstanie i Workucie.
— To był prawdziwy uniwersytet poznania życia, różnych sytuacji, ludzi. Nie było lekko, ale dopiero teraz zaczynam rozumieć, jak Bóg mnie tam miał w swojej opiece. Podczas żadnego przesłuchania nikt mnie nie tylko nie uderzył, ale nawet palcem nie tknął ani z politruków, ani ze współwięźniów. Tymczasem wielu więźniów bito podczas przesłuchiwania i to czasem nawet okrutnie – zwierza się ks. Antoni.

mmm

Życzenia, życzenia, życzenia… Fot. Teresa Worobiej

A jeśli chodzi o kapłaństwo, to powołanie było pieczołowicie wypielęgnowane w domu. Wywodzi się bowiem z głęboko wierzącej rodziny, która zawsze była przy kościele, choć jak sam przyznaje, tą kapłanką domu była bardziej matka Antonina i z nią był bardzo zżyty. Ojciec też posługiwał przy kościele, był zakrystianem i głęboko wierzący.
A więc zarówno wiarę, jak i wychowanie moralne wyniósł jak najbardziej z rodzinnego domu. Ponieważ matka Antonina była Polką, a ojciec Józef Litwinem w domu rozmawiano w obu językach i nigdy z tego powodu nie było żadnych nieporozumień. Miał też dużo wzorców do naśladowania: rodzeństwo, licznych krewnych, dobrych kapłanów zarówno Litwinów, jak i Polaków. Warunki materialne w domu nie były łatwe, ale dzięki dobrym ludziom, chleba nie brakowało.

Studia seminaryjne rozpoczął w 1941 roku w Wilnie, a ukończył po zamknięciu przez bolszewików wileńskiego seminarium już w Kownie. Święcenia kapłańskie otrzymał 16 czerwca 1946 roku (niestety, mama nie doczekała tej chwili).
To też był w pewnym sensie cud — przy różnych zmianach politycznych seminarium kilka razy było rozpędzane.  Ale to skoro już Bóg kogoś wybiera do swojej posługi, to z większymi lub mniejszymi przygodami zawsze doprowadza do szczęśliwego finału.
Nasz rozmówca bardzo ciepło wspomina swoje lata w seminarium.

Gdy zgłosili się (trójka Litwinów) do swego księdza, z tym że chcą wstąpić do seminarium, ksiądz im raczej odradzał, bo czasy były bardzo niepewne politycznie. Oni się jednak nie zrazili. Choć było ich tam tylko kilku Litwinów, bo ogromna liczba zarówno alumnów, jak też wykładowców byli to Polacy (w tym bł. dziś już ks. Michał Sopoćko) — to żadnych zgrzytów narodowościowych nie było. Wręcz odwrotnie, Polacy wiele im pomagali.
Pewną jednak przesadą byłoby powiedzieć, że otaczali księdza sami dobrzy ludzie. Wszak na zsyłce znalazł się też dzięki swoim „rzekomym przyjaciołom”, którzy sformułowali przeciwko niemu fałszywe zarzuty.
Bez sądu otrzymał wyrok 25 lat więzienia. Na szczęście odsiedział tylko 7, bo chyba i tu zadziałało Boże Miłosierdzie.
Dopiero niedawno sobie ksiądz uświadomił, że pomimo ciężkiej i trudnej pracy na zesłaniu, to przez cały czas miał jakiś specjalny status.

Nie łatwe były też lata kapłaństwa w okresie sowieckim. Niejednokrotnie namawiano księdza do współpracy z KGB, ale ni razu nie uległ, choć trochę go to kosztowało. Niektórzy jego koledzy ulegli, ale całkiem nie mieli lżej, bo przez całe lata musieli lawirować, a niejednemu i sumienie nie dawało spokoju. Kapłani w tamtych latach nie tylko nie mogli katechizować dzieci, ale uczestniczyć w zebraniach. Ale i z tym sobie poradzili. Świętowali często gremialnie swoje imieniny, urodziny i tam rozmawiali o sprawach kościoła, o swojej pracy, jedni drugich podtrzymywali na duchu.

— Zawsze całe swoje życie i każdą sytuację zawierzałem Bogu. Modlitwa, pokora i skrucha były mottem mojego życia. A że w tym życiu nie zabrakło także cierni, to teraz myślę, że to tylko na dobre mi wyszło – mówi ks. Antoni.
Dziś te słowa może już nie są tak popularne, bo w pewnym sensie są napiętnowane krzyżem, a my, wierni, tak często go unikamy. Lubimy komplementy, oklaski, wysokie stanowiska. Ale życie nam pokazuje, że dość często bywa inaczej. Ksiądz nigdy nie sięgał po żadne wysokie tytuły kościelne i praktycznie żadnych nie otrzymał. To właśnie jego cicha kapłańska posługa ludziom i pokora wydały odpowiedni owoc. Po pierwsze, był lubiany przez wiernych, zawsze miał i nadal ma wielu przyjaciół nie tylko wśród wiernych, ale i wśród kapłanów. Nie zapominały o nim także i wysokie osobistości.

Z okazji 25-lecia kapłaństwa otrzymał osobiste błogosławieństwo od papieża Pawła VI. W 1996 roku otrzymał imienne błogosławieństwo od dziś już świętego Jana Pawła II.
W październiku 2009 roku nasz jubilat został nagrodzony przez  prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Zesłańców Sybiru. Natomiast w 2013 roku z okazji 90. urodzin swoje apostolskie błogosławieństwo seniorowi ks. Antoniemu przysłał papież Benedykt XVI. A przed kilkoma dniami, 16 czerwca, otrzymał osobiste błogosławieństwo od papieża Franciszka.

Jak więc widzimy, powiedzenie Chrystusa dwa tysiące lat temu, że wielu pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi, całkiem nie straciło na aktualności również w XXI wieku.

— Nie wiem, którym z kolei u Boga jestem i będę, ale mam cichą nadzieję i zdaję się całkowicie na Jego Miłosierdzie, bo wszak od dzieciństwa codziennie się modlę słowami: „…Święta Maryjo, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej. Amen”. Tak mam takie same słabości i pokusy jak wszyscy i nie zawsze potrafiłem im się oprzeć, ale liczę na Miłosierdzie – dodaje ks. Antoni.
Prawdopodobnie śp. ks. Jan Twardowski kiedyś powiedział, że boi się swego kapłaństwa, a zarazem klęka przed swoim kapłaństwem. To taki trochę paradoks, bo gdy udziela posługi kapłańskiej to i on, i jego posługa jest święta i błogosławiona przez Boga, a w życiu prywatnym jest tylko człowiekiem jak każdy inny. Czysto po ludzku trudno jest to zrozumieć, ale u Boga wszystko jest możliwe. To tylko On jeden potrafi zło w dobro przemienić i z największego grzesznika uczynić świętego.

Kiedy zapytałam księdza, która z posług kapłańskich była i jest dla niego najtrudniejsza, bez wahania odpowiedział, że słuchanie spowiedzi.
— Każdy penitent przychodzi ze swoimi mniejszymi lub większymi upadkami, niekiedy z wieloma kłopotami czysto ludzkiej natury, trudnymi sytuacjami życiowymi i oczekuje od spowiednika pomocy, porady, to całkiem nie jest takie łatwe wczuć się w cudzą sytuację i dać dobrą poradę – mówi ksiądz Antoni.

Z pewnością nie łatwe, ale ludzie się garnęli do niego jako spowiednika, czasem przyjeżdżali nawet z innych parafii, przemierzając sporo kilometrów. Widocznie nie jest łatwa to misja, ale ksiądz każdego człowieka do siebie po ojcowsku przytulał i udzielał kapłańskiego błogosławieństwa oraz mocą Boga odpuszczenia grzechów.
Zawsze wydawało mi się, że dobrze znam księdza Antoniego, bo przez wiele lat był moim proboszczem, to jednak się myliłam, bo nie spodziewałam się, że jest taki pedantyczny. Właśnie podczas ostatniej naszej rozmowy wyjął swój notesik (prowadził też dzienniczek) i powiedział, że w ciągu 70 lat kapłaństwa odprawił 41 tys. 891 Mszę św., (w tym 1 000 na zesłaniu), wysłuchał setki tysięcy spowiedzi, ślubów, pogrzebów itp.

nnnn

70 pąsowych róż wręczył dziekan i proboszcz katedry ks. Virginijus Česnulevičius Fot. Teresa Worobiej

Podczas jednej ze swoich homilii papież Franciszek tak oto powiedział o kapłaństwie:
„Pan namaścił nas w Chrystusie olejem radości, a to namaszczenie zachęca nas do przyjęcia i wzięcia na siebie tego wielkiego daru: radości, kapłańskiej pogody ducha. Radość kapłana jest cennym darem nie tylko dla niego, ale także dla całego wiernego ludu Bożego”.
Franciszek podkreślił, że kapłańska radość jest niezniszczalna. Może być ona uśpiona lub przytłumiona grzechem czy też troskami życia, ale w głębi, pozostaje nienaruszona. Jest też radością misyjną, ściśle związaną ze świętym ludem Bożym, jest po to, aby namaszczać święty wierny lud Boży, aby chrzcić i bierzmować, aby leczyć i uświęcać, by błogosławić, by pocieszać i ewangelizować potrzeba też wiele hartu ducha.

Nie nam, dziennikarzom, oceniać dorobek 70 lat kapłaństwa Czcigodnego Jubilata. Dorobek ten ocenił czas i wypowiedzi wiernych, którym posługiwał.
Właśnie dosłownie przed kilkoma dniami ukazała się wspaniała i bardzo ładnie wydania książka staraniem redaktora naczelnego czasopisma „XXI amžius” Romasa Bacevičiusa o całokształcie życia i posługi księdza pod tytułem „Tarp gyvenimo akistatu” (Między paralelami życia).
Jest to pięknie ilustrowany zbiór bardzo osobistych wypowiedzi księdza od wczesnego dzieciństwa aż po dzień dzisiejszy. Są w niej zebrane publikacje dziennikarskie i bardzo dużo zdjęć poczynając od najstarszych archiwalnych aż po najnowsze.
Książkę już można nabyć we wszystkich przykościelnych kioskach oraz w księgarni „Kataliku pasaulys”.
Jakkolwiek książka ma bardzo dobry i udany tytuł, po jej przeczytaniu nazwałam ją sama dla siebie: „Spowiedź kapłana”.
Dla mnie to rzeczywiście jest spowiedź, spowiedź aż do bólu szczera. Myślę, że nie tylko ja tak ją odebrałam. Właśnie za tę szczerość i otwartość serca, wielkie Ci dzięki Czcigodny Jubilacie.

Gdy zapytałam mego rozmówcę, czym dzisiaj żyje, jak wygląda jego dzień powszedni, znowu padła bardzo szczera i zarazem prosta odpowiedź:
— Dokonuję bilansu przeżytych lat. Dziękuję Bogu za wszystkie łaski, przepraszam za swoje słabości i potknięcia. Modlę się często słowami: „O mój Jezu, cichy i pokorny, uczyń serce moje według Serca Swego”.
Czcigodny Kapłanie, gdy po Mszy św. wyszedł z kościoła ten rozmodlony lud, to padało pod Twoim adresem jeszcze bardzo wiele ciepłych słów i błogosławieństw, które z pewnością dobry Bóg wysłucha. Nie wspomnę o licznych pozdrowieniach oraz kwiatach.
Szczęść Ci Boże, Szanowny Jubilacie!

Jedna odpowiedź do 70 błogosławionych lat kapłaństwa Księdza Antoniego Dilysa

  1. schlange mówi:

    Również z Korony Szczęść Boże Jubilatowi!!! )))

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.