1
Jak świętować Jana, to w Janowie!

Każdy z trójki towarzyszących w wyprawie do Janowa o wsi tej miejscowości może opowiedzieć wiele. Od lewej: starosta Tadeusz Alancewicz, sołtys Stanisław Krzyżewski oraz dawny mieszkaniec tej wsi Zygfryd Mieżaniec Fot. Marian Paluszkiewicz
image-78480

Każdy z trójki towarzyszących w wyprawie do Janowa o  tej miejscowości może opowiedzieć wiele. Od lewej: starosta Tadeusz Alancewicz, sołtys Stanisław Krzyżewski oraz dawny mieszkaniec tej wsi Zygfryd Mieżaniec Fot. Marian Paluszkiewicz

Przed nowym otwartym przed półtora rokiem Domem Wspólnoty w Sużanach wre praca. Wszak tylko kilka dni do tej wspaniałej owianej legendami najkrótszej nocy zwanej Świętojańską, Kupały, albo Sobótką.

Bo ta noc od prastarych wieków jest wielkim misterium ognia i wody i w głównej mierze poświęcona była tym żywiołom.
Ognie płonęły na leśnych polanach, wzgórzach i na rozstajach dróg, a palone nad brzegami wód nadawały im, według wierzeń, właściwości lecznicze i magiczne.
Plecenie wianków, zabawy, no i poszukiwanie magicznego kwiatu paproci. Czyli święto, święto!

A jak już świętować, to chyba najlepiej w miejscowości noszącej nazwę od Jana, czyli Janowie. Ale niekoniecznie jechać do Jonavy (Janowa) odległej od Wilna prawie o sto kilometrów, dziewiątego pod względem wielkości miasta na Litwie, które w tym dniu przybiera nazwę stolicy Janów. Bo i rzeczywiście Jonasów i Janin zbiera się tu wówczas sporo.

„Na tym kamieniu umieścimy napis pamiątkowy, świadczący o tym, że była tu już historyczna przeprawa” — mówi starosta gminy Fot. Marian Paluszkiewicz
image-78481

„Na tym kamieniu umieścimy napis pamiątkowy, świadczący o tym, że była tu już historyczna przeprawa” — mówi starosta gminy Fot. Marian Paluszkiewicz

Janowo znajdziemy bliżej. W rejonie wileńskim. A faktycznie aż dwie wsie, nazwy których mają w rdzeniu Jan: Janówka i Janowo. Ale z poszukiwaniami ludzi noszących to stare piękne imię będzie gorzej. Kiedy przed kilkoma laty odwiedziliśmy wieś Janówkę w rejonie wileńskim (starostwo podbrzeskie), ani Jana ani Janiny tu nie znaleźliśmy. Żadnej osoby.
Może nam bardziej się powiedzie w Janowie leżącym w gminie sużańskiej, gdzie to stykają się trzy rejony: wileński, malacki oraz święciański? Gmina ta jest jedną z najbardziej oddalonych od Wilna, o 40 kilometrów. Ale to przecież o połowę mniej niż do Jonavy i o wiele piękniejszej, bo przez jej teren płyną 4 rzeki i tu się mieści największe na Litwie jezioro Asveja (Oświe), ciągnące się pasmem 30 kilometrów.

Kiedy umawiamy się na spotkanie, starosta wyżej wymienionej gminy Tadeusz Alancewicz chętnie się zgadza, obiecuje towarzyszyć w wyprawie do wsi Janowo (Jonininių kaimas), no i oczywiście choć jednego Jana odnaleźć.
Mówi, że wieś jest bardzo mała, zaledwie siedmiu stałych mieszkańców. Wielu przyjeżdża tylko latem do domów rodzinnych przekształconych w domy wczasowe. Teren tu bardzo piękny i jeszcze nienaruszony. Nowe budowle tu zabronione, można domy tylko rekonstruować albo budować na starych fundamentach.

Kiedy jedziemy wąską drogą wśród lasów, przez które widoczne są tafle wód jeziornych, myślę o tym, jakby tu się przydało pióro poety, wszak Sużany oraz ich okolice mogłyby być miejscem nieustającego natchnienia i inspiracji twórczej. Dalekie od zgiełku dużych miast, ze wszech stron otoczone taflą czystych niezmąconych wód, w których nadal są ryby, wabią kuracjuszy i — na szczęście — choć na lato dzieci do domów rodzinnych. Wszak starych mieszkańców już bardzo mało, a młodsi przenieśli się stąd do Sużan, Niemenczyna albo stolicy.

Zygrfyd doskonale pamięta, jak z mamą płynęli ma drugą stronę jeziora, gdzie była już Litwa Fot. Marian Paluszkiewicz
image-78482

Zygrfyd doskonale pamięta, jak z mamą płynęli na drugą stronę jeziora, gdzie była już Litwa Fot. Marian Paluszkiewicz

Zauroczyła mnie ta przyroda, a wszak towarzyszący naszej wyprawie sołtys Stanisław Krzyżewski oraz dawny mieszkaniec wsi Janowo Zygfryd Mieżaniec, obecnie mieszkający w Sużanach, tyle ciekawego mają do opowiadania.

Pan Zygfryd przypomina nam o tej kiedyś zwanej Republice Sużańskiej, na której toczyły się bohaterskie walki oddziału partyzanckiego „Błyskawica”, o zrywie wyzwoleńczym w obronie zniewolonej przez okupanta ludności, o tym, jak kiedyś właśnie tu nad jeziorem była przeprawa łódkowa, którą on jeszcze jako mały chłopak płynął kiedyś z mamą na drugą stronę jeziora, gdzie była Litwa.
Teraz w tym miejscu leży ogromny ważący 8 ton głaz, na którym, jak mówi starosta Tadeusz Alancewicz, w najbliższej przyszłości zostanie umocowana tabliczka, świadcząca o tej historycznej przeprawie.
Starosta już piąty rok pełni tu funkcje gospodarza. Z dumą opowiada o swojej gminie, która pod względem wielkości obszaru jest jedną z największych w rejonie wileńskim (prawie 18 tys. ha).

W 93 wsiach i chutorach: Sużanach, Werusowie, Daniłowie, Skirlanach, Gryciunach… mieszka ok. 2 400 mieszkańców. Gwoli przypomnienia, Polacy stanowią tutaj 84 proc., ludności, Litwini 10 proc., a Rosjanie oraz ludzie innych narodowości — pozostałe 6 procent.
Na rozległych terenach gminy znajduje się aż 13 jezior, a największe z nich to Asveja (Oświe), nazywane także jeziorem Dubińskim. Razem zbiorniki wodne — jeziora i rzeki — stanowią 650 ha obszaru tej gminy. Tereny leśne zajmują 6 240 ha, zaś 11 670 ha stanowią tzw. użytki rolne, czyli jest to ziemia nadająca się do uprawy.

Jesteśmy bardzo wdzięczni nie tylko za tę oraz wiele innej cennej informacji, ale i za dotrzymanie nam towarzystwa, wszak mówiąc szczerze, sami nie dalibyśmy rady tu dotrzeć. Wieś Janówka nie ma zwartego zabudowania, a domy są rozrzucone daleko jeden od drugiego, jak to kiedyś miejscowi mówili — na kolonii. To dla nas taka łamigłówka, ale nie dla pana Zygfryda, który zna tu każdy pagórek, każde drzewko, każdy zamieszkany i każdy opuszczony dom w latach repatriacji powojennej albo później.

„Po tej prawej stronie drogi był stary cmentarz, na którym grzebano mieszkańców Janówki. Od lat już nieczynny, bo teraz, jak ktoś umiera, jest chowany na cmentarzu parafialnym w Sużanach” — mówi Zygfryd.

Jan Szpakow (od lewej) włączył do pomocy kierownika wspólnoty tarakańskiej Stanisława Pieślaka, by tradycyjne święto Janów było w Sużanach udane Fot. Marian Paluszkiewicz
image-78483

Jan Szpakow (od lewej) włączył do pomocy kierownika wspólnoty tarakańskiej Stanisława Pieślaka, by tradycyjne święto Janów było w Sużanach udane Fot. Marian Paluszkiewicz

— Teraz faktycznie raz do roku przychodzą tu tylko ludzie, aby go uporządkować i to w zasadzie siłami gminy, bo krewnych tych, co tu pochowani, prawie nie pozostało — dodaje Stanisław Krzyżewski.
A Mieżaniec jak gdyby we wspomnieniach przenosi się do lat swej młodości i dalej kontynuuje: „Tu był dom Piotra Mieżańca, tam oto ten dziś już duży las posadzili rodzice Hani Trumpakalskiej. Była tu gleba piaszczysta, nie nadawała się do uprawy, a las bardzo pasował. I oto zobaczcie, jakie piękne już drzewa. Teraz należy do Hani, która całe życie przepracowała jako nauczycielka.
A tam za pagórkiem będzie moja ojcowizna opuszczona przeze mnie, ale na szczęście gospodarzy tu rodzina mojej siostry Zofii”.

Widok, który się przed nami otwiera, jest fantastyczny. Nie tylko z racji na położenie, ale też z racji na zagospodarowanie. Każdy skrawek ziemi jest zasadzony, wypucowany przez pracowitych gospodarzy. Siostra Zygfryda Zofia po dziś dzień w Niemenczynie w przedszkolu pracuje, ale jej mąż Władimir Kunczin jest w domu. Emeryt może się tej pracy koło domu udzielić, ale oczywiście to piękne ukwiecenie terenu, to zasługa jego żony. Po ukończeniu Instytutu Mechaniki w dawnym Leningradzie (obecnie Petersburg) pełnił wiele odpowiedzialnych funkcji, kierował gospodarstwami rolnymi.

Obecnie jest na emeryturze, cieszy się, że może tu na łonie przyrody odpocząć i popracować. „No, bo jak bez tego” — dodaje.
Celem naszej wędrówki jest spotkanie w tymże Janowie z Janem Malukiem. Bo Jan w tej wsi jest jedyny. Taki, o którym by osobne artykuły pisać wypadało. O jego pracowitości, zaradności i gospodarności. A wszak jest po przeszczepie serca. On to najbardziej wie, ile zdrowie kosztuje.

Zagroda Jana Maliuka to cały kompleks domków, łaźni, altanek — wszystkiego, co potrzeba do dobrego wypoczynku Fot. Marian Paluszkiewicz
image-78484

Zagroda Jana Maliuka to cały kompleks domków, łaźni, altanek — wszystkiego, co potrzeba do dobrego wypoczynku Fot. Marian Paluszkiewicz

Ale pech, w dniu, kiedy odwiedziliśmy jego otwartą w bieżącym sezonie zagrodę turystyczną, akurat był na zabiegu w szpitalu. Anżeła Wołyniec, która pomaga rodzinie Maluków ten kompleks prowadzić, chętnie nam wszystko w tej sadybie pokaże. Ileż tu pracy włożono, ileż starań. Domki pachnące jeszcze świeżością bierwion rozrzucone są nieopodal jeden drugiego. Dróżka, wiodąca nad jezioro, wymoszczona, co krok altany, łaźnia, kubeł z wodą — słowem, wszystko, co trzeba do odpoczynki i biesiadowania. No, bo jak bez tego. Piękna sala przyjęć cała prawie z kamienia zebranego na polach rodzinnych, w której doskonale za długim stołem może usiąść ponad 40 biesiadników.

— Przyjmowaliśmy tu naszych gości z Polski — z Pasymia i Węgierskiej Górki, z którymi od lat przyjaźnimy się i współpracujemy — mówi Tadeusz Alancewicz. — Na terenie gminy mamy kilka takich zagród turystyki wiejskiej, ale ta jest najnowsza, no i właściciel nosi imię Jan.

— Dlaczego nadano mi takie imię? O, to trudne pytanie i chyba raczej do moich rodziców — mówi w rozmowie telefonicznej Jan Maluk.

„W rodzinie więcej Janów nie było, więc ja byłem wyjątkowy. Moi rodzicie przenieśli się do tych stron z Walkininek w rejonie wareńskim, bo tu babcia zbudowała dom. Co robiłem w ciągu życia? Niech pani raczej pyta, czego nie robiłem. Ciężko pracowałem. Byłem kierowcą w kołchozie, potem taksówkarzem w stolicy. A jak nastały czasy odrodzenia, jeździłem na handel. Na pewno wszystko to dało się we znaki memu sercu, ale inaczej żyć nie umiem. Bo kiedy półtora roku czekałem na przeszczep serca, to te schody wiodące do jeziora sam zrobiłem, jak też altanki. No, bo jak bez pracy, nie nawykłem siedzieć bezczynnie. A kiedy wróciłem z nowym sercem, to w ciągu półtora roku te oto domy zbudowałem, to znaczy robotnicy budowali, ale przecież sam dbałem o majstrów, dostawę materiałów. Słowem, jakoś to mi szybko wyszło. Oczywiście cieszy, że marzenia moje się realizują, ale najwięcej się cieszę, że dosłownie z tamtego świata znów do życia wróciłem. I za to ogromny pokłon naszym lekarzom. Wszak przeżyłem śmierć kliniczną” — mówi nasz rozmówca.

Prace porządkowe przed samym świętem. I nie tylko, bo o czystość i porządek tu się dba stale Fot. Marian Paluszkiewicz
image-78485

Prace porządkowe przed samym świętem. I nie tylko, bo o czystość i porządek tu się dba stale Fot. Marian Paluszkiewicz

— Czy bywam na święcie Janów w Sużanach? Ano oczywiście i w tym roku planuję być, o ile lekarze mnie nie zatrzymają. No i jak inaczej by być mogło, aby Jan na swym święcie nie był! — dodaje żartobliwie Jan Maluk. — Tym bardziej, że takie święto w naszym miasteczku jest organizowane lat już 30.

A to już największa zasługa drugiego Jana, czyli Szpakowa. O energii, pomysłach tego człowieka dużo już napisano i na pewno na to zasługuje. Spotykamy go przed Domem Wspólnoty, którym kieruje wraz z robotnikami, bo przecież czas nagli, a tyle jest jeszcze do zrobienia. Wszak w programie Nocy Świętojańskiej są popisy zespołu „Sużanianka”, która ma piękny ponad 25-letni życiorys i znana jest daleko poza granicami Litwy. Będą też występy zespołu „Lady rock”, będzie też powitanie Neptuna, który równo o północy przybędzie jak co roku odwiedzić i rozweselić to miasteczko. Będzie też poczęstunek polowy. Wszystkiego nie policzysz i czy to trzeba robić, wszak najlepiej samemu zobaczyć.

My zaś korzystamy z uprzejmości naszych opiekunów — trzech powyżej wymienionych panów — i uzupełniamy swoją wiedzę o tej gminie. Zmiany tu są widoczne na każdym kroku, ale niestety, są tu też te same problemy, które dotknęły całą Litwę. To przede wszystkim bezrobocie. I zmniejszająca się liczba mieszkańców. W tym dzieci. Co prawda, osiedle jest niedaleko Niemenczyna oraz stolicy. Więc tam łatwiej jest o pracę. Wielu ludzi trudni się rolnictwem. Między innymi sołtys Stanisław Krzyżewski mówi, że mieszka na dwa domy, to znaczy w miejskim, gdzie uczą się dzieci i tu, na ojcowiźnie, gdzie na prawie 20 hektarach sieje zboże i hoduje owce.

„Takich przykładów dużo, bo jak ludzie się nie lenią, to można żyć” — dodają zgodnie moi rozmówcy.

Nie mamy czasu na historię tych stron związaną z kilku pokoleniami Tyszkiewiczów, nie mamy czasu na obejrzenie XVIII-wiecznego kościoła pw. św. Feliksa Walezjusza, który do dziś zachował się bez zmian. Bo i inny cel miała nasza dzisiejsza wizyta: odwiedzenie Janowa. Innego niż wtedy, kiedy w tej wsi pracowała tu jako brygadzistka młoda specjalistka Maria Pawlukowicz-Avinieniė, przodkowie której wywodzą się z Białorusi. Ale ona swe życie związała z tą piękną krainą, której nie kochać nie można.

Jedna odpowiedź do Jak świętować Jana, to w Janowie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.