0
Credo Anny Kupcewicz: „Być pomocną innym”

Z całym swym zespołem z Kliniki na Antokolu. Anna pierwsza od lewej, w drugim rzędzie Fot. Z albumu rodzinnego

Z całym swym zespołem z Kliniki na Antokolu. Anna pierwsza od lewej, w drugim rzędzie Fot. Z albumu rodzinnego

Gdyby zapytać Annę Kupcewicz, co dla niej w życiu jest najważniejsze, to bez wątpienia do podstawowych wartości — wiary, patriotyzmu, rodziny — dołączyłaby  taką cechę, jak pomoc innym, bo to dla niej zawsze było i pozostało bardzo ważne.

Kiedy umawiamy się na spotkanie, pani Anna początkowo się dziwi: „Pisać o mnie? Jestem zwykłą kobietą, żadnych bohaterskich czynów nie dokonałam. Ale, oczywiście, że się chętnie spotkam, jakże mogłabym odmówić gazecie, która u nas była na honorowym miejscu zawsze od samych pierwszych dni jej istnienia”.

Anna doskonale pamięta, kiedy jej ojciec Antoni Gajdamowicz wracał z pracy i tuż po posiłku brał do rąk „Czerwony Sztandar” i czytał go od deski do deski. Przecież jak mogłoby być inaczej, wszak było to pismo w języku polskim. Kiedy potem gazeta zmieniła nazwę, to przez jakiś czas tęsknił do starego tytułu, który może dla niektórych miał niezbyt pozytywne skojarzenia, no bo… czerwony, ale pan Antoni doskonale umiał czytać między wierszami i zawsze widział najważniejszą treść, jakie to pismo niosło.

Rodzice Anny całe życie mieszkali w Kolonii Wileńskiej (Pavilnysie) — w tym historycznym, jakby świętym zakątku ziemi, który w najtrudniejszych czasach wojennych stał się ośrodkiem walki o wolną Ojczyznę.

Bo to właśnie tu, podczas Operacji „Ostra Brama” jej mieszkańcy spontanicznie założyli szpital polowy, w którym lekarze, pielęgniarki, zwykli mieszkańcy dokonali bohaterskiego cudu – leczyli ponad 200 rannych żołnierzy Armii Krajowej.
Z dzielnicą tą tak ściśle się łączy nazwisko Tadeusza Konwickiego, który przed laty tak się zwierzył swym czytelnikom: „Wszystkie moje książki są przepełnione Wilnem, (…) w kółko i stale piszę o Wilnie, (…) właściwie piszę całe życie jedną i tę samą książkę. (…) Kolonia Wileńska, Górna i Dolna, mój własny osobisty kosmos, z którego już się nigdy nie wydostałem i nigdy nie wydobędę…”.

Mimo że w ciągu ostatnich dziesięcioleci przyjechało tu wielu nowych mieszkańców (którzy swą obecność tu flagami państwowymi przy domach „utwierdzają”), specyficzny klimat tego miejsca zachował się.

„Szuka pani ulicy Kwiatowej? Ano, to proszę nieco do góry. W stronę tego lasku” — piękną polszczyzną mówi przypadkowo napotkana na przystanku autobusowym kobieta.

— Przed laty tu każdy sąsiad znał sąsiada. Teraz drzwi trzeba na klucz zamykać — z westchnieniem mówi moja rozmówczyni, która chętnie by i dłuższą rozmówkę ucięła, ale autobus już nadjeżdża.

Anna wychodzi na spotkanie, bo ukryty wśród zieleni dom nie bardzo mogę sama odnaleźć. Tu mieszka z rodziną ponad dziesięć lat, bo jej dom rodzicielski był dalej — na samym krańcu Kolonii.
Tam, obok wielu domów, można było zobaczyć gdakające kury, a oni trzymali kilka prosiaków, a nawet krowę.

„Ojciec był stolarzem na całą dosłownie okolicę. Czego tylko nie robił — i okna i drzwi, i stoły i ławy. A oto ta komoda, którą pani widzi w moim pokoiku, to  pamiątka po nim” — opowiada moja rozmówczyni.
Rozsiadamy się wygodnie i Anna zaczyna opowiadać, opowiadać…

Cała rodzina w komplecie Fot. Z albumu rodzinnego

Cała rodzina w komplecie Fot. Z albumu rodzinnego

„Było nas tylko dwoje — ja i młodszy o cztery lata brat Henryk. Uczyliśmy się w Szkole Podstawowej w Kolonii Wileńskiej, która niedawno swe 80-lecie obchodziła. Między innymi uczył się tu również mój przyszły mąż Henryk. Mam dwóch bliskich Henryków — brata i męża. Ale takie to dziwne jest życie. Mimo że byliśmy z jednej »budy«, właściwie prawie nie znaliśmy się, bo w szkole takie zaloty w owych czasach nie były w głowie. Poznaliśmy się na weselu mojej koleżanki Krystyny, która wychodziła również za Kupcewicza i wtedy jakoś  inaczej, cieplej spojrzeliśmy na siebie. Wtedy to też wyjaśniliśmy, że Heniek uczył się w jednej klasie z moim bratem. Więc, jak żartowałam, swój to był chłopak, spodobaliśmy się sobie i po dziewięciu miesiącach na ślubnym kobiercu, w naszym jedynym w Wilnie drewnianym kościele pw. Chrystusa Króla i św. Teresy od Dzieciątka Jezus, stanęliśmy, a ksiądz nasz związek na dobre i złe błogosławił”.

W tym miejscu moja rozmówczyni zamyśla się, a potem przypomina ten fantastyczny orszak ślubny, to przyjęcie na dwie strony, które faktycznie przeciągnęło się na cały tydzień.

„Czasy były inne, weselsze, mimo że naszym rodzinom zbytnio się nie przelewało, ale ludzie lubili się spotykać, poweselić, ze sobą obcować. Przecież nie było telefonów komórkowych, nie było tych krótkich zdawkowych SMS-ów, zamieniających w wielu przypadkach spotkania przyjaciół.
Pierwszy dzień hulaliśmy w moim domu, a potem pojechaliśmy do domu rodzinnego Heńka. Do Dolin, z których on pochodził. Jego rodzina była liczna, ośmioro dzieci, ale rodzice byli bardzo pracowici, więc dzieciom nigdy niczego nie brakowało. Umieli i pracować i cieszyć się życiem, i ludzi przyjmować” — tak ciepło rodzinę mężowską wspomina.

Po ślubie młodzi zamieszkali w domu rodzicielskim Anny, czyli w Kolonii Wileńskiej. Dom był bez wygód, a kiedy brat Anny się ożenił, zrobiło się bardzo ciasno. Więc zdecydowali, że przeniosą się do Bryż niedaleko Santoki — zapuszczonego domu rodzinnego ojca Anny i tam zamieszkali.
Najpierw, oczywiście, młodzi z pomocą ojca Anny dom wyremontowali.
Antoni Gajdamowicz nowe okna i drzwi zrobił, wszystko, co trzeba, uporządkowali i tak to w tych Bryżach lat 8 mieszkali.

To nie pracowała?

— Jak to? Całe życie pracowałam. Jeździłam 50 kilometrów codziennie do Wilna — potem z powrotem — mówi.

Zmieniła kilka miejsc pracy, aż wreszcie znalazła właściwe.
Najpierw była pracownia „Zwiezda” — tam szyli torebki.
Było tu dobrze, ale mało zarabiała — tylko 60 rubli. Więc kiedy koleżanka powiedziała, że w Zakładzie Podzespołów Radiowych zarobi o 20 rubli więcej, to ani chwili się nie wahała. Przyszła tu najpierw do składnicy towarów, potem do jednego działu, drugiego, a następnie pracowała na stanowisku kontrolera.
Ale najlepszym miejscem jej pracy był szpital. Najpierw „Trzeci” na ulicy Kauno, a gdy nastąpiła tam redukcja — następnie 20 lat przepracowała w Szpitalu Klinicznym na Antokolu, z którego kilka lat temu wyszła na emeryturę.

„Na pewno bym i dalej pracowała. Tak mi się tam podobało. Chociaż praca była niełatwa ani w oddziale reanimacji, ani w operacyjnym, ale za to jak ciekawa. Byłam salową, pomocnicą, ale mogłam obserwować to fantastyczne misterium, kiedy chirurg tworzył cuda, darował człowiekowi nieraz życie. Jak tylko mogłam, to pomagałam i każda pomoc choremu była dla mnie bardzo miła, bo choć w minimalnym stopniu mogłam człowiekowi pomóc lżej znieść chorobę. A jacyż to tylko ludzie do nas nie trafiali… Czasami owrzodzeni, zapomniani nawet przez bliskich. I jaka to była radość widzieć, kiedy wychodzili zdrowi i odmłodzeni na duchu, wierzący w nowy etap swego życia!” – mówi Anna, która o szpitalu, o każdym lekarzu, którego tu poznała, może opowiadać godzinami i z wielkim szacunkiem.

Dlaczego wyszła na emeryturę?
Przyczyna byłą bardzo życiowa. Jedyna córka doczekała się trzeciej córeczki i widziała, że właśnie tu jest potrzebna jej pomoc. Ma więc w nową rolę — rolę babci i nie może się z tego nacieszyć, bo — jak mówi — to również bardzo radosny okres w jej życiu.

O córce, którą nazwali na cześć świekry — Janiną — Anna może mówić bez końca. Siedem lat z mężem na nią czekali, więc radość z jej narodzin była i pozostała niezmierna. Janka nie sprawiała nigdy rodzicom kłopotów. Ukończyła wyższe studia, ma dobrego męża, trzech wnuczek dziadkom podarowała. Więc czegoż więcej rodzicom trzeba?

To i zięć chyba też z Kolonii pochodzi?

— Nie, Jarek jest z Sorok Tatarów, ale oni razem z Janeczką w wileńskim Gimnazjum im. Adama Mickiewicza się uczyli, potem, co prawda, poszła studiować  socjologię, on — fizykę, ale ze sobą nie zerwali i bardzo się cieszę, że mam, tak dobrego zięcia — mówi Anna.
A ta trójka wnucząt. Dobrych, oddanych, utalentowanych.
Monika gra na flecie, Urszulka bardzo ładnie rysuje, a najmłodsza 2,5-letnia Kamila, jak mówi babcia, i tańczy, i śpiewa — więc koncerty rodzinne są tu na porządku dziennym.
A skoro mowa o śpiewie, to w życiu Anny był on zawsze. W szkole, w zakładzie,  gdzie pracowała. A potem w polskim zespole artystycznym „Wilia”.
„Niezapomniana pani Zofia Gulewicz, której dom nieopodal naszego się znajduje, przyprowadziła do »Wilii« i wybrałam właśnie śpiew. A teraz przez wszystkie lata — od początku, kiedy powstał Klub Seniorów »Wilii« — do niego należę”.
Kiedy Anna odprowadza mnie do przystanku, to mówi:
„Mam jeszcze jedno marzenie. Jak tylko Kamilka podrośnie i moja pomoc nie będzie w domu potrzebna, to bardzo bym chciała pomagać chorym w hospicjum. Będę więc prosić Boga o zdrowie dla siebie, by móc pomóc innym”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.