2
Dominik Kuziniewicz: Uśmiechniętemu zawsze lżej w życiu kołdybać się

Największy skarb dzisiejszego 60-letniego Jubilata — jego córka Barbara Fot. Wojciech Klimaszewski

Największy skarb dzisiejszego 60-letniego Jubilata — jego córka Barbara Fot. Wojciech Klimaszewski

„Prawdziwy jubileusz 50-lecia działalności scenicznej, o ile Bóg pozwoli, będę obchodził za cztery lata. Teraz to takie domowe, bardzo osobiste święto, okazja do zastanowienia się, że tak szybko życie mija i że już w diamentowy jubileusz (60 lat), czyli w okres prawdziwej dorosłości wkroczyłem”

— z właściwym sobie dowcipem mówi Dominik Kuziniewicz, dla większości kojarzony z Wincukiem Bałbatunszczykiem z Pustaszyszek, w sceniczną postać którego się wcielił przed z górą trzydziestu laty. Swymi gawędami dał się poznać widzom, słuchaczom i czytelnikom „Kuriera Wileńskiego” nie tylko w kraju, ale też za granicą. W wielu miejscach Polski Wincuk jest swoim i wiele miast chciałoby go przypisać sobie, ale miano Honorowego Obywatela to ma w jedynym mieście — Lidzbarku Warmińskim, które dla niego stało się drugim rodzinnym, nie tylko przez wieloletnie występy na Kaziukach-Wilniukach, ale przez okazaną pomoc, która właśnie stąd przyszła, gdy ją tak bardzo potrzebował. Z powodu cukrzycy stracił nogę. Ale nawet wtedy, kiedy był na wózku inwalidzkim, wystąpił na corocznym Kaziuku w mieście, które nazywa swym drugim rodzinnym.
Jego wierna partnerka sceniczna ciotka Franukowa, czyli Anna Adamowicz tak się nim opiekowała podczas koncertu, że może nawet nie wszyscy widzowie zrozumieli, że ma amputowaną nogę.

Z zespołem na wypoczynku Fot. Z albumu rodzinnego

Z zespołem na wypoczynku Fot. Z albumu rodzinnego

A potem ludzie, którzy go kochają, przyszli mu z pomocą. Tak powstał pomysł zorganizowania tu, w Wilnie, w Domu Polskim koncertu pt. „Wielki powrót Wincuka”. Artyści wielu zespołów, którzy z Dominikiem przejechali niejeden tysiąc kilometrów po Wileńszczyźnie, Polsce, Anglii, Stanach Zjednoczonych, kiedy to Wincuk z Pustaszyszek żwawo wchodził na scenę, a i w podróży bywał pomocny innym, postanowili, że pomocą w biedzie może być specjalnie zorganizowany koncert.
Ale najwięcej pomogła Macierz. A kiedy mówimy o Polsce, to na pierwszym miejscu Dominik wymienia Lidzbark Warmiński, gdzie doznał tyle ciepła rodzinnego, życzliwości oraz wsparcia.
Doznał jej wówczas wiele od Jacka Protasa, marszałka województwa Warmińsko-Warmińskiego, burmistrza miasta Artura Wajsa, dyrektora Domu Kultury Jolanty Adamczyk, że, jak mówi, i rodzona matka więcej by nie mogła zrobić, co zrobili ci ludzie.
Ach, te smutne, a jednocześnie i ciepłe wspomnienia, bo przyjaciele nie zawiedli, pomogli, okazali mu tyle serca, że jak sam mówi, nigdy się nie spodziewał, że ma ich tylu.
— Często biorę do rąk albumy ze zdjęciami, wycinki z prasy i przenoszę się wspomnieniami do tych lat, które to tak szybko mi przeleciały — mówi Dominik. — A przecież doskonale wiesz, że moje życie nie było łatwe, bo bardzo choroby nas lubiły i lubią nadal — jak zwykle z uśmiechem dodaje. — Osiem lat lat opiekowałem się chorą mamą, potem 20 lat żoną Marysią, a teraz oto lat osiem jak na tej swojej zastępczej nodze się kuśtykam i nawet na scenę włażę. Bo scena dla mnie to bardzo dużo. Jako małe dziecko cukierek za deklamację wiersza w Ogrodzie Bernardyńskim w Wilnie otrzymałem. No, to jak było dalej swej kariery scenicznej nie kontynuować? — żartuje.

Dom rodzinny Dominika Kuziniewicza był w Wilnie, na ulicy Rumiankowej, czyli na Suboczówce. Było to skromne lokum, z bardzo kochającymi rodzicami, starszym bratem Adamem. „I z około 100 królikami” — dodaje mój rozmówca.
„Dziś już nikogo z tych bliskich dla mnie ludzi nie ma, wszystkich zamienia moja największa opiekunka córka Basia” — mówi Dominik.
Zamyśla się, a potem znów się przenosimy do tych chwil szczęśliwych, kiedy mama, jak miała tylko trochę wolnego czasu, zabierała ich z bratem nad Wilenkę. Szli do Ogrodu Bernardyńskiego. Tu wówczas jeszcze w jakże czystej wodzie się kąpali, opalali, a potem podchodzili do estrady, gdzie odbywały się stale jakieś występy zespołów i poszczególnych wykonawców. To właśnie tu podczas zorganizowanego dla widzów konkursu recytatorskiego mały Domek dostał nagrodę za piękną deklamację, oczywiście w języku polskim.
Za tę polskość, jak się dalej dowiem, to nawet jego mama ze swą siostrą rodzoną stosunki prawie zerwała. Obie siostry wyszły za Litwinów, ale mama Dominika, czyli pani Stanisława, swego litewskiego męża Aleksandra tak potrafiła nastawić, że sam zapewne do końca życia nie pamiętał, iż jest z urodzenia Litwinem. W domu rozmawiano tylko po polsku, obaj chłopacy chodzili też do szkoły polskiej.

Z rodziną siostry Stanisławy było inaczej, nie tylko że język polski zapomniała, ale i całą rodzinę siostry, bo jak mówiła: „Oni tacy zażarci Polacy”. „Nie było tam żadnej zażartości, tylko ogromna miłość do wszystkiego co ojczyste, co polskie — mówi Dominik — ale cóż, oni widzieli to inaczej”.
Szkoła była na Krupniczej. Obaj ją z bratem ukończyli, a Dominik tu jako aktor zaczął się wykazywać. I to też, jak mówi, za sprawą nauczycielek. Pierwsza była Litwinką, ale bardzo życzliwie do Polaków, do kultury polskiej nastawiona. To ona zaczęła z dziećmi spektakle przygotowywać. Był więc „Jaś i Małgosia”, był „Czerwony Kapturek” i inne. No, a Domek zawsze miał główne role.
„A gdy miałem jakieś lat 11, to jak nie było kogoś z nauczycieli, to zawsze mnie wołali, abym zabawił młodszych. Później zawdzięczając nauczycielce matematyki Łucji Noniewicz, która grała również w wileńskim teatrze przy Klubie Kolejarzy, trafiłem do tego zespołu teatralnego. I tak na lat 17 tu wsiąkłem. Duszą i sercem. No, bo tu przecież swą miłość, przyszłą żonę Marysię wypatrzyłem” — przypomina.
Jak sam mówi, ten teatr dał mu bardzo dużo, nauczył obcować z publicznością, więc potem występując przed kilkutysięcznym audytorium bardzo to mu się przydawało i przydaje nadal.

Cała rodzina w komplecie. Było to przed ćwierćwieczem Fot. Z albumu rodzinnego

Cała rodzina w komplecie. Było to przed ćwierćwieczem
Fot. Z albumu rodzinnego

Zaczynał swoje gawędy od gawęd wileńskich bajarzy Leona Wołłejki, Stanisława Ciukszy, Ciotki Albinowej, no i znanego Stanisława Bielikowicza na antenie Radia Litewskiego w programie polskim z inicjatywy dziennikarza Romualda Mieczkowskiego. A kiedy tych gawęd zabrakło, to, jak żartuje „z musu zacząłem pisać swoje”. No i tak nagadał ich około pięciu tysięcy, które znalazły się w trzech książkach: „Kochanińkie, popatrzajcie sami”, „Wszystkiego po troszeczke”, Żeby gembulka była uśmiechnięta”. Ma też na swym koncie kilka kaset, płyt.
Jego gawędy to stylizowana gwara, składająca się z elementów z różnych okolic podwileńskich: Szyrwint (stron, z których pochodziła jego mama), Niemenczyna, Turgiel, no i, oczywiście, Wilna. Najwięcej tych słów „naszych” nasłuchał się od mamy. Niemilknącym gawędziarzem był również jego dziadek Wincenty, po nim on ma to imię sceniczne — Wincuk.

W ciągu tych wszystkich lat występował nie tylko na antenie Radia Litewskiego, ale też w rozgłośni Radia „Znad Wilii”, w Radiu Olsztyńskim, na koncertach i od lat na stronach dziennika „Kurier Wileński”. Wygłasza swoje „obrazki z życia wzięte” oraz prowadzi konferansjerkę. Robił to na Festynach Kultury Kresowej w Mrągowie i co roku wyruszając na Kaziuki-Wilniuki na Ziemię Warmii i Mazur oraz na całej Wileńszczyźnie. Gościł za oceanem, zwiedził kawał świata z zespołem „Zgoda”.
Ach, poniosła nas ta wyliczanka. Ale z drugiej strony jakże bez niej. Wszak oto i w tym roku miał wiosną 18 koncertów kaziukowych.
„Oczywiście, że mnie to moje kopyto przeszkadzało, ale jakże oko się radowało, że ludzie na mnie czekają, że mnie tak dobrze przyjmują. No i zawsze dodatkowy grosik do mojej emerytalnej sakiewki wpadł, bo starość na Litwie niestety, nie jest godna. Gdyby nie te koncerty i gdyby nie moja Basia, to byłoby całkiem niewesoło” — zwierza się mój dobry znajomy.

Jeżeli jest zapraszany na prowadzenia koncertów, prawie zawsze z takich propozycji korzysta, nie chce zawieść swego widza Fot. Marian Paluszkiewicz

Jeżeli jest zapraszany na prowadzenia koncertów, prawie zawsze z takich propozycji korzysta, nie chce zawieść swego widza Fot. Marian Paluszkiewicz

A kiedy o Basi wspominamy, to Dominik rozpromienia się jak słońce. Bo i rzeczywiście ma powód do dumy. Barbara z wykształcenia prawnik, z umiłowania dusza artystyczna, z ojcem w duecie na wielu scenach występowała, śpiewa, gra na skrzypcach, no a najważniejsze — ma nadzwyczaj dobre serce.
„Kiedy mnie czasami zaczyna chandra starcza ogarniać, to ona kupuje bilety na jakąś kilkudniową podróż. Wsiadamy do samolotu i lecimy. Tak Rzym z nią zobaczyłem, w Barcelonie byliśmy, w tym roku w gościnnej Gruzji. Często też po pracy, jak tylko lepsza pogoda, wsadza mnie do samochodu i wywozi, bym wzrok nacieszył naszymi okolicami podwileńskimi” — mówi Dominik.

Przyjaciół Kuziniewicz ma wielu. Bo sam umie przyjaźń cenić i przyjaźnią wszystkich obdarzać. Ma swą szkolną paczkę, z którą się przyjaźnią od lat. Spotykają się przy okazji i bez niej. Oto niespełna przed miesiącem spotkali się na daczy u jednego z kolegów. Co prawda, jak mówi Dominik, z każdym rokiem przychodzi o jedną czy kilka osób mniej…
„W ubiegłym roku na takie spotkanie przyszło nas 18 osób, a w tym tylko 12. Dlatego staramy się każdą okazję wykorzystać, by ze sobą poobcować, naszą „budę” wspomnieć. Swymi radościami i biedami się podzielić. Jak to w rodzinie. Szkolnej rodzinie, którą zachowaliśmy” — mówi.

Raz tygodniowo leci do radia. Tam ma swoją audycję. Do „Kuriera” pisze sobotni felieton.
Jeżeli jest zapraszany na prowadzenia koncertów, prawie zawsze z takich propozycji korzysta, nie chce zawieść
swego widza. Stałego, wiernego, który na niego zawsze czeka. Bo kiedy na scenę wychodzi Wincuk, zawsze jest wesoło, radośnie.
„Mam nadzieję, że uda mi się zebrać wszystkich przyjaciół na swój złoty jubileusz, tylko cztery lata do tej daty scenicznej mi pozostało” — mówi na zakończenie naszej rozmowy.

2 odpowiedzi to Dominik Kuziniewicz: Uśmiechniętemu zawsze lżej w życiu kołdybać się

  1. Aluśka mówi:

    Pozdrawiam serdecznie Dominika, pamiętam ze szkoły na Krupniczej. Był wodzirejem i wesołkiem i chociaż młodsza jestem to oko zawieszało się na starszych i jak tu nie zauwarzyć było tancerza Dominika. Pozdrawiam serdecznie z Warszawy! Dużo zdrowia życzę.

  2. Poznańskie pyry 1918 mówi:

    Świetny człowiek.

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.