1
Modlitwa nad nieznanymi grobami zesłańców w rosyjskiej tajdze

 Po wielu dniach mozolnej pracy stanął naprawdę okazały memoriał z krzyżem w słonecznych promieniach Fot. archiwum


Po wielu dniach mozolnej pracy stanął naprawdę okazały memoriał z krzyżem w słonecznych promieniach Fot. archiwum

W minionym miesiącu litewsko-polska grupa zapaleńców wyjechała aż pod sam Ural w obwodzie permskim do wsi Galiaszyno, gdzie jeden z byłych zesłańców postanowił upamiętnić duże miejsce pochówku Polaków i Litwinów.

Miejsc takich w Rosji jest dużo i wszystkich nie da się upamiętnić. To, że Rosja jest ogromnym cmentarzem ludzi różnych narodowości, nikomu nie jest tajemnicą. Właśnie jeden z takich cmentarzy pod samymi górami Uralu odwiedziła litewsko-polska grupa. Wybrała się do tej miejscowości chcąc uczcić pamięć swoich przodków wywiezionych w latach 1940-1945.

Inicjatorem wyprawy był Eugeniusz Balukiewicz, którego rodzina była wywieziona pod Ural i do wsi Galiaszyno. Właśnie tam się urodził. Tam spędził swoje dzieciństwo i młodość. Na Litwę wrócił dopiero w 1970 roku.

— Była ogromna radość z powrotu do Ojczyzny, ale część serca została tam. Tam, gdzie pozostały groby rodzinne, gdzie był ból, głód, cierpienie i zgrzytanie zębami. Niestety, tych tragicznych dni nie dało się wyrwać z serca i nawet ze świadomości. To była i jest nadal wielka, ciągle niegojąca się rana, która stale boli. Dniem i nocą śniły się mi te tereny. To ciągle nie dawało spokoju, że trzeba tam jakoś pojechać i upamiętnić to miejsce — mówi Eugeniusz.

Wiadomo jednak, że od pomysłu do jego realizacji zwykle bywa daleka i trudna droga. Dzięki sile woli i własnemu uporowi zaczął powoli układać plany. Najpierw zaczął szukać kolegów, znajomych, których rodziny tam zginęły. I oto znalazła się grupka jednomyślnych zapaleńców, nie tylko starszych, ale i młodych ludzi, którzy pomimo że nie mieli tam krewnych, ale chcieli dołożyć swą cegiełkę do tego jakże zaszczytnego dzieła. Jak twierdzą rdzenni mieszkańcy, pogrzebanych tu jest od 300 do 400 Polaków i Litwinów, w tym najwięcej małych dzieci.

Pracą pracą, ale trzeba było wody na herbatę przynieść Fot. archiwum

Pracą pracą, ale trzeba było wody na herbatę przynieść Fot. archiwum

Sprawą numer jeden było znalezienie sponsorów, bo potrzebne były niebagatelne pieniądze. Początkowo wiele osób przyklaskiwało tej idei, ale z biegiem czasu ich słomiany zapał szybko znikał.
Trzeba było samym jakoś główkować. Ktoś miał pewne oszczędności, potem zaczęli szukać ludzi dobrej woli. Wszystko szło jak po grudzie.
Ale dzięki losowi i Panu Bogu zebrali potrzebną sumę i mogli już ruszyć w podróż. Zebrało się kilkoro, a konkretnie siedem osób. Większość jechała za własne uciułane pieniądze, niektórzy nawet za pożyczone, trochę też udało się zebrać. Radość nie miała granic, choć dobrze wiedzieli co ich czeka w tej tajdze i jaki to będzie ciężki trud.

Półtorej doby jechali pociągiem, na miejscu spali w namiotach, a najbardziej doskwierały upały, które czasami sięgały 40 stopni. Ale to raczej było do przewidzenia. Nie przewidzieli jednak jednego — bardzo niechętnego przyjęcia przez miejscowe władze, które z wielką nieufnością do nich się odniosły. Jak sami uczestnicy twierdzą, najprawdopodobniej zdenerwowały ich flagi — polska i litewska, jakie przybyła grupa miała ze sobą. Miejscowi urzędasy kilkakrotnie sprawdzali ich tożsamość, wypytywali, w jakim celu tu przybyli itp.

— Gdy zaproszono mnie do tej wyprawy, to choć nikogo z rodziny tam nie mam, zdecydowałem się pojechać z ciekawości. Pomyślałem, że dobrze będzie zobaczyć tajgę, połowić ryby i trochę odpocząć. Ale kiedy stanąłem nad tym dużym cmentarzyskiem, które nie wyglądało na cmentarz, ale na wielki zarośnięty ugór, coś we mnie pękło… Przypomniały mi się opowiadania ojca o latach spędzonych na Syberii i wszystkie ryby ulotniły się z głowy. Przyłączyłem się do grupy pracujących — opowiada wilnianin, były poseł Aleksander Popławski.

I tu powstało kolejne pytanie — od czego zacząć? Niemal jednogłośnie zdecydowali, że należy postawić jakiś pomnik. Materiał był (żelazobeton), potrzebne były tylko ręce do pracy i to od wczesnego ranka aż do późnego wieczoru.
Na szczęście pośród uczestników ekspedycji byli inżynierowie, profesor Stasys Cirbas, pracownik Akademii Sztuk Pięknych Jonas Gudmanas, który wiele pomników postawił w swoim życiu i dobrze wiedział, że od pomysłu i dobrych chęci jest jeszcze bardzo długa droga.

Byli to ludzie w bardzo różnym wieku i różnych zawodów. Np. młody nauczyciel ze szkoły w Bezdanach Tomasz Bożerocki najbardziej się przydał jako tłumacz, choć do pracy fizycznej też się chętnie przykładał.

— Nie mam tu nikogo ze swoich, ale… Zapaliłem się do tej idei, bo naród, który zapomina o swojej przeszłości, nie ma szans na przyszłość — mówi.

Materiał był (żelazobeton), potrzebne były tylko ręce do pracy Fot. archiwum

Materiał był (żelazobeton), potrzebne były tylko ręce do pracy Fot. archiwum

Po wielu dniach mozolnej pracy stanął naprawdę okazały jak na te warunki memoriał z krzyżem w słonecznych promieniach oraz z napisem w języku rosyjskim, że tu są pogrzebani Polacy i Litwini, a wśród nich małe dzieci. Jak twierdzą miejscowi mieszkańcy, dużo Polaków było z Zachodniej Ukrainy oraz Białorusi, ale byli też Polacy Wileńszczyzny. Litwinów najwięcej z Litwy. Po obu stronach memoriału zostały wypisane nazwiska, które udało się zachować w notatkach i ludzkiej pamięci.

— Pamiętam, kiedy w 1953 roku zmarł Stalin i ta wiadomość doszła do nas, cieszyliśmy się jak małe dzieci, wznosząc toasty czym się tylko dało i głośno skandowaliśmy: „Zdoch Stalin!”. Tańczyliśmy i świętowaliśmy prawie całą noc — przypomina Eugeniusz Balukiewicz, były więzień, którego nazywają dziś po prostu Giena, bo choć z dziada pradziada jest Polakiem, wciąż najłatwiej jest mu porozumieć się po rosyjsku.

W innym miejscu z rozebranych szyn kolejowych członkowie ekspozycji, by to miejsce jeszcze bardziej upamiętnić, ustawili i wkopali głęboko duży krzyż.

Zmęczeni, zziajani, z pokaleczonymi rękoma, ale z jaką wielką radością i satysfakcją spoglądali na swoje dzieło i z modlitwą na ustach i bólem w sercu zapaliwszy świece — w ten sposób oddając hołd poległym — opuszczali tę miejscowość, bo niestety, nie do końca udało się wszystko zrobić. Zapomnieli wprawdzie o jednym: nie zabrali ze sobą wody święconej. Myśleli, że tam gdzieś w pobliżu będzie jakiś kościół i ksiądz, lub przynajmniej cerkiew i pop, który udzieli im tej posługi. Tymczasem, jak się okazało, do najbliższego kościoła było 160 kilometrów, a do cerkwi 60. A oni niestety nie mieli już ani czasu, ani możliwości, bo prawie cały czas należało się poruszać przez tajgę, a to jest możliwe tylko na traktorze.

Wybierają się jeszcze na to samo miejsce w następnym roku, bo pracy tam jest wciąż bardzo dużo. Zaplanowali także w następnym roku odbyć 160-kilometrowy bieg od dworca kolejowego, skąd pieszo aż do wsi Galiaszyno byli gonieni więźniowie i dzieci. Wielu z nich wówczas nie dotarło do celu.

Należało się poruszać przez tajgę, a to jest możliwe tylko na traktorze Fot. archiwum

Należało się poruszać przez tajgę, a to jest możliwe tylko na traktorze Fot. archiwum

Niemal wszyscy uczestnicy ekspedycji byli zauroczeni pięknem tajgi, bo to rzeczywiście piękny kraj, piękne lasy, pola, łąki. Lasy pełne zwierzyny, jagód, grzybów, ale też bardzo niebezpieczny kraj, szczególnie dla nowych przybyszy. Tam panują niepisane prawa, nigdy nie da się do końca przewidzieć, co za chwilę cię może spotkać.

Wszyscy uczestnicy ekspedycji jednogłośnie twierdzili, że nie doszło między nimi nawet do najmniejszej sprzeczki, czy jakiegoś nieporozumienia. Nie było tam ani Litwina, ani Polaka, wszyscy po prostu byli sobie braćmi, choć niektórzy widzieli się ze sobą po raz pierwszy. Łączyła ich jedna myśl, jedna idea i jedno motto: „Bóg, Honor, Ojczyzna”.
Nikt też nie narzekał na warunki, bo wszyscy dobrze wiedzieli, że nie na wypoczynek jadą, ani na wczasy.

Kiedy było trudno, niektórzy w ciszy modlili się odmawiając wersy Litanii Ostrobramskiej takimi oto słowami: „Matko Boska Ostrobramska/ w podwójnej koronie/ módl się za nami/ Matko Boska Ostrobramska/ z Orłem i Pogonią/ módl się za nami”.

Ktoś z obecnych tam uczestników nazwał tę całą wyprawę i pracę jedną dużą modlitwą. Ci, co byli po raz pierwszy i wszystko to na własne oczy ujrzeli i przeżyli, są zdania, że los się po prostu do nich uśmiechnął, że dał im to wszystko przeżyć. Są szczęśliwi, że teraz innym będą mogli to wszystko opowiedzieć, pokazać zdjęcia.
Cześć im i chwała — zarówno seniorom, jak i młodzieży — którzy tak dużą pracę i pamiątkę po sobie pozostawili w lasach tajgi i jest nadzieja, że i jeszcze zostawią.

Jedna odpowiedź do Modlitwa nad nieznanymi grobami zesłańców w rosyjskiej tajdze

  1. schlange mówi:

    przepiękne …

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.