0
Janina Strużanowska uhonorowana Krzyżem za Ratowanie Ginących

W imieniu mamy Janiny Strużanowskiej nagrodę z rąk prezydent odebrała jej córka Hanna Strużanowska-Balsienė Fot. lrp.lt
image-79834

W imieniu mamy Janiny Strużanowskiej nagrodę z rąk prezydent odebrała jej córka Hanna Strużanowska-Balsienė Fot. lrp.lt

— Nagroda z rąk prezydent Litwy jest dla mnie przejawem ludzkiej pamięci. Pamięci o ludziach, którzy potrafili okazać dużo poświęcenia, dużo samozaparcia, pomocy innym bez względu na własne bezpieczeństwo. Zrozumiałam, jak bardzo mama ryzykowała i ile musiała przeżywać dopiero wtedy, kiedy sama doczekałam dzieci. Dopiero wtedy zrozumiałam, jak ona musiała się bać. Gdyby nas wtedy wykryto, było oczywiste, co nas wszystkich czeka — powiedziała „Kurierowi” Hanna Strużanowska-Balsienė, wybitna specjalistka w dziedzinie ginekologii i położnictwa, a prywatnie córka nagrodzonej pośmiertnie Janiny Strużanowskiej.

Uroczystość uhonorowania Krzyżem za Ratowanie Ginących z okazji Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa Żydów odbyła się 28 września w Urzędzie Prezydenta.
Dalia Grybauskaitė nagrodziła prawie 50 osób, w większości — pośmiertnie. Wśród wyróżnionych osób znalazła się również Janina Strużanowska, polska lekarka, założycielka i wieloletnia kierownik pierwszego amatorskiego teatru w Wilnie — Polskiego Zespołu Dramatycznego przy Klubie Pracowników Łączności. Specjalnie na tę uroczystość przybyła z Izraela również Tamara Ben Amram, która w czasie wojny wraz z matką jako mała dziewczynka została uratowana przez Janinę Strużanowską.

Podczas II wojny światowej w okresie okupacji niemieckiej Janina Strużanowska z narażeniem własnego życia ukrywała przed straceniem 4 osoby wyznania mojżeszowego. Było o tyle trudniej, że dźwigała na sobie ciężar odpowiedzialności praktycznie sama. Jej mąż, kadrowy oficer Edmund Mieczysław Strużanowski był już wtedy pracownikiem Ministerstwa Spraw Wojskowych Rzeczypospolitej Polskiej w Warszawie. Kiedy rozpoczęła się wojna, nie otrzymał urlopu i nie mógł dołączyć do rodziny w Wilnie. Janina Strużanowska została w wileńskim domu przy ul. Piotra Skargi (dziś — Mewiej) z dwójką małych dzieci: Hanną i Jerzym.

O tym, że w domu Strużanowskich przebywają osoby narodowości żydowskiej, nikt nie wiedział.

 Hanna Strużanowska-Balsienė i Tamara Ben Amram (z domu Widuczańska) znów razem po 72 latach Fot. Marian Paluszkiewicz
image-79835


Hanna Strużanowska-Balsienė i Tamara Ben Amram (z domu Widuczańska) znów razem po 72 latach Fot. Marian Paluszkiewicz

— Mama nam tłumaczyła: „Pamiętajcie, że jeżeli komuś powiecie, to będą wiedzieć wszyscy”. Wiedziała tylko jedna pani, która mieszkała razem, ale sama nam wtedy pomagała — wspomina dziś pani Hanna.

W jednym z pokojów okna wychodziły tylko na podwórko, ani od sąsiadów zza płotu, ani z ulicy nie było tego pokoju widać. W tym właśnie pokoju zamieszkała mała żydowska dziewczynka Tamara Widuczańska z nianią. Tuż za płotem w pożydowskich domach stacjonowały oddziały Wehrmachtu.

— Pod ziemią były przygotowane kryjówki, z tego pokoju można było wyjść podziemnym korytarzem do większego pomieszczenia, a stamtąd dalej było przejście do lasu. Ale nikt nie musiał korzystać z tego tunelu. Pamiętam jeszcze, że zamykaliśmy drzwi i okna bardzo szczelnie. Szczęściem nikt nikogo nie zauważył, nie doniósł, nie wydał — opowiada pani Strużanowska. Strach przed obcymi przychodzącymi do domu i pukającymi do drzwi towarzyszył jej jeszcze długo po wojnie.

— Kiedy zaczęła się wojna, miałam pół roku. Potem było getto. Wszyscy tam trafiliśmy: mama, jej rodzice, ja — opowiada ocalona przez Strużanowską z wileńskiej gehenny Tamara Ben Amram, z domu Widuczańska.

Jej mama Jelena Lwowna Widuczanskaja po ukończeniu studiów na Uniwersytecie Stefana Batorego pracowała w okresie międzywojennym jako adwokat w I Wileńskiej Poradni Adwokackiej nieopodal Placu Katedralnego. Ojciec Motyl Widuczanskij był ekonomistą, ukończył studia w Grenoble we Francji. Tamara była pierwszym i jedynym dzieckiem.

Jelena z małą Tamarą na rękach uciekła z getta późną jesienią 1941 r.
— To wtedy trafiłyśmy do domu pod klonami u państwa Strużanowskich, mogłam mieć jakieś dwa latka — mówi dalej nienaganną polszczyzną pani Tamara.

Niczego nie pamięta z okresu swego wczesnego dzieciństwa, nikt jej nigdy nie opowiedział historii o cudownym uratowaniu. Wiedziała, że została uratowana, nie wiedziała przez kogo.

— Ludzie, którzy przeżyli okupację niemiecką i w Holokauście stracili swych krewnych (mama już w lipcu 1941 r. straciła męża, potem rodziców, dziadka) nie chcieli o tym mówić ani tego wspominać, nie chcieli opowiadać. Nie wiem, dlaczego my ze swej strony też nigdy o nic nie pytaliśmy. Mam wśród znajomych wiele osób, które mają podobne doświadczenia — nie znają nawet imion swoich bliskich przodków, dziadka ani babci — opowiadała pani Tamara.

Kiedy jej mama uciekła z getta, wyrobiła fałszywe dokumenty dla siebie i dla małej córeczki (rodzice już nie mieli sił na ucieczkę). Trafiła do domu Strużanowskich jako Jadwiga Werykowska, dziecko w papierach miało Marta Werykowska. Tamary-Marty nie opuszczała niania Anastazja Wojtkiewicz.

— Niania często opowiadała mi, że kiedy chodziła ze mną na spacery, Niemcy podchodzili do niej, patrzyli do wózka i zachwycali się: „Jakie piękne dziecko!”. Całe szczęście, że nie domyślili się, że w wózku leży dziecko żydowskie. Już by mnie nie było… — mówi.

Niania otrzymała później od Instytutu Yad Vashem tytuł Sprawiedliwego wśród Narodów Świata.

— Kiedy już przebywaliśmy w domu państwa Strużanowskich, przeważnie byłam z nianią, mama w tym czasie wychodziła z domu. Kiedy do domu przychodziła mama, my z nianią opuszczałyśmy dom. Mama postanowiła się rozdzielić, na wypadek, gdyby ją złapano, to przynajmniej by się uratowało dziecko, czyli ja — zapamiętała pani Tamara.

Tak to trwało przez kilka lat. Prawdopodobnie trzy. Dopóki w Wilnie nie skończyła się okupacja niemiecka.

Wspomnieć wypada, że w domu państwa Strużanowskich ukrywały się jeszcze 2 osoby — dwie siostry, które wyszły z getta. Jedna z sióstr, Helena Kac, miała 18-19 lat, druga jakieś 7 lat. W getcie zostawał jeszcze brat bliźniak tej młodszej. Jej matka prosiła, żeby Janina Strużanowska wzięła na przechowanie również jej małego synka bliźniaka. Bała się przyprowadzić dzieci razem, żeby nie rzucać się w oczy. Kiedy uzyskała zgodę i wróciła do getta jeszcze raz, znalazła i rodziców, i synka zabitych. Nie zdążyła. Dziewczynka natomiast przeżyła okupację. Potem z matką wyjechały początkowo do Warszawy, stamtąd do Izraela. Z Warszawy jeszcze nadchodziły od nich listy, po wyjeździe do Izraela wszelki kontakt się urwał. Podobnie wyjechały do Warszawy również Jadwiga i Marta Werykowskie, po roku pobytu w stolicy Polski w 1960 r. zamieszkały w Izraelu.

O bohaterskiej postawie Janiny Strużanowskiej świadczy też fakt, że po próbie przejęcia Wilna przez żołnierzy AK w operacji „Ostra Brama” zorganizowała ona w swoim domu szpital, sprowadziła rannych żołnierzy.

Pani Hanna pamięta dobrze ten okres, kiedy w domu leżeli ranni. Dla odmiany za płotem stacjonowały już nie wojska niemieckie, tylko sowieckie. Były to oddziały tzw. nowobrańców, poborowych do wojska sowieckiego. Mieli oni szpital i punkt medyczny. Pani Janina poszła do nich prosić o pomoc: materiały opatrunkowe, bandaże, środki dezynfekujące, leki. Do domu przyszli felczer i sowiecki kapitan.

— Mama przedtem zwołała całą dzieciarnię i młode dziewczyny z sąsiednich domów. Komuś coś zabandażowała, kazała położyć się do łóżek i udawać chorych. Naturalnie w łóżkach było kilku młodych mężczyzn, część żołnierzy schowała się. Rosyjskiemu dowódcy tłumaczyła, że leżą tu ludzie, „którzy ucierpieli w wyniku przejścia frontu przez Wilno”. Dowódca obejrzał „szpital”, po kilku godzinach przysłał zapas leków — opowiada pani Hanna.

Chorych trzeba było karmić, zapasy jedzenia szybko wyczerpały się. Podczas wojny nikt nie miał wiele produktów.
— Jeździłam z jeszcze jedną dziewczyną na wieś, gdzie mieszkali krewni, po produkty. Ludzie dawali bardzo chętnie, bez ociągania się dzielili się tym, co mieli — wspomina.

Mówi się, że u doktor Hanny Strużanowskiej urodziło się pół Wilna Fot. Marian Paluszkiewicz
image-79836

Mówi się, że u doktor Hanny Strużanowskiej urodziło się pół Wilna Fot. Marian Paluszkiewicz

Jak po tylu latach doszło do kontaktu pani Tamary i pani Hanny? To była bardzo dziwna historia. Przed kilkoma laty z panią Tamarą skontaktowała się Danutė Selčinskaja z Państwowego Muzeum Żydowskiego im. Gaona w Wilnie. Chciała usłyszeć historię rodziny, dostać fotografie. Potem długo była cisza.

— W ubiegłym roku otrzymałam od niej e-maila, że w Księdze Sprawiedliwych wśród Narodów Świata natrafiono na nazwisko mojej pani — pani Janiny Strużanowskiej. Okazało się, że w Księdze Sprawiedliwych Świata jest artykuł o Tadeuszu Larze, który przyczynił się do uratowania Tamary i jej mamy. Za to dostał od Instytutu Yad Vashem tytuł Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. Jeszcze się okazało, że pan Tadeusz Lara był dalekim krewnym Janiny Strużanowskiej. Był polskim oficerem i wraz z początkiem wojny w 1939 r. uciekł z Polski i ukrywał się u Strużanowskich — opowiadała z przejęciem pani Tamara.

Pani Danutė pamiętała nazwisko „Widuczańska” i napisała, że szukała potomków doktor Strużanowskiej. Znalazła ten dom, w którym przechowywano uciekinierów, oraz panią Hannę Strużanowską-Balsienė. Pojechała do niej, potem napisała do pani Tamary, podała kontakty.

— Kiedy się dowiedziałam prawdy o swej rodzinnej historii, przez dwa tygodnie byłam w stanie szoku. Nie mogłam o niczym mówić ani myśleć, tylko szukałam w Internecie materiałów o tej rodzinie. Okazało się, że Janina Strużanowska to wybitna osobowość, osoba odważna, szlachetna. Ryzykować swą rodziną i dziećmi nie każdy by się odważył — mówi łamiącym się ze wzruszenia głosem pani Tamara.

W maju br. przyjechała do Wilna, żeby się zobaczyć z Hanną Strużanowską-Balsienė. Było to pierwsze spotkanie po siedemdziesięciu kilku latach. Okazało się, że stoi jeszcze ten dom, który służył schronieniem. Była szczęśliwa, że poznała córkę „swej pani”. Trudno jej było wyrazić swą wdzięczność.

— Kiedy zaś dowiedziałam się, że doktor Janina Strużanowska będzie nagrodzona w imieniu Litwy, przyjechałam na tę uroczystość! — cieszy się pani Tamara. — Ta nagroda to świadectwo tego, że niezależnie od okoliczności ludzie byli gotowi do absolutnie bohaterskiego czynu, nawet z narażeniem własnego życia i życia swych bliskich.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.