5
Tu żyje niezrujnowana pamięć o polskości

Choreograf „Wilii” — Marzena Suchocka — mogła być dumna z tancerzy, ponieważ wypadli wspaniale Fot. Marian Paluszkiewicz

Choreograf „Wilii” — Marzena Suchocka — mogła być dumna z tancerzy, ponieważ wypadli wspaniale Fot. Marian Paluszkiewicz

„Rodem jestem z Wilna. A ja z Mejszagoły. Moi rodzice mieszkają w rejonie solecznickim, a moi krewni w Polsce… Ale od lat my wszyscy — „šilutiscy”…

Nie zdążam notować nazw miejscowości, skąd pochodzą moi rozmówcy, którzy w minione sobotnie popołudnie zebrali się w Centrum Kultury i Rozrywek Szyłokarczmy (Šilutė) na Żmudzi.
Zebrali się, by uczcić 15-lecie oddziału ZPL w tym mieście, obejrzeć wystawę ukazującą jego działalność, złożyć kwiaty na cmentarzu w Macikai, gdzie wśród wielu pomordowanych byli też Polacy.

Zebrali się, by obejrzeć koncert polskiego artystycznego zespołu pieśni i tańca „Wilia”, który po raz już drugi to miasto odwiedził. Co prawda, jak zaznaczy w drodze na Żmudź kierownik artystyczny i dyrygent Renata Brasel, przed pięcioma laty była tu grupa młodzieżowa. Tym razem jedzie skład podstawowy.
Jadą trochę z nutką niepokoju, bo wszak, jak podają statystyki, Polaków tu bardzo mało. Zaledwie 0,1 procent. A i mieszkańców też nie za dużo, niespełna 20 tysięcy, bo Szyłokarczma, tak jak inne litewskie miasta, za ostatnie dziesięciolecia wyludnia się niepokojąco. Ludzie wyjeżdżają za granicę w poszukiwaniu pracy.
Nie mniejszą tremę ma też zapewne Alina Judžentienė, organizatorka obchodów 15-lecia oddziału, która „Wilię” do Szyłokarczmy zaprosiła, by pokazać miejscowej publiczności przepiękne tańce polskie oraz jakże dla niej niezapomniane polskie piosenki ludowe.

Widzów oczarowała melodia i zawodowo wykonane pieśni Fot. Marian Paluszkiewicz

Widzów oczarowała melodia i zawodowo wykonane pieśni Fot. Marian Paluszkiewicz

Alina Judžentienė, z domu Trumpukalska. O tej kobiecie nie artykuł, ale książki pisać by można, bo to tylko dzięki jej postawie, dzięki niespożytej energii, pracowitości i przywiązania do tego, co ojczyste, polskie, odbyło się tu jakże już wiele pięknych imprez. A co najważniejsze — zjednoczyła ona miejscowych Polaków i dała możliwość cieszenia się słowem ojczystym.
To właśnie ona przed 15 laty założyła miejscowy oddział ZPL, wyszukując rodaków w najrozmaitszy sposób: dając ogłoszenia do prasy miejscowej, wypytując znajomych, sąsiadów. Założyła też niedzielną szkółkę języka polskiego, gdzie wielu pierwsze polskie litery poznało.

Szkółki niedzielnej dla dzieci dziś w Szyłokarczmie nie ma. Ale dla dorosłych jest i to właśnie Judžentienė ją prowadzi. No i jest oddział ZPL. Może nie tak duży, jeśli chodzi o uczestników, jakieś osób 30, ale ilu ma wielbicieli kultury polskiej, mamy okazję sami się przekonać właśnie na koncercie „Wilii”.
„Nuostabu”, „priekrasno”, „przecudnie” — te przeplatające się ze sobą słowa towarzyszyły podczas całego występu, który zespół prezentuje.
— Pyta pani, czy znam polski? Nie, ale kiedy się dowiedziałam, że ten zespół, który oglądałam przed pięcioma laty, znów u nas wystąpi, zwlokłam się z kanapy, wzięłam swą laseczkę i nie mogę ukryć zachwytu — jakie piękne stroje, jakie piękne melodie, jakie tańce” — mówi sędziwa pani, siedząca obok.

Nie jest jedyną, która wyda podobną opinię. Analogiczne zdanie usłyszę również od kierowniczki wydziału kultury samorządu szyłuckiego Vilmy Griškevičienė.
— Tu nie trzeba znać języka, tu mówią melodie, rytmy, tak fachowo wykonane pieśni i tańce. Gościmy w Šilutė bardzo często zawodowych artystów. Zespołów zarówno rodzimych litewskich, tak też zagranicznych, ale „Wilia” jest świetna. Zaiste profesjonalny poziom — mówi.

 Mer Šilutė Vytautas Laurinaitis powitał zespół i złożył gratulacje z okazji pięknego jubileuszu prezes szyluckiego oddziału ZPL Alinie Judžentienė Fot. Marian Paluszkiewicz

Mer Šilutė Vytautas Laurinaitis powitał zespół i złożył gratulacje z okazji pięknego jubileuszu prezes szyluckiego oddziału ZPL Alinie Judžentienė Fot. Marian Paluszkiewicz

Witając zespół i gratulując prezes szyluckiego odziału ZPL Alinie Judžentienė pięknego jubileuszu mer Šilutė Vytautas Laurinaitis odnotował, jak ważna jest dla każdego człowieka kontynuacja tradycji, swojej kultury, swego języka.
Alina Judžentienė, rodowita mejszagolanka, nie mogła nawet przedstawić, że swe życie połączy właśnie z tym tak dla niej mało znanym miasteczkiem na Żmudzi. Stało się za sprawą… miłości. Na chrzcie krewniaczki dano jej do pary przystojnego „kuma” Litwina, właśnie z Szyłokarczmy. I tuż po tym spotkaniu zaczęły listy „latać” ze Żmudzi do Wilna, gdzie Alina w księgarni „Przyjaźń” pracowała, a potem z powrotem. A po pół roku młodzi na ślubnym kobiercu stanęli.
— Tu w Szyłokarczmie? — pytam.
Alina się uśmiecha i odpowiada: „Nie, w swojej rodzimej Mejszagole. Niezapomniany ks. prałat Józef Obrembski nasz związek błogosławił życząc, by w tym mieście nic mi się złego nie przytrafiło, dodając: „Ludzie z Syberii do swych domów wracali, ale z Macikai, leżącach właśnie w pobliżu Szyłokarczmy, nie wrócił nikt” — przypomina dziś Alina.

Zamyśla się, a po chwili kontynuuje: „Nie rozumiałam wtedy tych słów, a i chwila była zbyt dla nas, młodych, radosna, by myśleć o przeszłości tego miasta, ale dziś wiem, że na tym terenie działał straszny obóz koncentracyjny, który wam pokażę i tam złożymy kwiaty poległym”.
Ze wspomnień smutnych przenosimy się do lat minionych, pełnych radości z rodzenia się dzieci, dobrego męża, nowych kolegów, których zawsze umiała i umie zjednywać. Brakowało jej tylko najważniejszej rzeczy: rodzimego języka na co dzień. Ale kiedy dzieci się urodziły, miała kogo uczyć i z kim polskie melodie nucić.

Kościół katolicki pw. Świętego Krzyża w Szyłokarczmie Fot. Marian Paluszkiewicz

Kościół katolicki pw. Świętego Krzyża w Szyłokarczmie Fot. Marian Paluszkiewicz

A że były to już czasy odrodzenia, postanowiła, że poszuka więcej rodaków, do czego ją zachęciła w niemałym stopniu polska działaczka z Kłajpedy, wieloletnia prezes oddziału ZPL w tym mieście Irena Songin. To ona widząc zainteresowanie Aliny taką działalnością poradziła: „Załóż koło w Szyłokarczmie”. „Koło? Ale dla kogo?” — zapytała Alina, wszak wiedziała, że prawie nie ma tu Polaków. A jednak zaczęła szukać.
„Cóż to był za fantastyczny dla mnie okres, pełen wzruszeń. Odwiedzałam w domach bardzo już starych ludzi, którzy dowiedzieli się z ogłoszenia w gazecie, że poszukuję Polaków. Gadaliśmy i gadaliśmy bez końca, jakbyśmy się z najbliższymi krewnymi spotkali, wszak nas ten polski, ojczysty język łączył. Były też przypadki, że dzieci, które już polskiego nie znały, informowały, że ich babcia czy dziadek są Polakami. Zbierałam wszystkich po tej przysłowiowej kropelce, po jednym ziarenku i wszyscy nie mogliśmy się nacieszyć, że jest nas tu coraz więcej, złączonych wiarą, językiem, kulturą, tradycją. Zapisywałam wspomnienia, bo niestety, takie to życie, że wielu z tych moich pierwszych członków już odeszło. A ci co zostali, to są moimi najbliższymi ludźmi, jak rodzina. Spotykamy się podczas świąt, jubileuszy, dzwonimy do siebie, no i tak to nam już te 15 lat minęło” — kończy moja rozmówczyni.

Alina Judžentienė zna tak zwaną stolicę położonego w delcie Niemna kraju szyłuckiego tak dokładnie, że śmiało
może wycieczki oprowadzać. Bo miasto to od 36 lat jest dla niej już rodzinne. Ale nigdy nie zapomina o swych stronach ojczystych, gdzie na mejszagolskim cmentarzu parafialnym pochowani są jej rodzice i brat. Przyjeżdża często do Wilna, by „Tej, co w Ostrej świeci Bramie” pokłonić się, by wziąć udział w corocznych spotkaniach opłatkowych rodaków, jedzie do Zułowa, by dąbek od ich oddziału posadzić. A razem z nią jest zawsze jej mąż Alvydas, najbliższy przyjaciel, Żmudzin z urodzenia, ale z serca to już na połowę Polak. Mówiący całkiem dobrze po polsku. Język ten opanował, jak się okazuje, w ciągu pół roku.
— Ciężko było? — pytam.

Reakcja widzów na każdy występ „Wilii” była nadzwyczajna Fot. Marian Paluszkiewicz

Reakcja widzów na każdy występ „Wilii” była nadzwyczajna Fot. Marian Paluszkiewicz

— A co było robić — uśmiecha się Alvydas. — Dała mi moja najukochańsza kilka książek do czytania i mówi: „Czytaj, a potem przeegzaminuję”. No, to musiałem się nauczyć, aby tego „egzaminu” przed moją żoną nauczycielką nie zawalić. A kiedy po pewnym czasie pojechaliśmy z Aliną do jej krewnych w Polsce, mówiłem już całkiem nieźle. Oczywiście z akcentem” — dodaje Judžentas.
Dzieci Judžentasów nie tylko polski i litewski znają, ale są, jak mówi z dumą mama, pięciojęzyczni. Syn Edward i córka Irenka mieszkają również w Šilutė, a druga córka, Joanna — w Kownie. Wszyscy dorośli, udani, wykształceni.
— No, dość już o mnie — mówi moja przemiła rozmówczyni, lepiej wam opowiem trochę o moim mieście, historia którego już równo 505 lat liczy. Właśnie z tej to okazji przybyła do nas w maju tego roku delegacja gminy Ostróda, by odnowić podpisane również przed 15 laty porozumienie o współpracy na niwie oświaty, kultury, turystyki, sportu.
Wiemy również, że Szyłokarczma założona była w 1511 roku w połowie drogi między Kłajpedą a Sowieckiem (Tylża). Początkowo była to osada, gdzie odpoczywali podróżni i ich konie w drodze między tymi miastami. Słynęła z targu rybnego, który odbywał się tu prawie 500 lat. W roku 1550 zbudowano tu pierwszy kościół.
W XVI wieku był to prężny ośrodek handlowy. Zamieszkiwali tu szkoccy uchodźcy religijni. A dwa wieki później niemal cała okolica wymarła na skutek zarazy i wtedy w te strony zjechali się osadnicy niemieccy.

— Mamy czym się pochwalić — dodaje nasza opiekunka, — bo przetrwało u nas sporo budynków z XIX i początku XX wieków, a wśród nich kościół luterański z roku 1926, który słynie z 50-metrowej wieży z trzema dzwonami i zegarem miejskim oraz ciekawymi freskami wewnątrz. Oczywiście mamy też kościół katolicki pw. Świętego Krzyża, który widzieliście przy wjeździe do naszego miasta.
A my ze swej strony będąc w tym mieście trochę jeszcze informacji dodamy, że ta nieduża miejscowość z jakże ciekawą historią bardzo długo musiała walczyć o swoje prawa miejskie, albowiem temu sprzeciwiały się zarówno Kłajpeda jak i Tylża, dla których Szyłokarczma stanowiła poważną konkurencję.

W Szyłokarczmie jest sporo akcentów dekoracyjnych — jak np. ta rzeźba nad rzeką Szyszą Fot. Marian Paluszkiewicz

W Szyłokarczmie jest sporo akcentów dekoracyjnych — jak np. ta rzeźba nad rzeką Szyszą Fot. Marian Paluszkiewicz

O mieście można by o wiele więcej, ale przecież największym bogactwem każdego są ludzie. Nas interesują nasi rodacy, losy, jakie ich tu przywiodły.
„Mój ojciec Zygmunt Sochocki był tu przywieziony na roboty przed wojną. Z Polski, z Płocka. Tu się zapoznał z moją mamą Stanisławą spod Retawy, z którą, gdy tylko się pobrali, wyjechali do Płocka. Tam się ja urodziłam — zaczyna piękną polszczyzną swe opowiadanie Henryka Sochocka. — Kiedy miałam 10 miesięcy, ojciec umarł. Mama została ze mną w Płocku, ale bardzo tęskniła za Litwą, ale nie był to tak łatwy powrót, bo granica przecież po wojnie była zamknięta. I dopiero kiedy Stalin zmarł, powróciłyśmy z mamą, ona do swej ojczyzny, ja do bardzo mi obcego kraju. Wszak miałam już 13,5 lat. Tam w Polsce byli moi koledzy, był cały mój świat. Język litewski, owszem, znałam od mamy, ale naukę zaczynać w tym języku to było dla mnie ogromne przeżycie. Ale powoli, powoli się wciągnęłam i tak oto wyrosłam tu, w Szyłokarczmie, gdzie wraz z mężem dzieci doczekaliśmy się i pracę jako fotograf znalazłam.

Czy tęsknię za Polską? Teraz to już nie tak bardzo, bo Polska na szczęście jest dla nas dostępna, często wraz ze swoimi najbliższymi swych krewnych odwiedzamy, ale tu na miejscu w Szyłokarczmie języka polskiego na co dzień bardzo mi brakowało. Więc gdy przeczytałam ogłoszenie w gazecie, że takie koło powstało, oczywiście od razu przyszłam i tu swą drugą rodzinę, nie mniej ważną niż ta podstawowa, zdobyłam — kończy Henryka.

Henryka Sochocka — aktywny członek oddziału ZPL Fot. Marian Paluszkiewicz

Henryka Sochocka — aktywny członek oddziału ZPL Fot. Marian Paluszkiewicz

— A ja jestem Litwinką. Ale męża mam Polaka — przedstawia się Rita Baniewicz, która, jak za chwilę się dowiem, jest rodem z Wilna i w Centrum Kultur Narodowych w Kłajpedzie pracuje.
— Poznaliśmy się Wilnie, jestem wilnianka — poprawną polszczyzną mówi Rita. — Najpierw mieszkaliśmy w Wilnie, ale mąż jest marynarzem, więc zdecydowaliśmy się na wyjazd do Kłajpedy na stałe i tak tu jesteśmy. Co prawda, już nie ma z nami syna Pauliusa, który w Gdyni mieszka, bo w Akademii Morskiej tam studiuje. Czy powróci na Litwę? Wątpię. Bo bardzo mu się tam podoba, zresztą i ja zakochana jestem w tym mieście, zabytkach, tak samo jak we wszystkim, co polskie. Sama czasami się zastanawiam, czy moi przodkowie nie mieli krwi polskiej, bo wszystko, co polskie, jest mi bliskie” — mówi Rita Baniewicz.

Kilka wypowiedzi. A takich połączonych losów jest tu sporo. Ale, jak doda Alina Judžentienė, nie zawsze są to piękne historie miłosne, bo różne drogi i w różnych latach sprowadzały Polaków do tego miasteczka na Żmudzi.
Wielu Polaków, mających swe dworki koło Onikszt, Telsz i innych miejsc, wywiezionych było na Syberię. A po wojnie nie pozwolono im wrócić do swych miejsc rodzinnych. Majątki były znacjonalizowane , porozkradane. Dano do wyboru tylko te dawne tereny pruskie. Cóż mieli robić — wrócili, niby na swą ziemię, ale nie na te same tereny.

„Przypominam panią Władysławę spod Onikszt, Alinę spod Telsz, których poznałam zakładając oddział — mówi prezes oddziału szyłuckiego ZPL. — Cieszyły się, płakały jak dzieci, że na stare lata i tu polską mowę słyszą”.
Dużo tego polskiego było właśnie podczas wieczoru jubileuszowego szyłuckiego oddziału ZPL.
—Tylu ludzi bardzo rzadko mamy — mówi mi szatniarka. — Ale się nie dziwię, bo na zmianę z koleżanką miałyśmy możliwość i my rąbek koncertu „zachwycić”. Toż to istne obrazy malarskie, te kostiumy, te kompozycje choreograficzne, te melodie, raz rzewne, raz skoczne — mówi.

Pałac Hugo Szoja w Szyłokarczmie Fot. Marian Paluszkiewicz

Pałac Hugo Szoja w Szyłokarczmie Fot. Marian Paluszkiewicz

— To Alina Judžentienė nas wszystkich tak złączyła — mówi Lulita Sulcenienė, prezes kłajpedzkiego oddziału ZPL, która do Szyłokarczmy na to święto z miasta portowego wraz ze swą 16-osobową grupą Polaków tam zamieszkałych przyjechała. Jak się dowiem później, była z nimi też pani Irena Songin.
Lulita prezesem koła jest od roku, ale nie może się nacieszyć, że po poprzedniej prezes oddziału Irenie Songin przejęła tak prężnie działające koło. Mają i niedzielną szkółkę języka polskiego, i zespół „Płomyczek”. Słowem, działają, że nie ma czasu o rodzimym Wilnie myśleć. Zresztą czasy teraz takie, że odległości się zmniejszają, dobre drogi, dobra komunikacja sprawiają, że jest często w mieście swej młodości.
Dla kilku „Wiliowców” był to pierwszy wyjazd koncertowy. Była to dla nich, jak też dla nas wszystkich, wielka lekcja zapoznania się z niezatartymi śladami polskości w tym mieście na Żmudzi. Niezatartymi, bo są ludzie dbający o to, by je zachować.

5 odpowiedzi to Tu żyje niezrujnowana pamięć o polskości

  1. Jur mówi:

    Podsycanie wrogości wobec Polaków i polskości jest paliwem napędzającym działania i popularność konserwatystów na Litwie . Niestety jak widać i na co wskazuje historia ,można zyskać więcej dzieląc niż łącząc.Przykładów jest wiele. Np Stalin powiedział, że wszystkiemu złu i biedzie winni są kapitaliści oraz burżuje. Ujarzmił naród ustanawiając aparat terroru i przemocy .Znalazł wielu zwolenników i w konsekwencji ujarzmił wiele narodów.

  2. schlange mówi:

    Jur
    co ma piernik do wiatraka ?!

  3. schlange mówi:

    jur
    stalina stawiasz za przykład ?! – głupota!!!

  4. Jur mówi:

    Piernik ma tyle do wiatraka co litewskie obietnice realizacji praw człowieka i praw mniejszości na Litwie. Mejszagoła, Soleczniki, Landwarów to miejsca gdzie polskość ma topniejące szanse oparcia się wynarodowianiu,co nie oznacza poddania się i kultywowania tradycji wbrew zakazom ,nakazom i aktom niechęci . Już od 1994 roku trwa zwodzenie Polaków ,obietnicami z zerem realizacji. Rozstęp między zakłamanymi obietnicami a realizacją polega na zwodzeniu obietnicami . W czasie ostatniej wizyty Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Wilnie .Wtedy obiecano mu zaniechać pokiereszowania polskich nazwisk na litewsko brzmiące . Prezydent zakończył wizytę sarkasatycznym stwierdzeniem – “to ja mam się nazywać Lechas Kaczynskas”. Wizyta Prezydent Grybauskaitie w Solecznikach była manifestacją porozumiewania się z Polakami po litewsku.

  5. schlange mówi:

    Jur
    teraz już dobrze i jasno napisałeś. Dziękuję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.