0
„Wileńszczyzna śpiewa, tańczy, gra…” „Borowianka” życie bierze na wesoło!

Członkinie zespołu podkreślają, że cotygodniowe spotkania są dla nich bardzo cenne Fot. Marian Paluszkiewicz

Członkinie zespołu podkreślają, że cotygodniowe spotkania są dla nich bardzo cenne Fot. Marian Paluszkiewicz

„Uważam, że życie trzeba brać zawsze na wesoło, z humorem. Przeżyłam już niemało, mam coraz więcej powodów do radości. Pan Bóg pomógł mi wychować dzieci, wnuki. Teraz, kiedy mam czas, lubię rozweselać ludzi” — mówi „Kurierowi” Daniela Worobiej. Swój talent może wykorzystywać dzięki „Borowiance”, z którą jest związana już przeszło 20 lat.

„Borowianka” działa w Czarnym Borze już od 26 lat.
— Jestem w zespole w zasadzie od początku. Powstał w czasie, gdy Litwa odzyskiwała niepodległość. Pierwszym kierownikiem był Hieronim Czernis — opowiada Luba Zinkiewicz, która nie porzuciła zespołu nawet wtedy, gdy wyprowadziła się do Wilna.

— Zespół powstał na fali patriotyzmu, jaka ruszyła w latach 90. Nikogo nie trzeba było wtedy zachęcać, nie trzeba było nawet szukać szczególnie pieniędzy. Sami szyliśmy stroje, ze swoich środków, gdy było trzeba — sami opłacaliśmy podróż. To był szczególny czas, wydaje mi się, że tego zapału teraz trochę ludziom brakuje — dodaje Janina Jurcewicz.

Szczególny charakter tego okresu podkreśla także kierownik zespołu Kazimierz Moroz.
— To było prawdziwe odrodzenie. Ludzie byli zadziwieni wolnością. Najlepiej świadczy o tym liczba dzieci, jakie wtedy zapisywano do polskich szkół. Teraz wolność nie jest już tak ceniona — zauważa.

 „Borowianka” znajduje czas nie tylko na śpiew, ale też na dzielenie się tym, co dobre i piękne Fot. Marian Paluszkiewicz

„Borowianka” znajduje czas nie tylko na śpiew, ale też na dzielenie się tym, co dobre i piękne Fot. Marian Paluszkiewicz

W latach 90. „Borowianka” była nie tylko młodsza, ale także o wiele bardziej liczna.
— Przez 20 lat, kiedy jestem w zespole, nazbierało się niemało pięknych wspomnień. Zawarłam wiele nowych, ciekawych znajomości. Co wspominam najlepiej? Chyba nasze wcześniejsze wyjazdy, gdy w „Borowiance” była cała kapela. To był naprawdę piękny czas. Mieliśmy skrzypce, cymbały, akordeon. Nasze podróże czasem trwały długo, ale cała droga — 900 km — była „wyśpiewana”. Sił i chęci nie brakowało. Niestety, ktoś zmarł, ktoś już nie może grać… — wspomina Janina Jurcewicz.

Dziś, jak mówią, coraz trudniej zachęcić jest ludzi do śpiewu. Coraz trudniej też do wspólnego świętowania.
— Wydaje mi się, że ludzie coraz mniej cenią żywą muzykę. Wszędzie słychać głośno puszczane utwory, ale przecież koncert to coś zupełnie innego. Zwłaszcza młodzież coraz mniej dostrzega tę różnicę — zauważa Kazimierz Moroz.

Zespół szuka więc sposobów na to, żeby repertuar był jak najciekawszy.
— Często na koncertach widzimy, że ludzie są znudzeni, gdy jakiś zespół cały czas śpiewa to samo. Staramy się tak ułożyć program, żeby „ukąsić” widza. A to jest dzisiaj bardzo trudne. Jeszcze trudniej jest teraz widza rozśmieszyć. Ludzie dziś mają, wydawałoby się, wszystko, ale bardzo trudno jest ich zachęcić do udziału we wspólnym świętowaniu. Może mają za dużo pracy? Może przyszliby, gdyby ktoś wyłączył im internet? — zastanawia się kierownik zespołu.

Kazimierz Moroz Fot. Marian Paluszkiewicz

Kazimierz Moroz Fot. Marian Paluszkiewicz

Kazimierz Moroz podkreśla, że bardzo ważny jest dobry wodzirej.
— My na szczęście mamy wspaniałą wodzirejkę. Pani Dana ma taki niezwykły dar rozśmieszania ludzi. Jak wiadomo, „na początku było słowo”. Gdy słowa brakuje, programy bywają nudne. Jeżeli od zespołu „pachnie” folklorem i pieśnią ludową, ważne jest, żeby znalazło się miejsce także na ciekawą opowieść. Właśnie robi to pani Dana. Piosenką dziś trudno zadziwić, ale wystarczy, że ona wyjdzie i powie trzy słowa — i już wszystkim jest wesoło — wyjaśnia.

— Zawsze staram się zacząć od nawiązania kontaktu z widzami. Wtedy oni przyjmują wszystko inaczej. Trzeba umieć ich podejść, zażartować. Jak na razie dobrze nam się to udaje. Lubię rozweselać ludzi. Czasem napiszę jakiś wierszyk, czasem piosenkę ułożę. Nie najgorzej się czuję, jeżdżę wszędzie z zespołem i widać, że moje występy podobają się, bo oklasków nie brakuje — mówi Daniela Worobiej.

Zespół stara się, by repertuar był jak najciekawszy Fot. Marian Paluszkiewicz

Zespół stara się, by repertuar był jak najciekawszy Fot. Marian Paluszkiewicz

Bardzo ważne dla zespołu są oczywiście koncerty. Niemało jest ich na Wileńszczyźnie, nie brakuje też wyjazdów do Polski.
— Ostatnio w Polsce byliśmy we wrześniu, na turnieju piłkarskim. Dwa lata temu na Kaziukach w Węgorzewie. To był dla mnie bardzo nerwowy wyjazd, bo większa część zespołu rozchorowała się. Ostatecznie pojechało tylko 5 osób, a ja sam miałem gorączkę. Przed nami występowały dwa wielkie zespoły z orkiestrą. Scena taka duża, a nas tak mało — wspomina kierownik zespołu. — Sytuację uratowała pani Dana. Wyszła na scenę i po kilku chwilach słychać było tylko śmiech widowni. Kiedy jest taki dobry kontakt z widzem, inaczej słucha się piosenek. To jest naprawdę dobra zabawa dla nas i dla widowni, która na długo zostaje w pamięci — podkreśla Moroz.

Zespół powstał na fali patriotyzmu, jaka ruszyła w latach 90. Fot. archiwum

Zespół powstał na fali patriotyzmu, jaka ruszyła w latach 90. Fot. archiwum

Członkinie zespołu podkreślają, że cotygodniowe spotkania są dla nich bardzo cenne.
— Szukałam czegoś takiego, bo jestem osobą bardzo wesołą, lubię śpiew, tańce. Tu otrzymuję bardzo dużo dodatniej energii. W życiu różnie bywa, zdarzają się bardziej nerwowe dni. Po naszych spotkaniach zupełnie inaczej się czuję, inaczej patrzę na świat — mówi Helena Sakowicz, która w „Borowiance” śpiewa od dwóch lat.
— Przychodzę na próby jak do pracy. Czekam na środę. To mój dzień, wiadomo, że idę niezależnie od pogody — dodaje Daniela Worobiej.

 Kiedyś „Borowiance” towarzyszyła cała kapela Fot. archiwum

Kiedyś „Borowiance” towarzyszyła cała kapela Fot. archiwum

— Mamy wspaniałego kierownika. I spotkania potrafi poprowadzić ciekawie, i jak trzeba, do domu odwiezie. Bardzo cieszymy się, że mamy takie kółko — podkreślają członkinie zespołu.

Kazimierz Moroz przyznaje, że dużo wysiłku wkłada nie tylko w przygotowanie prób od strony muzycznej, ale także w zmotywowanie do udziału w nich członkiń zespołu.
— Zawsze staram się, żeby próba nie była nudna i smutna. Przez tydzień u każdego zbiera się dużo wydarzeń. Umiemy znaleźć czas nie tylko na śpiew, ale też na dzielenie się tym, co dobre i piękne. Teraz, nawet oficjalnie „Borowianka” jest kółkiem rozrywkowym. Kiedyś był to zespół, teraz bardziej stawiamy na tworzenie przyjaznego środowiska, organizację spotkań — wyjaśnia Kurierowi” kierownik.

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.