1
Tomas Pačėsas: „Bez dyscypliny nie uda się osiągnąć maksymalnych wyników”

Trener żąda dyscypliny od sportowców nie tylko na parkiecie, ale też poza nim Fot. Marian Paluszkiewicz

Rozmowa z Tomasem Pačėsasem, znanym litewskim koszykarzem, obecnym trenerem stołecznej drużyny „Lietuvos rytas”, członkiem Rady samorządu Olity, jedenastokrotnym mistrzem Polski w latach 2002-2011, zdobywcą brązowego medalu olimpijskiego w 1996 roku.
K. W.: Jak Pan rozpoczął swoją przygodę z koszykówką? Dlaczego właśnie ten sport, a nie jakiś inny?

T. P.: W ciągu 6 lat zajmowałem się pływaniem. Jednak tak jak wielu przedstawicieli mojego pokolenia, najbardziej zafascynowałem się koszykówką. Głównym impulsem były dla mnie zwycięstwa kowieńskiego Žalgirisu z moskiewskim CSKA. Oglądałem mecze jak zahipnotyzowany. To było coś więcej niż sportowa rywalizacja. Kiedy Litwini zdobyli mistrzostwo Związku Radzieckiego, to było coś niesamowitego. Wszyscy zaczęli grać w kosza. Nie byłem wyjątkiem. Wkrótce zrozumiałem, że koszykówka jest właśnie tym, z czym chcę związać swoje życie. Co prawda, miałem wtedy około 14 lat, więc faktycznie byłem już „zbyt stary”, aby rozpoczynać. Kształtować swoje nawyki w sporcie należy znacznie wcześniej. Jednak moja chęć była mocniejsza niż bariera wiekowa. Rozumiałem, że będę musiał wkładać więcej wysiłku niż ci, którzy w młodszym wieku rozpoczęli treningi. Byłem gotów do pracy i wkrótce okazało się, że motywacja i wysiłek to już pół sukcesu.

Grał Pan w szeregach kowieńskich i olickich drużyn, również w ukraińskim, rosyjskim i izraelskim klubach koszykarskich. Jak się stało, że droga zawodowa poprowadziła w kierunku Polski?

Prawdopodobnie los tak zechciał. Koszykarz nie jest przywiązany do jakiegoś jednego miejsca, wypróbowuje swoje siły i doskonali nawyki w różnych ekipach. Okazało się, że najlepiej sprawdziłem się właśnie w drużynach polskich, dokąd mnie zaproszono i gdzie pracowałem najdłużej ― najpierw jako zawodnik, później jako szkoleniowiec. Grałem w Legii Warszawa, potem Śląsku Wrocław i Anwilu Włocławek, aż w końcu trafiłem do Prokomu. Udało się podczas tej współpracy osiągnąć najwyższe wyniki i niejednokrotnie kończyć sezony mistrzostwem Polski. Cieszę się, że do tego się przyczyniłem.

Czy czuł się Pan obco po przybyciu do Polski? Jak szybko udało się nauczyć języka polskiego?

Najpierw czułem się prawie jak w domu, a wkrótce ― jak w domu. Pochodzę z Olity. Z rodzinnego miasta miałem zupełnie blisko do Polski. Zawsze miałem polską telewizje i chętnie ją oglądałem. Od dziecka znałem również język rosyjski, a języki słowiańskie są przecież do siebie podobne, więc dosyć łatwo się uczyłem polskiego. Najważniejsze to mieć chęć. Oczywiście, miałem wschodni akcent, ale on nigdy nie przeszkadzał moim kolegom.

Dlaczego wśród kolegów z parkietu zyskał Pan pseudonim „Szeryf”?

Lubię dyscyplinę i tego nie ukrywam. Grałem zawsze w pozycji rozgrywającego. Jak wiadomo, najczęściej jest to lider drużyny i prawa ręka trenera. Byłem graczem wymagającym zarówno w stosunku do siebie, jak też do całej drużyny. Pilnowałem dyscypliny na boisku i poza nim też. Te cechy poskutkowały pojawieniem się odpowiedniego pseudonimu.

Najwięcej w Polsce, 9 lat, spędził Pan w drużynie Asseco Prokom Gdynia. Najpierw jako koszykarz, a następnie ― trener. Właśnie w tym okresie był Pan często mianowany jako jedna z najbardziej wyrazistych postaci w polskiej koszykówce. Co więc spowodowało decyzję odejścia z klubu?

To była niełatwa decyzja, ponieważ właśnie z Prokomem osiągnęliśmy największy sukces dla polskiej koszykówki – awansowaliśmy do najlepszej ósemki Euroligi. Dla klubu z niewysokim budżetem to naprawdę ogromne osiągnięcie. Zostałem też wtedy uhonorowany jako trzeci najlepszy trener sezonu. Jednak przyszedł czas na zmiany. Nigdy nie byłem w zespole tylko po to, żeby być. Gdy już więc widziałem, że nic więcej nie mogę dla niego dać, że osiągnęliśmy szczyt swoich możliwości, postanowiłem odejść. Wpływ miały również niektóre okoliczności finansowe i polityczne. Wszystko złożyło się na to, że nie widziałem już sensu kontynuować swojej pracy w Gdyni. Nadal jednak jestem w dobrych stosunkach z kierownictwem klubu i cieszę się z jego sukcesów.

Po odejściu z Prokomu został Pan dyrektorem wykonawczym międzynarodowej ligi koszykarskiej VTB United League. Przed rokiem jednak wrócił Pan do trenowania i stanął na czele wileńskiej ekipy „Lietuvos rytas”. Czyli praca na parkiecie jest ciekawsza niż przy biurku?

Koszykówka to moje życie, a ja ciągle poszukuję nowych wyzwań. Obiecałem kiedyś, że przy określonych okolicznościach mogę zostać trenerem „Rytasu”. I tak się stało. Przyjąłem propozycję zostania trenerem klubu, bo chciałem go wskrzesić. Pracy jeszcze jest bardzo dużo, ale pewne wyniki już można zaobserwować. Cieszę się, że w ubiegłym roku drużynie udało się przezwyciężyć głód tytułów — po sześcioletniej przerwie na początku tego roku udało się zdobyć Puchar Króla Mendoga. To duży krok do przodu dla tego klubu wiedząc, że jego finansowanie ciągle się zmniejsza. W ubiegłym sezonie, niestety, wszystkich planów nie udało się zrealizować. Mam nadzieję, że ten sezon będzie lepszy. Koszykarstwo zawsze jest bardzo dynamiczne, pełne wyzwań i stresu. To zarówno odstrasza, jak też dopinguje, jeżeli kochasz swój zawód.

Słyszałam, że jest Pan srogim trenerem. Tak jest?

Stara jak sam świat filozofia głosi, że powinna istnieć pewna równowaga. Też tak sądzę, toteż w motywacji wykorzystuję zarówno „bicz” jak też „cukierek”. W pewnych sytuacjach naprawdę bywam srogi, ponieważ sądzę, że bez dyscypliny nie uda się osiągnąć maksymalnych wyników. A dobry sportowiec przecież właśnie do tego dążyć powinien. Koszykarz ze wszystkich sił musi walczyć o swój klub i kibiców, dla których się gra. Jeżeli frontowi koszykarze na parkiecie pobiegną w różne strony, psując obronę, czy można ich pochwalić? Także żądam dyscypliny od sportowców nie tylko na parkiecie, ale też poza nim, czyli żadnego palenia i alkoholu oraz dbanie o odpowiedni odpoczynek. W dodatku koszykarz, jak każdy inny zawodowy sportowiec, jest osobą publiczną, czyli przykładem dla innych. Dlatego odpowiada nie tylko za swoje wyniki, ale też za dobry wizerunek siebie i drużyny.

Co w ogóle sport znaczy w życiu człowieka? Pomaga kształtować silną osobowość czy raczej jest odwrotnie — to sportowiec ma mieć mocny charakter, aby osiągnąć sukcesy w sporcie?

Oba te stwierdzenia są słuszne. Jeżeli zaczynasz uprawiać sport w młodym wieku, to na pewno będzie on ciebie kształtować, zarówno fizycznie, jak też duchowo. Musisz zatem mieć odpowiedni charakter, aby coś osiągnąć. Sport kształtuje mentalność zwycięzcy, zaszczepia chęć dążenia do najlepszego wyniku, co na pewno przyda się poza boiskiem. Sport zespołowy doskonale uczy życia w kolektywie, odpowiedzialności za siebie i innych oraz myślenia. Naprawdę nie jest łatwo w pocie czoła podejmować jakieś decyzje w ciągu sekundy, wiedząc, że twoja decyzja wpłynie na całą drużynę. Wszystkie te czynniki, zdobyte nawyki stają się mocnym bodźcem, który przejawi się we wszystkich innych dziedzinach życia. Widzimy przecież, jak wielu sportowców pomyślnie zakłada i prowadzi biznes czy działalność społeczną.

Przed rokiem Pačėsas został trenerem wileńskiej drużyny koszykarskiej „Lietuvos rytas” Fot. Marian Paluszkiewicz

W ubiegłym roku Pan nie tylko powrócił do trenowania, ale również został członkiem rady samorządu olickiego. Skąd chęć zajęcia się polityką?

Po pierwsze, nie jestem obojętny wobec tych procesów, które się dzieją w moim rodzinnym mieście. Niektóre potrzebne procesy społeczne, sportowe, kulturalne czy gospodarcze wstrzymuje zwyczajna, tradycyjna biurokracja. Dziś, będąc w Radzie samorządu, przyglądam się tym procesom, robię wnioski i szukam rozwiązań. Są potrzebne zmiany, trzeba przyciągnąć do polityki więcej sumiennych ludzi, którzy mieliby zaufanie mieszkańców i nikt by już nie myślał w sposób „tam są oni, a tutaj my”. Należy nauczyć się budować poczucie wspólnoty, w tej dziedzinie można brać przykład z Polski. Nasi sąsiedzi odważnie czują się w pewnym sensie współwłaścicielami wszystkich spółek państwowych, znają swoje prawa, żądają przejrzystości, odpowiedzialności i otrzymują to. Podobnych zmian chciałbym również na Litwie. Natomiast nie warto chcieć zmienić politykę spodziewając się, że ktoś przyjdzie i zmiany wprowadzi. Sądzę, że należy do tego dążyć wszystkim, wspólnie działając, nie pozostając obojętnym, mówiąc „nie mam z tym do czynienia, to nie moje, nie pójdę głosować”. Po prostu, gdy jesteś obojętny, to pozwalasz komuś z tego korzystać. Dlatego postanowiłem zacząć od siebie i zacząć coś robić, aby w państwie żyć było lepiej.

W jaki sposób udaje się Panu pogodzić swoją karierę sportową, działalność samorządową i obowiązki rodzinne?

Teraz gdy syn i córka już są dorośli, pogodzić wszystkie dziedziny udaje się lżej. Trudniej było, gdy dzieci były młodsze, bo rodzina pozostawała w Olicie, a ja musiałem ciągle migrować. Jednak dzieci nigdy nie czuły braku ojcowskiej miłości i uwagi, bo każdą wolną chwilę poświęcałem rodzinie. Robię to również teraz. Wiele rodzin tak żyje, bo wszyscy wiemy, jak ważna jest praca i jak dużo musimy dla niej oddawać. Bardzo wiele zawdzięczam swojej żonie, która jest duszą naszej rodziny i zawsze umiała nas „sklejać”. Gdy nie bywałem w domu, brała wszystkie obowiązki na swoje ramiona, ale w tym czasie również wszystkich doskonale podtrzymywała. Jest silną, mądrą i kochającą kobietą. Sądzę, że jestem prawdziwym szczęściarzem, że los nam siebie podarował.

 

 

Jedna odpowiedź do Tomas Pačėsas: „Bez dyscypliny nie uda się osiągnąć maksymalnych wyników”

  1. czarek mówi:

    Najlepsze zyczenia dla P. Pacesas od milosnika koszykowki . Aby w niedalekiej przyszlosci pod wodza P. Pacesasa Zargilis Wilno dotarlo do Final Four w Champion .

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.