1
O tradycjach świątecznych na dworach magnackich, o Wigilii na wzór francuski i nie tylko…

image-81107

Liliana Narkowicz jest autorką kilkunastu książek Fot. archiwum Liliany Narkowicz

Dziś naszą rozmówczynią jest dr Liliana Narkowicz, wilnianka badająca dzieje rodu Tyszkiewiczów, autorka książek oraz wielu publikacji z tej dziedziny. W przededniu Świąt Bożego Narodzenia opowiada tradycjach wigilijnych, jakie panowały w pałacach Tyszkiewiczów przed ponad stu laty i o tym jak wyglądają obecnie.

Jak wyglądały wigilie Świąt Bożego Narodzenia na dworach magnackich przełomu XIX/XX wieku?

Pozwoli pani, że posłużę się wspomnieniami Stefana Marii Tyszkiewicza (ur. 1894), syna hrabiego Władysława z Landwarowa:
„W kątach prostokątnej sali jadalnej stały ogromne słupy uwite z suchych zbóż, pamiątka po ostatnim jesiennym urodzaju, nadzieja na płodny następujący rok. Lubiliśmy z rodzeństwem zawieszać na nich przyczepione do jedwabnych wstążeczek małe czerwone jabłuszka, rajskimi zwane. O zmierzchu cichaczem wymykaliśmy się z pałacu do stajni, żeby posłuchać, o czym mówią nasze ukochane zwierzęta – konie, którym dawaliśmy resztki opłatków zebrane ze świątecznego stołu. W salonie stała Piękna Pani – choinka ustrojona w iskrzące barwami kule przywiezione przez naszych Rodziców z Niemiec, pod którą już czekały na nas prezenty wręczane przez Tatę.

Stół na 12 osób był u nas zawsze przykryty śnieżnobiałym obrusem, ale tego wieczoru także bogato przybrany gałązkami świerkowymi. To była inna wieczerza niż zwykle, bo potrawy, zwykle po kolei podawane przez naszych służących, już na stole stały. Ale to nie znaczy, że można było najadać się do woli. Trzeba było trzymać się dobrych zasad savoir-vivre, no i żeby następnego dnia brzuchy nie bolały. Lokaj Franek, w czarnym fraczku i w białych rękawiczkach, majstrował tylko przy zupach. Zawsze były wedle życzenia minimum dwie. Najczęściej migdałowa i grzybowa, choć kiedy byliśmy tylko we własnym gronie, mogła być nasza tradycyjna niedzielna zupa, rakowa. Jadaliśmy karpia po żydowsku i w galarecie (z warzywami), okonie serwowane z siekanym jajkiem (zdaje się, że danie zapożyczone z Zatrocza), kulebiaka z rybą i cebulą, słodkawe kulki typu pączków z nadzieniem z kapusty, uszka grzybowe, makowiec z kandyzowaną pomarańczową skórką, strudla z suszonymi śliwkami, marcepanowe figurki, leguminy. U nas w Landwarowie, mimo że byliśmy posądzani o »prostactwo«, najważniejszy był… śledź. Także w czasach przedwojennych i powojennych, kiedy znaleźliśmy się na emigracji. Normalnie była to potrawa biednych rodzin, ale do naszego domu weszła poprzez zażyłe kontakty z Petersburgiem. I już nigdy nie wyszła”.

Czy święta były uroczyste, czy raczej kameralne?

Dawne Wigilie – to święta jak najbardziej kameralne. Trzeba pamiętać, że zimy w owym czasie były śnieżne i mroźne, a dotrzeć od majątku do majątku można było tylko karetą lub saniami, co zwykle trwało długo, pomijając niewygody podróżowania w chłodzie. Do I wojny światowej obowiązywał powszechny zwyczaj spożywania Wigilii, a więc i spędzania Świąt Bożonarodzeniowych w swoich podstawowych rezydencjach. Z rodziną i przyjaciółmi spotykano się w karnawał, który trwał od Trzech Króli do Środy Popielcowej. A więc wystarczało czasu i na odwiedziny, i na zabawy. W okresie karnawałowym, czyli zabawowym, Tyszkiewiczowie z Litwy przeważnie spotykali się w Warszawie, Krakowie, Paryżu lub Caen. Czasami także w Wilnie. A przy wigilijnym stole zwykle zasiadali gospodarze pałacu, zamku czy dworu razem z dziećmi. Zwykle towarzyszył im któryś z wujów czy któraś z cioć, o ile zdecydowali się na przyjazd z odległej wiejskiej miejscowości, by spędzić przy rodzinie całą zimę. Czasami rezydent lub rezydentka z powodu podeszłego wieku, lub utraty majątku, mieszkał na stałe przy danej rezydencji. Do wigilijnego stołu było także dopuszczane ciało pedagogiczne hrabiątek — guwernantki, nauczyciele, bony, wychowawczynie, choć ci ostatni w każde święta mieli wakacje, a więc starali się dołączyć do swoich rodzin.

Podobno Polska szlachecka, a jeszcze bardziej arystokratyczna, nie bardzo praktykowała zwyczaj postnych kolacji. Naprawdę na stole szlacheckim bywało 7-9 potraw, arystokratycznym 11-13, chłopskim 1-5?

Trzeba pamiętać, że 100 lat temu z hakiem polska Wigilia nie była świętem brzucha, tylko ducha. W minionych czasach odróżniano Wigilię od Bożego Narodzenia. Wigilia jako święto religijne i mocno zakorzenione w rodzinach od pokoleń musiała być wyciszona, spokojna, skromna. Oczywiście, na stołach osób zamożnych i z wyższych sfer zawsze była ona okazała. Obżarstwo, jako jeden z głównych grzechów, było w Wigilię niedopuszczalne. Danie można było spróbować lub tylko napocząć, ale nigdy napychać się do syta. Do końca jedzono tylko zupę wigilijną podawaną na ciepło. Mnogość potraw stojących na stole miała zapewnić ich obfitość na nadchodzący rok. W pierwszym i drugim dniu świąt bożonarodzeniowych dziś dojadamy to, co nam zostało z Wigilii. Raz sprzątnięta ze stołu arystokratycznego potrawa nigdy już tu nie wracała. Wędrowała na tak zwany drugi stół dla oficjalistów i trzeci — służby dworskiej.
Opisy historyczne sławetnych XVII/XVIII-wiecznych uczt, na przykład u Radziwiłłów, kiedy to szykowano na jedną wieczerzę, dajmy na to 300 dzików, 500 kapłonów czy 700 kowszy wina, nie mają nic wspólnego z wieczerzą wigilijną. Obżarstwo, także u Tyszkiewiczów, było na Boże Narodzenie, czyli 25 i 26 grudnia. Wtedy szły w ruch kapłony, kaczki, bażanty i wszelka dziczyzna.
Co do liczby potraw stawianych na wigilijnym stole, to podaje się ją różnie, w zależności od źródeł. Trzeba pamiętać, że dziewiętnastowieczne społeczeństwo polskie było podzielone na wiele warstw i nawet chłop chłopu nie był równy. Nie mówiąc już o mieszczaństwie i szlachcie. Nierzadko szlachcic pod względem majątku wyprzedzał niejednego arystokratę. Była też szlachta zagrodowa i szaraczkowa. Ilość potraw wigilijnych zależała przede wszystkim od stanu i zamożności konkretnego domu. Rzecz jasna, że na stole chłopskim najczęściej zjawiały się postne kluski, groch, fasola, kartofle w łupinach, buraki i kapusta. Natomiast ryba była dla niejednego marzeniem.

Czy ryby były podstawową potrawą wigilijną na szlacheckich i magnackich stołach?

Jak najbardziej. Opłatek, ryby i marcepan jako znak dostatku. Ryba była symbolem pierwszych chrześcijan. Między innymi w „Quo vadis” Henryka Sienkiewicza mamy taką scenę, gdy jeden z bohaterów, zapytany o to, kim jest, rysuje znak ryby na piasku jako znak rozpoznawczy. Tym znakiem i jego pochodnymi wielokrotnie posługiwał się Jezus, chociażby mówiąc: „Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi”. Nasza tradycyjna wigilia ma być bezmięsna, ale Rzeczpospolita szlachecka, jak wiadomo ze źródeł historycznych, lubiła sobie dobrze zjeść. Rzeki i jeziora nie były kiedyś bezpańskie, należały do właścicieli dóbr, a więc i łowienie ryb bez pozwolenia pana na własny użytek było niedopuszczalne. Tylko na Orniańszczyźnie do Tyszkiewiczów należało ponad 30 jezior. W Zatroczu okolonym dwoma jeziorami wykopano stawy rybne, w tym dla karpi. W Wace zajmowano się hodowlą ryb łososiowatych i pstrągów. W XIX w. na rozkaz hrabiego Józefa Tyszkiewicza powstało też sztuczne jezioro w Landwarowie, z czasem bogato zarybione.

Jakie ryby spożywano podczas świąt?

Na magnackiej wigilii królował szczupak, ryba duża, nie wszędzie spotykana i ładnie prezentująca się na półmisku. Ponieważ był głównym upiększeniem stołu, przystrajano go specjalną koroną, a do pyska wkładano małą rybkę albo jakiś błyszczący przedmiot. W Wace do I wojny światowej ceniono turboty i łososie, w międzywojniu zajadano się gotowanymi pstrągami. Zatrocze wolało węgorze i na sposób francuski przyrządzane sielawy. Landwarów też spożywał dużo ryb, ale raki i zupa rakowa ściągały tutaj w sezonie mnóstwo gości.
Ba, zupę rakową podawano nawet w Wigilię. Co roku dwór sprowadzał kilka beczek śledzi, którymi obdarowywał na święta służbę i robotników dworskich. Oficjaliści dostawali w prezencie ryby.

Czy na wigilijny stół podawano alkohol?

W domach arystokratycznych przełomu XIX/XX w. i w międzywojniu absolutnie wykluczone, jeżeli chodzi o wódki, nalewki czy likiery. Każdego dnia do obiadu było czerwone wino, ale nie jako alkohol, lecz środek wspomagający trawienie. Proszę pamiętać, że kiedyś nie pito do obiadu, by się napić, ale by ze smakiem zjeść. To była tylko jedna lampka wytrawnego wina.
Dawano je też dzieciom, od piątego roku życia dodając do wody po kilka kropli, co jakiś czas zwiększając ich ilość. Im starsze dziecko, tym więcej wina, a mniej wody. W ogóle, aby nie przeciążać żołądków, arystokracja już po obiedzie rozchodziła się po salonach. Panowie – do gabinetu pana lub fumoir, czyli palarni na kieliszek czy dwa wódki albo koniaczku, panie — na likierek do buduaru. Alkohol niełączony z tłuszczem czy ciastem nie powodował wzdęć, a więc i nie nadwerężał wątroby. Oczywiście, i wśród Tyszkiewiczów zdarzali się zarówno nałogowi palacze, jak i miłośnicy alkoholu, ale to były wyjątki, bo przeważnie to byli ludzie interesu bądź związani z kulturą i dobroczynnością, a więc zajęci.

Szlachecka uczta wigilijna nie była wyłącznie przysłowiowym „jedz, pij, i popuszczaj pasa”, gdyż elementy duchowe i religijne także musiały być obecne…

Nie w każdym majątku szlacheckim był kościółek czy kaplica, nie przy każdym też dworze rezydował duchowny. Oczywiście, księża czy zakonnicy przyjeżdżali na specjalne zaproszenia gospodarzy i czasami korzystali z gościnności aż do Trzech Króli. A na przykład w majątku Waka aż do 1920 r. przy pałacu stale mieszkał duchowny, więc on inaugurował zarówno Wigilię, jak i Wielkanoc u Tyszkiewiczów tu mieszkających. Ale zwykle to gospodarz domu jako pierwszy brał opłatek do ręki i składał życzenia najbliższym, po czym następowało wzajemne łamanie się opłatkiem i składanie życzeń, każdy każdemu lub każdej. Na początku jednak tradycyjnie był czytany fragment z Pisma Świętego, co zwykle robiła osoba najstarsza z obecnych. Po spróbowaniu wszystkich potraw, spróbowaniu, a nie obżarstwie, czasami wręcz symbolicznemu wzięciu ich do ust, następowało rodzinne śpiewanie kolęd, potem wypatrywanie przez dzieci przez okno pierwszej gwiazdki na niebie i wręczanie prezentów, a na koniec wyjazd rodziny na Pasterkę. Najmłodsze dzieci po nacieszeniu się prezentami w towarzystwie niani udawały się na górne piętro, gdzie były układane do snu. W święta nawet czytanki musiały być na temat. Popularnością cieszyły się na przykład utwory Marii Konopnickiej – „Zima”, „Sanna”, „Choinka”, „Z kolędą” i in.

Czy wierzono w Świętego Mikołaja?

Ze Św. Mikołajami, jak i Sylwestrami, uważano, bo było jednych i drugich dużo. Jako ciekawostkę przypomnę, że jeden ze Św. Mikołajów, co prawda prawosławny, to ostatni car Rosji – Mikołaj II Romanow, który wraz z rodziną został zamordowany przez bolszewików.

Z literatury wspomnieniowo-pamiętnikarskiej i listów XIX/XX w. wynika, że dzieci nie znały wtedy pojęcia Św. Mikołaja rozdającego prezenty. Wypatrywały gwiazdki wigilijnej na niebie, cieszyły się z narodzin Jezuska, między innymi oglądając w święta z rodzicami szopki w kościołach, i czekały na… Anioła. To Anioł przynosił prezenty i decydował, kto otrzyma pięknie zapakowaną rózgę, co zdarzało się praktycznie co roku. Wychowanie w tamtych latach, także w bogatych rodzinach, było srogie, a przewinienia karane, nawet pracami normalnie wykonywanymi przez służących.

Jakie prezenty dzieci dostawały pod choinkę?

W XIX w. fabrycznej produkcji zabawek jeszcze nie było, ale można było składać zamówienia. W zasadzie zabawki czy inne prezenty były edukacyjne. Musiały uczyć, ale też szykować dzieci do roli, jaką mają wykonywać w dorosłym życiu. Chłopcy na przykład otrzymywali instrumenty muzyczne i zestawy do rysowania, piłki i rakietki do gry w tenisa, śrutówki, kucyki, dziecięce zaprzęgi — małe sanie, karoce, makiety stajni z konikami, zaprzęgami, figurkami zarządzającego stajnią, stangretem, stajennymi oraz ich pomocnikami. Dziewczynki, jak to dziewczynki, w tamtych czasach też marzyły o lalkach. Były już lalki z naturalnymi włosami, mrugające powiekami i wydające dźwięki. Hrabianki z Waki miały pudełka ze sceną teatralną, na której dzięki zainstalowanej pozytywce figurki artystów wykonywały arie z różnych znanych oper. Z Landwarowa – mini saloniki z zawieszanymi obrazami-miniaturami z galerii paryskich i przedmiotami imitującymi zbiory dzieł sztuki. Na Zatroczu znany był biały piętrowy domek rozkładem przypominający oryginalny pałac, a więc z salą balową, jadalnią, gabinetem pana i buduarem pani. Przy tym wszystkie pomieszczenia były odpowiednio wyposażone w mebelki. Ogólnie jednak wielką popularnością cieszyły się zabawki nakręcane, wydające dźwięki lub poruszające się – zwierzątka, ptaki, pajacyki, klauny.

Wiem, że spotyka się Pani z Tyszkiewiczami z różnych okazji. Czym się różnią obecne święta u Tyszkiewiczów od tych sprzed mniej więcej wieku?

Przede wszystkim nie ma pałaców i dworów, a więc i licznej służby. Odeszły w zapomnienie polowania rankiem 24 grudnia i bożonarodzeniowe kuligi z płonącymi pochodniami oświetlającymi drogi, w trakcie których zajeżdżano od dworu do dworu, poszerzając w ten sposób ilość uczestników. Sanna zwykle kończyła się wystawną kolacją w najdalej położonej rezydencji i oczywiście tańcami tradycyjnie uwieńczonymi kotylionem, czyli walcem z figurami. Na zakończenie zabawy wszyscy tancerze otrzymywali drobne prezenty, a kobiety także bukieciki kwiatów. Ponieważ zimy na Litwie były srogie, a klimat nie sprzyjał kwitnącej roślinności nawet hodowanej w ogrodach zimowych, były to misternie ułożone kwiatki sztuczne z różnymi dodatkami — piórkiem, wstążką, kokardką, woalka, które z powodzeniem można było przypiąć na inny bal do włosów czy sukienki lub upiększyć swoją toaletkę albo buduar.
Dziś daje się zaobserwować rozluźnienie obyczajów u wszystkich i we wszystkim. W domach arystokratycznych emigrantów wieczerza wigilijna składa się z tradycyjnych 12 potraw tylko tam, gdzie jeszcze pielęgnuje się tradycje katolickie. Przeważnie one już odchodzą w zapomnienie wraz z odejściem tych, którzy urodzili się w majątkach rodzinnych przed II wojną światową, kiedy to wychowanie oznaczało nie tylko prawa, ale i obowiązki, ale też przestrzeganie pewnych ustalonych w wyższych sferach reguł.

W międzywojniu Tyszkiewiczowie już nie byli największymi magnatami na Litwie. Przede wszystkim przestał się liczyć sam tytuł „hrabia”. W wyniku wojen potracili majątki. Na przykład Landwarów był tak zrujnowany, że w pałacu do II wojny światowej nikt nie mieszkał. Eugeniusz Tyszkiewicz, ostatni właściciel tego majątku, żył z żoną i piątką dzieci w dawnej oficynie. Sam też gospodarował mocno okrojoną własnością, a więc i żywienie rodziny było odpowiednio skromniejsze.
Jego dzieci, wnuki już różnie, nie wyobrażają sobie świąt bożonarodzeniowych bez opłatka. Na Wigilię szykują czerwony barszczyk z krokietami, bigos staropolski, kluski z nadzieniem owocowym, pierożki z grzybami i kapustą, strudle z makiem, rybę w galarecie lub po grecku, no i oczywiście śledzie w kilku postaciach, także na słodko. Na wzór szwedzki, podczas wojny rodzina hrabiego Stefana emigrowała do Sztokholmu lub francuski, czyli ze śmietaną, rodzynkami, orzechami włoskimi i owocami granatu. Wszystkim jak najbardziej pasuje kawior, zupa krem z kawałeczkami łososia i zupa rakowa, którą kiedyś w Landwarowie jadało się co niedzielę.

Mogłaby Pani podać menu wigilijne Tyszkiewiczów z Zatrocza?

O tym, jak tam celebrowano posiłki i co najczęściej jadano, pisałam w swojej niedawno wydanej książce „Zatrocze i Pogorzela Tyszkiewiczów”. Dziś wiele zależy nie tyle od konkretnych gustów, ile od miejsca zamieszkania tej czy innej rodziny. Na Zachodzie — zatroccy hrabiowie emigrowali do Paryża — raczej nie przywiązuje się wagi do ilości stawianych na stole dań czy zostawienia jednego nakrycia na świątecznym stole dla zbłąkanego gościa. Wigilia to po prostu uroczysta kolacja przy świecach i pachnącej gałązce świerku, często zamawiana w restauracji, gdzie spożywa się na przykład nadziewaną gęsinę z pieczonymi jabłkami i śliwkami albo kaczkę na buraczkach, ale proszę nie mylić tego dania z kaczką podawaną z sałatką z buraczków. Zarówno w restauracji, jak i w domu dobre wino czy szampan podkreślą wyjątkową chwilę tego, czy innego spotkania.

Jeżeli chodzi o domową wigilię na wzór francuski, to podstawowymi daniami są: słodkawa zupa cebulowa z cebulką zeszkloną na maśle i gotowaną w białym winie, niemająca w smaku nic z cebuli, jaką znamy oraz indyk nadziewany kasztanami doprawionymi koniakiem i gałką muszkatołową. Natomiast wielkie pole do popisu stanowią przystawki, przeważnie składające się z kilku gatunków sera i owoców morza, między innymi małży gotowanych z warzywami. Ryb w postaciach tradycyjnych raczej się nie serwuje. Są one tylko dodatkiem, na przykład carpaccio z łososia czy tuńczyka. Popularne są kawałeczki kurczaka zapiekane w cieście i francuskie rożki z ciasta z owocami morza. Ostatnio także szpinak zapiekany w cieście francuskim, a więc delikatnym i słodkawym.

Najbardziej oryginalna kolacja wigilijna w Pani życiu?

We francuskojęzycznej Szwajcarii. Byliśmy na nią zaproszeni z całą rodziną. Składała się z sałatki śledziowej z kiszonym ogórkiem, pasztetu z kaczej, a więc nieprzyzwoicie czerwonej wątróbki i ostryg, plus chrupiące bagietki i szampan. Do ostryg były też takie dodatki jak świeże masło i ćwiartki cytryny. Ostrygi, niezwykle cenione przez koneserów, także jako afrodyzjak, mogą jednak sprawiać trudność osobom, które za często nie mają z takim daniem styczności. Są podawane na półmisku na kawałeczkach lodu i każdy przekłada je na swój talerzyk. Zwykle muszle są już otwarte, ale naszym gospodarzom zależało na tym, by ostrygi były jeszcze ruszające się, więc musieliśmy specjalnym widelczykiem otworzyć muszle sami i ostrożnie wyciągnąć zawartość, nie wybierając jej, by następnie ją delikatnie wyssać z muszli wraz z naturalnym sosem, nie mlaskając i cmokając. Komu się ta sztuka nie udawała, wyciągał ruszającą się ostrygę widelczykiem, wkładał ją do ust i następnie wypijał płyn z muszli, bo inaczej by ugrzęzła w przełyku, co jest uczuciem bardzo nieprzyjemnym. Ostrygi smakują jak młoda cielęcina i dla mnie to zawsze wykwintne danie. Ale na przykład mój mąż wiedząc, że musi wyciągnąć poruszające się żyjątko, by za chwilę je przełknąć, powiedział: „Obrzydliwe”. Kiedy po Wigilii wróciliśmy do domu zarówno małżonek, jak i synowie zgodnym chórem oświadczyli: „Jesteśmy głodni. Gdzie nasze pierożki?…”.

Jak wygląda deser u Tyszkiewiczów na wzór francuski?

Mogą być lody z sosem waniliowo-karmelowym, ciasteczka w czekoladzie lub tradycyjny bożonarodzeniowy piernik z bakaliami, czyli ciasto przypominające murzynek. Co uwielbiam i co jest oryginalnie francuskie, to „bożonarodzeniowa kłoda”, czyli torcik o smaku kakaowo-czekoladowym przypominający roladę. Tak jak u nas opłatek, u Francuzów on jest główną ozdobą stołu wigilijnego. Jednak spożywa się go dopiero następnego dnia, czyli w dniu Bożego Narodzenia. Nazywa się Bûche de Noël. W dosłownym tłumaczeniu — bożonarodzeniowe polano. Rzeczywiście kształtem przypomina drewnianą kłodę albo gruby sęk ze ściętymi gałęziami.
W pradawnych czasach każdy francuski dom żegnał stary rok przy rozpalonym ognisku, gdyż ogień symbolizował dobrobyt. Bez drewna nie było ciepła, nie można było zbudować domu. Drzewo – to symbol życia. Wraz z każdym nowym rokiem odradzamy się duchowo i mamy szansę, by przynajmniej spróbować w naszym życiu coś zmienić. Jak kiedyś w czasie karnawału, tak i dziś, Francuzi faktycznie przez cały styczeń życzą sobie wzajemnie Bonne Année, czyli Szczęśliwego Nowego Roku, czego chcę życzyć w imieniu potomków Tyszkiewiczów także Państwu.

 

Jedna odpowiedź do O tradycjach świątecznych na dworach magnackich, o Wigilii na wzór francuski i nie tylko…

  1. Lubomir mówi:

    Najlepsze życzenia z okazji Bożego Narodzenia i Nowego Roku 2017 – wszystkim Polakom, Litwinom i Żmudzinom, a w szczególności tym tworzącym ‚Kurier Wileński’ i zatroskanym o jego kształt obecny i przyszły.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.