3
Święta u Teresy i Władysława Bortkiewiczów: „Dobrze jest mieć dużą rodzinę”

Zbliżające się Święta Bożego Narodzenia będą dla rodziny Bortkiewiczów szczególne: spędzone w nowym domu, w towarzystwie licznej rodziny i pięciu własnych pociech Fot. Marian Paluszkiewicz

Po przekroczeniu progu tego domu spotykam zaciekawione spojrzenia 5-letniego Augustyna i 3,5-letniego Samuela. Za chwilę na spotkanie tupie półtoraroczna Faustyna, bez skrępowania wita się 7-letnia Emilia.

Tata Władysław Bortkiewicz za chwilę przychodzi z 4-miesięcznym pogodnym Beniaminem Franciszkiem na rękach. Mama Teresa nastawia kawę, krząta się po jasnej przestronnej kuchni. I to już cała rodzina w komplecie. W powietrzu atmosfera oczekiwania na Święta Bożego Narodzenia, siadamy przy stole, w centrum którego stoi adwentowy wieniec z czterema zapalonymi świecami.

Te Święta Bożego Narodzenia dla państwa Bortkiewiczów będą szczególne: po raz pierwszy spędzane we własnym nowym domu w Ogrodnikach w rejonie wileńskim, z piątką dzieci. Dla najmłodszej pociechy będą to pierwsze Święta Bożego Narodzenia w życiu. Mały Beniamin Franciszek podczas naszej rozmowy przy stole nie ustaje w gaworzeniu. „Ma-ma-ta-ta-ba-ba-gla-dla” i dodaje coś jeszcze bardziej tajemniczego, niestety, poza zasięgiem zwykłego ludzkiego rozumowania. Jak się później dowiem, przyjściu na świat najmłodszej pociechy towarzyszyły wydarzenia na pograniczu cudu. Na razie rozmawiamy z państwem Bortkiewiczami o świętach, dzieciach, o nich samych.

— Poznaliśmy się z Władkiem przy parafii Ducha Świętego — opowiada Teresa. — Przy tej parafii wyrosłam.

Z dzieciństwa utkwił jej w pamięci widok klęczącego i odmawiającego różaniec taty. Dzieci się szykowały do szkoły, tata się modlił. Wtedy ta czynność wydawała jej się czymś zupełnie naturalnym, dziś rozumie, że to było prawdziwe świadectwo wiary.

Kiedy Teresa miała jakieś 17 lat, poznała Władka. Przyjaźnili się przez dłuższy czas, razem śpiewali w scholi przy parafii Ducha Świętego, wspólnie jeździli na rekolekcje, jako wolontariusze uczestniczyli w Światowych Dniach Młodzieży w Kolonii, jeździli na spotkania oazowe w góry.
— Nie było jakichś nadzwyczajnych oświadczyn, po prostu uznaliśmy, że dojrzeliśmy do zawarcia małżeństwa, rodzice również się zgodzili i tak pobraliśmy się – mówi Władek.

Rodzina Teresy i Władysława Bortkiewiczów z czwórką dzieci dostąpiła zaszczytu wniesienia do kościoła pw. Ducha Świętego relikwii św. Jana Pawła II Fot. Marian Paluszkiewicz

Jak zdradza Teresa, nie myślała, że Władek zostanie jej mężem. Dopiero po kilku latach znajomości i wspólnych przeżyć przyszła świadomość, że to jest ta właściwa osoba.

— Bardzo nam pomogło doświadczenie z rekolekcyjnych obozów u braci joannitów zorganizowanych dla małżeństw. Jako wolontariusze pomagaliśmy tym rodzinom w opiece nad dziećmi, by podczas rekolekcji rodzice mieli czas dla siebie. Widzieliśmy wielodzietne rodziny żyjące z Bogiem, widzieliśmy ich fajne dzieci. Możliwe, że w podświadomości nam to utkwiło, że dobrze jest mieć taką rodzinę. Teraz kiedy sami pobraliśmy się i mamy dzieci, myślimy, że to doświadczenie z tamtego czasu wywarło na nas taki pozytywny wpływ. Dlatego, tak sądzę, tak bardzo ważne jest, w jakim otoczeniu rośnie dziecko, jakich ma przyjaciół. Bo też otoczenie w znacznym stopniu wywiera wpływ na to, jakim się jest – opowiada Teresa.

Tak naprawdę niemało osób ze scholi „u Św. Ducha” pobrało się ze sobą, dziś spotykają się w rodzinnej formacji — Kościele Domowym. Mówią o tym, jak radzić z problemami, wspierają się nawzajem, dzielą się doświadczeniem. Starają się trafić na katechezy dla dzieci przy parafii.
— Chcemy dać dzieciom podstawy wiary, pozwolić im rosnąć w otoczeniu wyznającym wartości chrześcijańskie, bo w dzisiejszym społeczeństwie jest o to coraz  to trudniej. Dużo też się o to modlimy – mówi Teresa.

W salonie nowego domu na centralnej ścianie wisi obraz z wizerunkiem Świętej Rodziny, na stoliku Pismo Święte – stronice ma pozakładane zakładkami z nazwami poszczególnych ksiąg.
— Dzieci nas motywują do czytania Biblii, przed snem same przypominają, że najwyższy czas na modlitwę. Losują z pudełka karteczki z nazwami biblijnych ksiąg i wersetów. Każde dziecko chce, żeby to właśnie jego urywek był przeczytany – opowiada Teresa.

Starsze rodzeństwo – Emilia i Augustyn — potrafią już sami znaleźć odpowiednią księgę i werset. Mają własną Biblię dla dzieci, ale „dorosłą” też lubią czytać. Kiedy słyszą znajome zdania, mówią, że tata już o tym czytał, zapamiętują czytane fragmenty.

Emilia i Augustyn chodzą do Gimnazjum im. św. Jana Bosko w Jałówce. Rodzice wybrali tę szkołę ze względu na pielęgnowane w niej wartości chrześcijańskie. Poza tym dzieci mają naprawdę sporo dodatkowych zajęć: Emilia chodzi do szkoły muzycznej, gra na skrzypcach, chodzi na gimnastykę artystyczną i na kółko plastyczne, a także na basen. Poza tym tańczy w zespole „Wilenka” i śpiewa w kościelnym chórze przy parafii Ducha Świętego w Wilnie. I, jak wyznaje Emilia poważnie, szykuje się do spowiedzi. Młodszy Augustyn też chodzi na basen i na gimnastykę, śpiewa w chórze, wszyscy razem, także najmłodsi, chodzą na kółko plastyczne.

Potem rozmowa schodzi na temat domu. Jeszcze przed miesiącem ta 7-osobowa rodzina mieszkała choć w przytulnym, ale w jedynym pokoju o powierzchni 24 mkw.

— Nie było możliwości wstać i trzasnąć drzwiami, bo zwyczajnie tych drzwi nie było – śmieje się Teresa.

Rodzice dbają o wszechstronny rozwój dzieci Fot. Marian Paluszkiewicz

— Władek pracował wcześniej w różnych firmach handlowych, zajmował się sprzedażą detali samochodowych. Pomyślnie wspinał się po szczeblach tzw. kariery, dobrze zarabiał, miał służbowy samochód, ale działo się to kosztem czasu, który mógłby być poświęcony rodzinie – opowiada Teresa.

— To nie było moje, zależało mi na pracy, która miałaby jakiś sens i żeby nie ucierpiała na tym rodzina. Na Facebooku znalazłem ogłoszenie, że potrzebują osoby do pracy w Caritasie. Chodziło o Centrum Socjalne „Betania” i pracę przy produkcji świec, które trafiają następnie do kościołów i na świąteczne stoły. Przyjęto mnie. Po 3 miesiącach zaproponowano mi również objęcie stanowiska kierownika „Betanii” — dodaje Władysław.

Zakład produkcji świec Caritasu, którym zarządza Władysław Bortkiewicz, oferuje dziś tzw. miękkie miejsca pracy, co oznacza, że na pół roku zatrudniane są bezrobotne osoby, które np. mają masę długów do spłacenia, za co ścigają ich komornicy. Jest to szansa dla tych, których nie chcą inni pracodawcy.

— Mamy piękne przykłady wychodzenia na prostą życiową, kiedy np. osoba na pograniczu bezdomności założyła później własny interes – opowiada Władysław.

Wybierając pracę w Caritasie, rozumiał, że straci dotychczasowe dobre wynagrodzenie. Ale wybierał pracę, w której czuł się potrzebny i mógł realizować chęć pomocy bliźnim. Szybko się okazało, że warto było iść za Bogiem, bo odzyskali z nawiązką to, co utracili.

Dziś cała rodzina pomaga w ramach wolontariatu w organizacji Świąt Bożego Narodzenia w „Betanii”. Dzieciom się tłumaczy, że nie wszyscy mogą mieć rodzinne święta we własnym domu, że są ludzie, którzy potrzebują pomocy.

5-letni Augustyn i 3,5-letni Samuel świetnie się czują we własnym towarzystwie Fot. Marian Paluszkiewicz

— Kiedy widzisz tych ludzi, Święta Bożego Narodzenia są przeżywane inaczej. Oni je przeżywają całym sercem, gdyż są to dla nich jedyne Święta i jedyne miejsce, w których mogą naprawdę przeżywać tajemnicę Bożego Narodzenia. Dzieci zaś widzą, że tata wykonuje potrzebną pracę, sami chętnie angażują się w nakrywanie do stołu, no i są razem z tatą – opowiada Teresa.

Całą rodziną starają się zorganizować również wspólne wyjazdy wakacyjne – na rekolekcje, nad morze, w góry, do Polski, na Litwie. Należą do Ruchu „Światło – Życie”, a ściślej do formacji Kościoła Domowego przy kościele Ducha Świętego. Na Wileńszczyźnie jest jeszcze parę takich kręgów Kościoła Domowego przy innych parafiach. Co miesiąc z Polski przyjeżdża para animatorów, którzy prowadzą spotkania.

— Jest to, można powiedzieć, styl życia, w którym wybiera się życie z Bogiem, z codzienną modlitwą, zarówno małżeńską, jak i osobistą. To też czytanie Pisma św., dialog małżeński. Jest to wspólnota dla rodzin, gdzie możemy pogłębiać swoją wiedzę i wiarę – opowiada Władysław.

W ubiegłym roku rodzina wyjechała na 15-dniowe wakacje rekolekcyjne w Smolanach w Polsce.

— To był przede wszystkim czas niezwykłej duchowej jedności. Podczas gdy rodzice mają rekolekcje, konferencje czy modlitwy – ich dzieci mają zapewnioną opiekę. Jest też czas, który rodzina może spędzić ze sobą. Jest to nie tylko duchowy odpoczynek, ale też głębsze poznanie Pana Boga, poznawanie się nawzajem, odnalezienie jeden drugiego – dodaje Teresa.

Dla Państwa Bortkiewiczów duża rodzina jest mocnym oparciem Fot. Marian Paluszkiewicz

Jak mówi, małżonkowie czasem wpadają w różne doły: jednym z nich jest ten, kiedy przestają ze sobą rozmawiać. Bo niby wszystko już zostało powiedziane albo rozmowa dotyczy wyłącznie dzieci. Dialog między małżonkami zanika.

— Z rekolekcji zapamiętał mi się świetny przykład, jak to pewien mąż tak się przyzwyczaił do milczenia żony w samochodzie, że pewnego razu nawet nie zauważył, że nie zabrał jej w drogę i przejechał bez niej 150 kilometrów – opowiada Władysław. — Myślę, że w małżeństwie chodzi o to, żeby zauważać swego współmałżonka i jego potrzeby, żeby nawiązywać i pogłębiać wzajemne relacje.

— Zazwyczaj większość rozmów w rodzinie toczy się wokół dzieci: ich wychowania, nauki, obowiązków, problemów. Gdyby te rozmowy wyeliminować, okazałoby się, że czasami my, jako rodzice, w ogóle ze sobą nie rozmawiamy. A przecież ważne jest dostrzegać jeden drugiego – dodaje Teresa.

W mijającym roku niezwykle ważnym doświadczeniem były dla nich narodziny najmłodszego maleństwa, Beniamina Franciszka. Przy porodzie dziecko doznało urazu kręgosłupa i przez kilka pierwszych dni walczyło o życie. Następnych kilka dni spędziło na oddziale intensywnej terapii. W tamte dni obawie o życie i zdrowie niemowlęcia towarzyszyło też doświadczenie niezwykłej mocy wspólnotowej modlitwy. Modlili się wszyscy: rodzina, bliscy, znajomi. Przyjaciele z Kościoła Domowego już na drugi dzień po narodzinach Beniamina Franciszka spotkali się na Mszy św. w jego intencji. Wielu znajomych księży odprawiło Msze św. w różnych parafiach. Trzeciego dnia para animatorów napisała do nich, że w ich intencji modli się pół Polski, a oni osobiście złożyli modlitwę do stóp Matki Bożej Częstochowskiej.

— To było naprawdę mocne doświadczenie siły wspólnoty i opieki Bożej. Odczuliśmy wtedy dużą moc jedności w modlitwie. W tej trudnej sytuacji, wierzymy, z łaski Bożej i dzięki modlitwom bliskich, byliśmy otoczeni szczególnym spokojem. Za to też pragniemy gorąco wszystkim podziękować. Dzisiaj nasz Beniamin Franciszek jest zdrowy – opowiada Teresa.

Maluchy wydają się trochę znużone naszą rozmową – zaczyna się lekka kotłowanina o miejsce na krześle stojące przy mamie. Tata interweniuje – przynosi jeszcze jedno krzesło, bierze Samuela na kolana. Spór został zażegnany.

Czy mają własne metody wychowawcze?

Przyjściu na świat najmłodszej pociechy towarzyszyły wydarzenia na pograniczu cudu Fot. Marian Paluszkiewicz

— Dzieci, podobnie jak dorośli, potrzebują akceptacji. Stawiamy też granice tego, co wolno, a czego nie akceptujemy. Granice są potrzebne, ponieważ dają one poczucie bezpieczeństwa – mówi Teresa.

— Z każdym kolejnym dzieckiem jest coraz łatwiej. Narodzinom i wychowaniu pierwszego dziecka towarzyszy więcej obaw, bo wszystko jest nowe. Z każdym kolejnym jest łatwiej. Starsze dzieci pomagają zabawiać młodsze rodzeństwo, uczą się jedni od drugich, potrafią zabawić młodsze rodzeństwo — dodaje.

W tę szczególną Wigilię rodzina tradycyjnie przełamie się opłatkiem, będą kolędy, potem przyjdzie Mikołaj. Spotka się tu kilka pokoleń.
— Nasze dzieci mają prababcię, dziadków, przyjadą wujkowie, ciocie – razem około 20 osób. Tak samo licznie spotkamy się później w Święta Bożego Narodzenia – opowiada Władysław.

— Dobrze jest mieć dużą rodzinę, bo to… — Teresa szuka odpowiedniego wyrazu.
— Łączy – podpowiada Władysław.
— Tak, właśnie, łączy. Daje oparcie, kiedy potrzebujesz pomocy, a i święta wtedy są bardziej radosne.

3 odpowiedzi to Święta u Teresy i Władysława Bortkiewiczów: „Dobrze jest mieć dużą rodzinę”

  1. józef III mówi:

    Piękni ludzie ! Szczęść Boże !

  2. Zofia Józefowicz mówi:

    Z zaciekawieniem i wzruszeniem przeczytaliśmy artykuł o Waszej dzielnej rodzinie. Wielkie gratulacje i szacunek. Historia rodziny i wartości, którymi kierujecie się w życiu,powinny być przykładem dla innych. Jesteśmy spowinowaceni. Pewnie Wasz tato i mama mogą o tym powiedzieć więcej. My przeczytaliśmy artykuł o Was dzięki Lusi G. Pozdrawiamy Was serdecznie. Zosia i Tadeusz

  3. StanisławJ. mówi:

    Pozdrowienia dla pięknej młodej Rodziny,szczęść Wam,Boże w Nowym Roku i na dalsze lata.

    Ale mam nieco zastrzeżeń co do artykułu i stylu pisania dziennikarskiego.
    Otóż autorka nic nie wspomina o rodzinach, z jakich pochodzą młodzi ludzie, o nich samych też bardzo skąpo,jak raptem z małego mieszkanka okazali się w przestrzennym, o upodobaniach i zajęciach samych rodziców..
    Na przyszłość radzę się postarać, czytelnikowi wszystko jest ciekawe,żeby tylko nie “chałtura”,bo tu tekstu niby dużo, a informacji-mało.
    Co do zdjęć, -naprawdę super, gratulacje dla fotografa.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.