3
Ten niepowtarzalny zapach naszych dziecięcych Wigilii

Add New Post ‹ Kurier Wileński — WordPress

Biały obrus, biały opłatek, ziemię pokrywa puszysty biały śnieg.
Wszystko takie czyste, nieskazitelne, chciałoby się powiedzieć — święte. W kuchni  zapachy suszonych, gotowanych grzybów, smażonej ryby, pieczonych pierożków.

To  takie ciepłe, domowe, otoczone rodzinną atmosferą, czego nie kupisz w żadnym nawet najbardziej ekskluzywnym sklepie. Wszystko to ma smak Bożego Narodzenia i kojarzy się z wydarzeniem, które było 2000 tys. lat temu.
To tak nie do opisania jest piękne, tylko że to nasza dzisiejsza nieco wybujała fantazja sporo odbiega od rzeczywistości.
Jak podają źródła biblijne, dwa tysiące lat temu było zupełnie inaczej.
Gdy Matka Boża podróżowała z Józefem, by poddać się spisowi ludności, nikt nie chciał przyjąć ciężarnej kobiety do swego domu, w którym był świąteczny nastrój i świeże pieczywo. Musieli wyjść za miasto, do skalnej stajenki i tam narodził się ich Maleńki. Narodził się na szorstkim sianie w zimnej stajni, którą swoim tchnieniem ocieplały zwierzęta: wół osioł i baranki, a rąbek chusty Maryi służył Mu za okrycie. Jeden z dobrych ludzi przyniósł im garnek gorącej wody, by  obmyć Dziecię.
Świąteczne domy dla takich Gości jak Maryja, Józef i Dzieciątko były szczelnie na zasuwy pozamykane. Dziś też wiele naszych domów się zamyka przed biednymi, a narodzenie Chrystusa świętuje się często tylko jako tradycję.

Na szczęście nie wszędzie tak jest. Jest wiele rodzin i domów, gdzie ludzie mają otwarte drzwi i serca dla biednych, podróżnych i przede wszystkim dla siebie w rodzinie.
Jedną z takich znalazłam w dzielnicy Bołtupie oraz podwileńskiej miejscowości Wilianowo. A jest to rodzina Umeckich wywodząca się z wileńskiej dzielnicy Bołtupie. Los chciał, że miałam szczęście niedawno poznać już czwarte pokolenie tej rodziny. W okolicy, w której mieszkali, niby niczym się nie wyróżniali prócz patriotyzmu, pracowitości i religijności. Tam nie było wielkich haseł patriotycznych typu: „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Tam według tej zasady po prostu żyli w swojej codzienności.
Tato Piotr był dobrze znanym w okolicy zdunem, mama Helena wychowywała piątkę dzieci, pieściła swój ogródek koło domu. Piotr i Helena już spoczęli w Panu, ale latorośle, które zostawili po sobie, z wielką pieczołowitością nadal kontynuują ich dzieło i tradycje.
Córka Krystyna mieszka w odrestaurowanym domu rodziców w Bołtupiu. Wraz z mężem Marianem wychowali dwóch synów. Mają już dziś dwie synowe, którymi Krystyna nie może się nachwalić, ma czworo wnucząt i wszyscy prawie razem mieszkają (zrobili sobie dobudówki przy domu dziadków). Krystyna zawsze pogodna i dziękująca Bogu za dar życia i dobrych dzieci. Tak, ma też swój krzyż, bo opiekuje się ciężko chorym bratem Pawełkiem.
— Czasem brakuje sił i wtedy siadam, i płaczę, że jest mi tak ciężko, ale z innej strony pomyślę, że ten mój brat w pewnym sensie jest mi przez Boga dany, że to właśnie on mnie dopinguje do mobilizacji i gdyby jego zabrakło, to chyba bym poczuła (pomimo dobrej opieki i troski dzieci) poniekąd bardzo samotna – mówi Krystyna.

Odwiedziłam ich rodzinę jakoś jesienią i nie mogłam się nadziwić tymi rabatami kolorowych cynii, uporządkowanym ogrodem i kurkami, które Krystyna hoduje. Zawsze z uśmiechem i życzliwością do każdego człowieka, do zwierzątka i każdej roślinki. A przecież w życiu nie przelewało się. Był ból, choroby (przedwcześnie zmarła siostra Jadwiga). Krystyna to zawsze przyjmowała z pokorą ducha. Dziś sama ma wiele niedomagań, ale jak mówi, wówczas wychodzi do ogrodu lub werandę i modli się na różańcu. I to jej pomaga.
Krystyna jest bardzo przywiązana do swego rodzinnego domu i nie chciałaby go zamienić na żaden pałac. Tu ma tyle pamiątek po rodzicach, tyle pieczołowicie przechowywanych zdjęć rodzinnych. Często się mówi, że rodzinne ściany najlepiej leczą, goją wszystkie rany i dodają sił. I właśnie w Krystyny przypadku chyba tak jest.
Rodzina ta zawsze była pogodna. Tato Piotr był bardziej surowy wobec dzieci, ale mama Helena była tym aniołem stróżem. Wszystko umiała załagodzić, spokojnie poukładać na swoje miejsca.

Przed paroma tygodniami odwiedziłam rodzinę Władysławy siostry Krystyny,  w jej domu. Miała to być skromna kawa i moja pogawędka z rodziną, w tej chwili już Szturmowiczów i Anuszkiewiczów. Zebrały się trzy pokolenia. Pani Władysława (choć była mowa tylko o kawie) nie odpuściła sobie i urządziła piękny, tak jak to na adwent przystało stół. Gospodarz domu Fryderyk Szturmowicz spotkał nas bardzo uprzejmie tuż przy wejściu i szybko „rozgościł” w swoim domu.

To małżeństwo — to w pewnym sensie paradoks. Władzia i Fred (tak ich wszyscy znajomi nazywają) to całkiem różni ludzie. Władzia cicha, spokojna, wręcz nieśmiała. Tymczasem Fred stale ma humor i trzymają się go wesołe kawały i żarty. Wszędzie go zawsze było i jest pełno. Aktywnie od lat działa w Związku Polaków na Litwie. Ale aktywnie też pomaga małżonce w domu niemal we wszystkich pracach.
Nawet przy najprostszych banalnych pracach stale trzymają się go żarty i kawały tak, że czasem trudno zrozumieć, kiedy mówi serio, a kiedy żartuje.
Tych dwoje tak bardzo różnych ludzi poznało się w zespole „Wilia” (oboje śpiewali).
I oto pewnego ładnego dnia stanęli przed ołtarzem i zaśpiewano im uroczysty „Veni Creator Spiritus” (O Stworzycielu Duchu Święty przyjdź). I wówczas to kapłan połączył ich ręce na dobre i na złe.

Rodzinka Szturmowiczów i Anuszkiewiczów w pełnym składzie Fot. archiwum

Owszem, w życiu były trudne chwile, ale było też bardzo wiele pięknych i radosnych dni, a Bóg im we wszystkim błogosławił.
Wychowali dwie piękne córy, doczekali się wspaniałych wnuków.
Jedna z córek Bożenka mieszka całkiem nieopodal, druga wyjechała do innego miasta, ale i z jedną, i z drugą są w stałym kontakcie.
Niedziela w domu Władzi i Freda to zawsze święto, bo po nabożeństwie Bożenka z mężem i trójką dzieci przyjeżdżają do dziadków na obiad.
Najstarsza wnuczka Emilka jest już w szóstej klasie i niemal co niedzielę w kościele pięknie czyta Słowo Boże.
Całkiem do niedawna mały jeszcze „rozrabiaka” Łukasz jest w drugiej klasie i posługuje już do Mszy św., choć jest najmłodszy wśród wszystkich swoich kolegów. Tymczasem najmniejszy szkrab Rafał jeszcze nie bardzo sobie czasem znajduje miejsce podczas nabożeństwa, ale pada na kolana, ładnie się żegna i każdemu z uśmiechem podaje swoją małą rączkę na „znak pokoju”.
No, a po Mszy św. zjazd rodzinny.

Wprawdzie siostra Krystyna najczęściej śpieszy do domu, bo musi opiekować się chorym bratem, zrobić obiad itp. Ale jeśli chodzi o obiady, to często i bardzo chętnie ją wyręczają synowe.
Ale powróćmy do dziecięcych wspomnień dzisiejszych już babć, które w tym okresie są tak bardzo związane ze świętami Bożego Narodzenia. Nie były to lekkie czasy, ale jakże mile obie babcie je wspominają. Świętami żyło całe osiedle, gosposie wymieniały ze sobą przepisy na różne potrawy i nie tylko. Jedna sąsiadka miała smaczną kiszoną kapustę, innej dobrze urodził mak, a jeszcze inna miała suszone grzyby, których jej latem sporo się udało uzbierać.

No i wymieniały się między sobą tego wszelkiego rodzaju specjałami. Tradycję rodzinnych dań pieczołowicie strzegą już trzy pokolenia, ba, chyba nawet cztery, bo urocza Emilka coraz częściej zagląda do babcinych garnków i próbuje ją naśladować.
A właśnie słów kilka o garnkach. W nowocześnie urządzonym domu Władzi i Freda, o dziwo, wraz z kuchenką elektryczną, nowoczesnymi patelniami, garnkami, pod drugą ścianą stoi kaflowa płyta z fajerkami,  z wiszącymi na hakach żeliwnymi patelniami, garnkami i małym sagankiem naszych prababć, tuż obok wianków cebuli. Z jednej strony nowoczesność, z innej wszystko o sto lat wstecz. Tak, o sto, bo w pokoju stoi antyczna pięknie odnowiona szafa, która już rozpoczęła swoje drugie stulecie.
— Tak bardzo kocham te swoje „starocie”, bo mi przypominają dzieciństwo, rodziców, a nawet dziadków. Mało tego, często z tych antyków korzystam, bo żadna potrawa tak nie smakuje, jak ta ugotowana na „żywym” ogniu z leśnego drewna. Nic tak kości dobrze nie ogrzeje, jak ścianka z dawnej kafli. I ścianka, i płyta, to ostatni prezent pradziadka Piotra – opowiada Władzia i Fred.

A jak święta? W rodzinnym gronie, przy ciepłym piecu, choince, kolędach i zawsze niezapominającym o nich Świętym Mikołaju. A kolędy też najbardziej lubią te stare, które w ich rodzinnym domu się śpiewało. Bo czy może być coś piękniejszego niż „Lulajże, Jezuniu” lub „Bóg się rodzi”…
I tu mimo woli cisną się na papier bożonarodzeniowe wersy Ewy Szelburg-Zarembiny, która tak oto ujęła Narodziny Bożej Dzieciny:
„Owego wieczora w betlejemskich domach białymi obrusami stoły nakryte do Wieczerzy. Na stołach stoi siedem świec w świeczniku, biała bułka leży. Ale drzwi tych domów szczelnie na zasuwy i klucze pozamykane. Nie stukaj próżno, Józefie. Chodźmy od tych niegościnnych domów za miasto, do skalnej stajenki. Tam prześpi tę noc nasz Maleńki”.
W tych domach, które odwiedziłam, już czwarte pokolenie ma zawsze otwarte nie tylko drzwi swoich domów, ale i serca. Tam zawsze stał i dziś stoi ten tradycyjny „pusty talerzyk” dla każdego zbłąkanego wędrowca. Tu zawsze jest wiele radości, poczucia humoru i miłości. Wszyscy zawsze umieją cieszyć się życiem, cieszyć się nawet najbardziej drobnymi radościami, wspierać wzajemnie w trudnych chwilach. Rozgościła się tutaj na dobre taka Maleńka Bożonarodzeniowa Miłość.

3 odpowiedzi to Ten niepowtarzalny zapach naszych dziecięcych Wigilii

  1. Anonymous mówi:

    A co by było gdyby wędrowiec zawędrował pod ich dach?

  2. Ja mówi:

    Redakcji, Czytelnikom i Forumowiczom “Kuriera Wileńskiego” życzę wesołych Świąt Bożego Narodzenia i szczęśliwego Nowego Roku 2017.

  3. tak jest mówi:

    Bardzo pienkna rodzinka,znamy Omeckich Krystyne i Marjana relegijna rodzinka.Dobrze odzywa sie moja Mama o ich s,p. rodzicach, ktora wczoraj obchodzila 90lat.Mama pochodzi z bardzo biednej i licznej rodzinki. Babcia jedna ciezko pracowala i dopatrywala szescioro dzieci w jednym pokoiku w chalupie.Pamienta ze mieli jedno obuwie i szly do szkoly po kolei .Udalo sie ukonczyc 2,5 klasy do mrozow, dobrze zachowala sie cenzurka. Mama do wszyskich zawsze byla dobra ,wszyscy ja lubili .,miala bardzo ciezkie zycie ,byla chora i miala chorych.Za swe zycia miala duzo krytycznych smiertelnych sytuacji ale cudem wyzywala.Przed czteroma laty wykryto raka ,lekarze mowili ze zostalo sie zyc krotko.To nie prawda Mama zyje i dopatruje chora siostre.W ostatnie lata Mama ucierpiala mocno trzy razy od bliskich moralnie i finansowo.Bardzo wstyd ze najmlodsza siostra, ktora nazywano ,,nasza.. .nigdy nie oszuka,ktora zyla zawsze w dostatku a jej siostra w nedzy.. Ten energiczny pan na zdjeciu wie o czym i o kim mowie ktory podpisuje ,,Ja,, z duzej literki.

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.