16
Nazistowskie tango w Argentynie

image-81371

Nad ten wodospad ściągają rzesze turystów z całego świata. Natura nie poskąpiła Argentynie swojego piękna

Argentyna to kolejne państwo, w którym poszukiwałem nie tyle śladów, ile faktów pobytu przestępców wojennych. Kraj potężny, ludzie sympatyczni, ale trzymani przez wieki byli twardą ręką, szczególnie w minionym wieku.

Proszę sobie wyobrazić, że już w latach 1939-1941 w Argentynie budowano potężne bunkry na potrzeby nazistów, gdyby przegrali swoją walkę o nieśmiertelną III Rzeszę i ich ideologia poniosłaby fiasko. Te bunkry budowane były w dżungli, na górskich zboczach, terenach pustynnych, w miejscach trudno dostępnych.

I tak jak pisałem o Paragwaju, to wyjątkowo właśnie w Argentynie pieniądze nie śmierdziały.
Ponad pięć tysięcy nazistów — różnymi drogami — uciekło z Niemiec do tego egzotycznego kraju. Prawdą jest, że niemieccy naziści czuli się w Argentynie pewniej niż w swojej rodzinnej ojczyźnie.
Te miejsca „przetrwania” były starannie przygotowywane.
Niemcy to przecież bardzo dokładny naród. Gdzieś, w jakiejś tam perspektywie zakładano przegraną i tak, wcale nie na wszelki przypadek, budowano te enklawy powojennego życia.
Tu między innymi skrywał się słynny żydobójca Adolf Eichman.
Po wielu latach tego zbrodniarza wytropił wywiad Izraela. Bandytę skazano na karę śmierci, którą wykonano w Izraelu — zaraz po ogłoszeniu wyroku.

Współczesna architektura — „mały Manhattan” — podobne założenie urbanistów jak w Wilnie

Naziści w czasie wojny dezerterowali z wojska, ale i po przegranej wojnie uciekali do Bawarii, na południe Niemiec i do zachodniej Austrii.
Tam znajdowali schronienie w klasztorach, w mieszkaniach zaufanych kamratów, a następnie byli przeprowadzani przez Alpy do Włoch.
Właśnie tam pod protekcją ówczesnego rządu Argentyny wydawane były paszporty i wizy na zmienione nazwiska.
Wyjątkowo gorliwy w całym tym procederze był pewien biskup z Buenos Aires i biskup austriacki z Grazu. Po zakończeniu II wojny światowej Stolica Apostolska pozbawiła ich wszelkich godności i praw kościelnych.

Juan Peron, prezydent Argentyny był wyjątkowo przychylny nazistom. Powiada się, że na nich dorobił się ogromnego majątku, który z czasem przeszedł w ręce jej dużo młodszej małżonki, Ewy „Evity” Peron. Z czasem również prezydent Argentyny.

Pieszy most w centrum Buenos Aires, wzór hydro architektury. Autorzy projektu dedykowali go pięknym Argentynkom. Stąd nazwa „Most Kobiet”.

W europejskich podręcznikach do nauki historii podaje się sowiecką tezę o śmierci Adolfa Hitlera w bunkrze pod jego kancelarią w Berlinie. Ta historia ma także swoją obudowę dokumentalną. Ponoć w archiwach dawnego ZSRR jest czaszka przywódcy nazistów i inne jeszcze materialne potwierdzenia jego śmierci.

Juan Peron, wysoki rangą oficer wojska argentyńskiego przed II wojną światową pełnił funkcję attache obrony w ambasadzie Argentyny w Rzymie. Ten oficer był zafascynowany osobowością Benito Mussoliniego, jego sposobem faszyzacji Italii. Przyjaźnił się z Mussolinim. Po wojnie, w 1946 roku Juan Peron został prezydentem Argentyny i to on, jak wspomniałem wcześniej, był dobrym wujkiem dla Hitlera i jego kilkutysięcznej rzeszy pobratymców.
Gdy w Argentynie zbuntowano się przeciwko Peronowi, prawdopodobnie Hitler i jego najbliższe otoczenie, uciekli do Paragwaju. Jest tam takie małe miasteczko, w nim bardzo elegancki hotel z restauracją, wybudowany na dawnym nazistowskim bunkrze.

Tam, jak twierdzą niektórzy badacze, został pochowany rzeczywisty przywódca III Rzeszy. Adolf Hitler miał umrzeć 5 lutego 1971 roku. Rokrocznie pierwsza dekada lutego to obchody rocznicy śmierci przywódcy III Rzeszy. Hotel i restauracja zamykają swoje podwoje dla okazjonalnych gości, ponieważ na ten czas do miasteczka przybywają potomkowie, przyjaciele zbrodniarza i wspominają swojego przywódcę.

Ktoś w Europie powie, że piszę bzdury. Niedowiarkom radzę przejrzeć argentyńską, boliwijską, paragwajską, brazylijską prasę, także wydaną w lutym 2016 książkę autorstwa nijakiego Abla Basti.

Wiem, jak trudno uwiarygodnić podręczniki historyczne, jak nas samych przekonać do tych — powiedzmy — rewelacji.
Tu można postawić wiele pytań. Dlaczego Rosjanom tak bardzo zależy na ukrywaniu prawdy? Może mają faktycznie spaloną czaszkę, ale któregoś z wielu sobowtórów Hitlera.

Wcześniej też pytałem, dlaczego Anglicy skrywają tajemnicę śmierci polskiego generała Władysława Sikorskiego w Gibraltarze.
Polityka, ta szczególnie globalna, ma wiele tajemnic i wzajemnych interesów. Może w następnych pokoleniach prawda wypłynie na wierzch?
Za wszystkim stoją ogromne pieniądze wielkich światowych postaci i korporacji.
Jeżeli już mówimy o pieniądzach, to b. pani prezydent Argentyny Cristina Fernandez de Kirchner (do 2015 roku) też ma ogromne kłopoty z argentyńskim prawem i fiskusem.
Zamrożono jej majątek wart ponad 600 milionów dolarów. Wszystko ma związek z niezbyt czytelnymi procedurami przetargowymi na rzecz firm jej „przyjaciela”. Sprawa jest w toku.

image-81372

Papież Franciszek i Kazimierz Butowicz — obywatele świata

Generalnie, Argentyna to ogromna korupcja i to od najwyższych szczebli władz po lokalnych kacyków.
Skąd zatem w tym rozmodlonym narodzie takie zachowania, taki sposób na egzystencję? Korzeni należy szukać w średniowieczu, w praktykach tych, którzy odkrywali dla Europy Amerykę Południową.

My, obywatele Europy, dziwimy się, gdy słyszymy o skorumpowanych władzach krajów dawnego Związku Radzieckiego.
Stawiam sto dolarów, że uczyli się nie od mafii włoskiej, ale od Latynosów z Ameryki Południowej.
Pozornie kraj jest ustabilizowany. Ludziom doprawdy żyje się lepiej niż na Litwie czy w Polsce. Gospodarstwa rolne to potężne kilkutysięczne areały pól i łąk, ogromne fermy — głównie bydła. Nie bez kozery argentyńska wołowina uchodzi za najlepszą na świecie. Nomen omen najlepszy befsztyk, jaki jadłem w swoim życiu, to był befsztyk z argentyńskiego wołu podany w jednej z kłajpedzkich restauracji.

W Buenos Aires też są słynne kawiarnie i bary. Obecny papież Franciszek, kiedy był jeszcze biskupem i kardynałem tej metropolii, po cywilnemu wtapiał się w tłum rdzennych mieszkańców argentyńskiej stolicy i przychodził na kawę do takiej jednej restauracji. Na zdjęciu właściciel lokalu prezentuje z dumą zdjęcie obecnego Ojca Świętego przed swoją kawiarnią.

image-81373

Fragment jednego z wielu bunkrów nazistowskich. Dziś to trwała ruina, ale są i takie, które mają mury o 3-metrowej grubości.

W całej Argentynie chyba nie ma lepszej reklamy.
Obok jako żywy stoi mój przyjaciel, obywatel świata Kazimierz Butowicz (wilnianin w drugim pokoleniu) artysta malarz, jak pisałem wcześniej — Mickiewicz piórka i pędzla. W tym miejscu Jemu i Rodzinie Gaszkowskich chcę podziękować za wszelkie tłumaczenia językowe i wsparcie ekonomiczne w wędrówce śladami niemieckich nazistów.

Wracając do tytułu tego reportażu, śmiało można stwierdzić, że Argentyna z nazistami odtańczyła niejedno tango.
Dziś widać cywilizacyjny, demokratyczny rozwój stolicy, chociaż są i tacy, którzy twierdzą, że to wszystko wygląda, tak jakby ktoś na brudną pewną część ciała nałożył czyste majtki.
Wierzę w przyszłość tego kraju, nie bez kozery „Argentyna” pochodzi od łacińskiej nazwy srebra — argentum.
Niech się zatem świeci to srebro na południu Ameryki Łacińskiej, ale z korzyścią dla prawdy historycznej.

Fot. autora i archiwum

16 odpowiedzi to Nazistowskie tango w Argentynie

  1. Dudak mówi:

    Szkoda,że autor nie powiedział otwartym tekstem o pełnej pomocy Watykanu w ukrywaniu nazistowskich zbrodniarzy i wysyłaniu ich do Ameryki Południowej.Co zaś do Hitlera – całkiem być może,że zmarł swoją śmiercią.

  2. Dudak mówi:

    Wystarczy otworzyć w internecie tylko np.Watykan a pomoc nazistom – i wszystko się ma.ale rozumiem : dla autora katolika to trudny,bardzo trudny temat,więć lepiej go ominąć.

  3. Dziunia Jabłosińska mówi:

    To prawda, autor musi być bardzo zwiazany z Kosciołem Katolickim, Jego dogmatami, dlatego nie chce wchodzic w „działkę” historyków. Papiestwo Piusa miało silny związek z III Rzeszą i i wszystko jasne. Mam nadzieje, że red. Subocz będzie dalej penetrował Amerykę Południową i szukał szakali II Wojny Światowej.
    Wiem, że znał osobiscie „gdańszczanina” Guntera Grassa i że od niego tez ma spory materiał dowodowy co do II Wojny Światowej. Córka red. Subocza była sąsiadką Grassa w Lubece.

  4. Lubomir mówi:

    W ramach akcji ‚Odessa’ hitlerowscy dygnitarze zostali przerzuceni do kilku państw Ameryki Południowej. Z czasem te centra nazistów zaczęto określać Czwartą Rzeszą. W swoich nowych miejscach osiedlenia Niemcy czuli się dosyć swobodnie. Większość z nich zaczęła żyć z nową tożsamością. Po anszlusie NRD przez RFN, do Ameryki Południowej zaczęli dołączać dygnitarze z SED, na czele z Erichem Honeckerem.Niemcy zawsze robili wszystko, żeby uniknąć odpowiedzialności karnej i finansowej za swoje okrucieństwa, grabieże i zbrodnie.

  5. Ali mówi:

    Jedno istotne sprostowanie : Evita ( Eva) Peron nigdy nie była prezydentem Argentyny. Dopiero trzecia żona Perona (Evita była drugą i najbardziej znaną jego żoną) Izabela ( Isabel) Peron została prezydentem tego kraju. Stało się wiele lat po śmierci Evity oraz po powrocie Perona z emigracji do kraju.
    Tak nawiasem mówiąc Peron był bardzo popularny w Argentynie. Do dzisiaj peroniści mają tam wielkie wpływy polityczne. Peron był typowym politykiem XX wieku, który łączył elementy nacjonalizmu i solidaryzmu społecznego. Tego właśnie nauczył się we Włoszech u Mussoliniego. A ponieważ, w przeciwieństwie do swojego mistrza, nie wciągnął Argentyny do żadnej wojny, ludzie autentycznie go kochali, a zwłaszcza jego charyzmatyczną żonę Evitę.
    Przestrzegałbym przed ocenianiem Perona wyłącznie przez pryzmat pomocy udzielanej zbiegłym nazistom.

  6. Dudak mówi:

    Do Ali.Pan swym komentarzem jakby potwierdza ,że i rządy dyktatorskie czy chociażby autorytarne mogą być korzystne dla obywateli poszczególnych krajów.Gdzieś czytałem wspomnienia trenera reprezentacji Argentyny w piłce nożnej L.Menottiego,że obawaiał się o swe życie w wypadku niezdobycia przez jego podopiecznych tytułu mistrzów świata (1978).Tacy to są ci faceci z naramiennikami.II RP też miała w swej historii różne formy rządów : po roku 1926 – jedne oraz po roku 1935 – inne.Jeśli te pierwsze część historyków nazywa autorytarnymi,to jak nazwiemy te drugie ?

  7. Ali mówi:

    @ Dudak : Mogą być korzystne dla obywateli, ale nie muszą. Przysłowiowy diabeł tkwi w szczegółach. W wielu zawiłych szczegółach. Wspomniany trener Menotti działał w czasach, gdy rządy w Argentynie sprawowała junta , która obaliła Izabelę Peron. Jej nieżyjący już wówczas małżonek był oczywiście zawodowym oficerem, ale rożne poglądy i różne programy reprezentują zawodowi żołnierze sprawujący władzę. Nie wiem, co ma do tego Piłsudski, który również został zawodowym wojskowym, ale klasyczne reżymy totalitarne to bolszewizm, faszyzm i nazizm. W żadnym z nich przywódcą państwa nie był zawodowy wojskowy. Lenin w ogóle nie służył w wojsku, Stalin również ( pomijam generalne nadzorowanie działań wojennych w okresie II wojny światowej). Mussolini był z zawodu dziennikarzem, a Hitler – wiadomo- niespełnionym malarzem.
    Jeśli zaś chodzi o tzw. rządy pułkowników w Polsce w latach 1935-1939, to były one istną sielanką w porównaniu z równoległymi rządami w ZSRR i w III Rzeszy, czyli u naszych najbliższych sąsiadów. Wystarczy przypomnieć tylko stalinowską Wielką Czystkę z jej zbrodniczą kulminacją w roku 1937. Hitlerowska ” Noc długich noży” i wiele innych zbrodni dokonanych w tym czasie w Niemczech też mówią same za siebie.
    Reasumując, Panie Dudak, niech Pan podejmie próbę wyzwolenia swych poglądów ze skostniałych schematów myślowych przyswojonych w okresie oddziaływania propagandy sowieckiej. Niech Pan mi uwierzy, że była to skrajnie uproszczona i nieuczciwa propaganda.

  8. Dudak mówi:

    Do Ali.Nie były ani pierwsze rządy,ani tym bardziej drugie, sielanką,o czym świadczył w swych wspomnieniach Czesław Miłosz.Pierwsze – autorytarne,następne – faszystowskie,antysemickie i antyinne z pretensjami do mocarstwowości.

  9. Ali mówi:

    @Dudak : Żadne nie były faszystowskie. Demokracja była mocno ograniczona, ale do końca istnienia II RP funkcjonowały partie opozycyjne, wydawano opozycyjne gazety, działały samorządy lokalne , niektóre zdominowane przez opozycję.Miłosz nie był politologiem, a ponadto jego opinie były z natury rzeczy subiektywne. Nie lubił polskiej państwowości, sam dobrze nie wiedział, czy jest Polakiem, czy też Litwinem ( w czasie okupacji miał papiery Litwina, korzystał z pewnych przywilejów z tym związanych, chociaż mieszkał w Warszawie). Po wojnie współpracował z totalitarnymi rządami komunistycznymi. Wówczas nie przeszkadzało mu wcale, że komuniści wsadzają do więzień i obozów pracy tysiące przeciwników politycznych, że masowo wydają wyroki śmierci. Statystycznie w każdym województwie z osobna było ich więcej niż wydano w całym państwie włoskim ( znacznie ludniejszym od Polski) za czasów Mussoliniego do wybuchu wojny. Miłosz nie jest dla mnie żadnym autorytetem.
    Na koniec jeszcze raz zaapeluję do Pana, Panie Dudak, żeby zwrócił Pan więcej uwagi na zbrodnie stalinowskie w ZSRR dokonane w tym samym czasie. Tam mieliśmy do czynienia z reżymem ludobójczym, jednym z najbardziej krwawych w historii ludzkości. Zamiast permanentnie krytykować przedwojenne władze polskie, niech Pan zrobi uczciwy rachunek sumienia i zacznie wyliczać zbrodnie sowieckie.Dopiero wtedy będzie Pan miał skalę porównawczą.

  10. Dudak mówi:

    Do Ali.Dla mnie zbrodnie stalinowskie,a takie rzeczywiście były,są dalszym ciągiem rewolucji bolszewickiej i walki klasowej.Nie mogę tego jednak porównywać ze zbrodniami nazistowskimi,gdyż te miały rasistowskie podłoże i całe szczęście,że trwały tylko 12 lat (1933-1945).Stalin nie więził i nie rozstrzeliwał ludzi ze wzgledu na rasę lub narodowość,choć przyznam ,że nie lubił Polaków za rok 1920.Nie mógł inaczej, gdyż faktyczne do wybuchu II wojny światowej przeciwko ZSRR trwała ideologiczna i dywersyjna walka,nie ustała ona i podczas wojny oraz po niej,mimo wojskowego sojuszu z aliantami,który był tymczasowy ,o czym wiedzieli wszyscy.Co by jednak było,gdyby wojnę wygrał rasista Hitler ?Odpowiedź leży na powierzchni : nie byłoby ani Rosji,ani Litwy,ani Polski i wątpię ,czy by ktoś jeszcze dziś mówił po rusku,po litewsku czy po polsku.Ci dranie z zachodu znaleźli w Stalinie siłę zdolną do pokonania Hitlera i oparli się o nią,by ratować swą skórę.Udało się im też wciągnąć do wojny po swej stronie USA i nie dlatego ,że im było szkoda Ruskich czy Polaków

  11. Ali mówi:

    @Dudak : Żadni „dranie” z Zachodu nie sprowokowali Stalina do wojny z Hitlerem. W latach 1939-1941, a więc już po wybuchu II wojny światowej, Stalin był faktycznym sojusznikiem Hitlera. Zawarł z nim pakt Ribbentrop-Mołotow oraz układ o przyjaźni i współpracy gospodarczej. W tamtym czasie Wielka Brytania samotnie ( po pokonaniu Polski, a potem Francji) zmagała się z III Rzeszą. Jeżeli ktoś był wtedy „draniem” to właśnie Stalin, który z założonymi rękoma przyglądał się tym morderczym zapasom, dostarczając przy okazji Hitlerowi niezbędnych surowców gospodarczych. Nawet podczas wizyty Mołotowa w Berlinie w listopadzie 1940 dygnitarze musieli zejść do schronu, bo akurat był nalot lotnictwa brytyjskiego na stolicę Rzeszy.
    Co do podłoża zbrodni, to powiem tylko tyle, że ofiarom było wszystko jedno, czy ginęli z powodów przynależności do niewłaściwej klasy, czy też do niewłaściwej rasy. Nie wiem tylko jakiej klasy przedstawicielami byli Kamieniew, Zinowiew, Bucharin, Tuchaczewski i wielu, wielu innych wysokiej rangi bolszewików. Nie wiem również , czy masowe deportacje narodów kaukaskich, Kałmuków, Litwinów, Łotyszy, Estończyków, Polaków, a nawet Koreańczyków na Syberię i do Kazachstanu, to były działania „klasowe”, czy może jednak o podłożu rasowym ? Deportacje zaczęły się jeszcze w latach 30-tych, a trwały do połowy lat 50-tych. Nie wymieniłem zresztą wszystkich deportowanych narodów. Podczas tych zbrodniczych deportacji ludzie masowo umierali. Szacuje się, że zginęło wówczas około 20 procent całej populacji Tatarów krymskich, a także podobnej liczby Czeczeńców. Gdyby rasista Hitler nie zaatakował w roku 1941 ZSRR, być może wygrałby wojnę z Wielką Brytanią i USA, które by się do tej wojny włączyły. Wtedy Hitler wymordowałby Polaków i oczywiście wszystkich Żydów środkowo i zachodnioeuropejskich, a Stalin nawet palcem nie kiwnąłby w ich obronie.

  12. Marko mówi:

    Do: józef III, 21 stycznia 2017 o godz. 23:39

    Dobrze się stało, że Pan przytoczył tu przykład bezwstydnej, prokatolickiej propagandy niejakiego Rafała Ziemkiewicza. Jest to jeden z tych zagorzałych katolików, który wybiela zbrodniczą przeszłość Kościoła katolickiego, działając we współpracy z Pawłem Lisickim, jeszcze bardziej oślizłym i plugawym znawcą teologii katolickiej, oraz z niejakm Terlikowskim, popularnie uważanym w Polsce za nadpapieża. W niedawnej publicystyce, panowie ci frontalnie, gremialnie, jak stado durnych owiec, papieżowi Franciszkowi przypisali herezję. Jednym słowem tytuł Terlikowskiego należy się im trzem razem i osobno nawet też.

    Jak Ziemkiewicz argumentuje w przytoczonym przez Pana felietonie, w Meksyku Przenajświętsza Inwkiezycja zamordowała tylko niewiele ponad 20 osób, a w okręgu Badajoz (miasto w Hiszpanii) tylko też około 30. To jest nic, twierdzi katolicki sukinsyn! Cóż to jest jest te kilkadziesiąt osób? – wrzeszczy Ziemkiewicz – żeby je wypominać jeszcze ponad sześćset lat później? Ze świętym przekonaniem głęboko wierzącego katolika twierdzi on, że te mordersta, „tak nielicze”, to nic, to pestka, takie były czasy, złe i okrutne, więc normylnym zjawiskiem było mrdowanie ludzi przez katolickich hierarchów. Mordowanie ludzi przez przenajświętszych hierarchów Kościoła katolickiego, ubranych w kolorowe chałaty obłudy, przekonanych, że działają z woli samego Pana Boga, i – przede wszystkim – że działają w interesie osób mordowanych. W interesie ludzi mordowanych! Tak jest! Najważniejszy był interes biedaków mordowanych. Mordowanych w okrutny sposób. Pomału żywcem palonych, żeby męczyli się jak najdłużej. Ażeby przenajświętszy ogień wytrawił z nich wszelkie zło. Ażeby ten przez tych morderców w szatach kardynałów Przenajświętszej Inkwizycji podłożony ogień oczyścił duszę mordowanego ze straszliwego grzechu. Grzechu, który oni, przenjaświętszy mordercy Kościoła katolickiego, zdołali w nim odkryć!

    Jak odbywało się to odkrycie grzechu. Ano, wystarczyło pomówienie, najczęściej pomówienie niejawne, motywowane złośliwością sąsiada. Taki skurwysyn doniósł potajemnie Inkwizycji, że znienawidzony przez niego człowiek, kobieta czy mężczyzna, jest czarownicą, rzuca uroki na ludzi i zwierzęta, albo jest potejemnym heretykiem, najprawdopodobniej ma zwięzki z Zydami, albo wypowiada się podejrzanie przeciwko Przenajświętszej Inkwizycji. Itp.

    A katoliccy mordercy Kościoła katolickiego tylko na to czekali. Bo nie chodziło o jakiegoś pojedyńczego biedaka. Nie o to chodziło! Chodziło o zastraszenie całych społeczeństw. Wszystkich ludzi, niezależnie od ich pozycji społecznej czy bogactwa. Bogatych szczególnie chętnie mordowano, bowiem Kościołowi przypadał wtedy cały majątem zamordowanego!

    Co się działo następnie? Sąd inkwizycyjny różnił się zdecydowanie od dzisiejszych sędów. Dzsiaj sąd ma za zadanie udowodnić podsądnemu jego czyn i winę. A w przypadku wątpliwości, co do winy, obowiązuje zasada, in dubio pro reo, w sprawach wątpliwych należy orzekać niewinność podsądnego lub brak możliwości stwiedzenia winy.

    W morderczych sądach inwizycyjnych Kościoła katolickiego obowiązywyły inne zasady. Jeśli ktoś wpadł włapy kardynalskich morderów, musiał udowodnić, że jest niewinny. Było tak samo, jak w sowieckim wymiarze (nie)sprawiedliwości. Jak cię posądzili, że jesteś wielbłądem, to trzeba było udawadniać, że wielbłądem nie jesteś.

    Tak też było w mordeczych sądach Kościoła katolickiego. Podsądny w łapach gorliwych kardynałów musiał udowodnić, że nie jest – na przykład – czarownicą, które lata na miotle na sabatowe spotkania na tajemnej górze. Podsądni zaprzeczali przysięgając na wszelkie świętości. Na Biblię, na święty Krzyż, na Przenajświętszy Sakrament. Nieprawdą jest – mówili – że śmierć dziecka mojej sąsiadki spowodowana została złym urokiem, rzuconym przez mnie. Ja nie mam takiej mocy, żeby rzucać śmiertelne uroki na dzieci czy krowy moich sąsiadów. (dokończenie w następnym wpisie).

  13. Marko mówi:

    „Nieprawdą jest, że ja jestem heretykim. Przysięgam na Jezusa Chrystusa, że jestem wierzącym katolikiem. Itd.” Ale przenajświętszy mordercy nie w ciemię bici byli. Ich zadaniem było ujawnienie prawdy. Tak jest, PRAWDY! (Do dzisiaj piszą o prawdzie z dużej litery, ci specjaliści od obłudy i kłamstw). I brali takiego nieszczęśliwca na tortury.

    Okrutne i wymyślne były te katolickie tortury. Przecież że nie chodziło o zadawanie bólu takiemu nieszczęśliwcowi, lecz o wypędzenie z niego Diabła. Diabła, który nie opuszczał nieszczęśliwca i wspierał go w zmaganiach z mordercymi Inkwizycji. Ludzie cierpieli katusze, ale upatrywali ratunku wyłącznie w tym, że przekonają katolickich morderców, że nie są czarownicami, heretykami, ‚Zydami, czy wrogami Kościoła katolickiego… Ale ta ich argumentacja tylko umacniała morderców katolickich w przekonaniu, że nieszczęśnikowi najwidoczniej pomaga Diabeł. Inaczej przecież nie wytrzymałby takich okrucieństw – argumentowali.

    Ludzie bronili się z determinacją przekonanych, że nie są, na przykład, czarownicami, aż do ostatniego tchu. Zaprzeczali oskarżeniom morderców aż do ostatniego momentu, kiedy już nie byli w stanie wyraźnie mówić. A mordercy przysłuchiwali się! I jeśli słyszeli już tylko bełkot mordowanego, to mieli w końcu dowód: „Ooo! Bełkoce niezrozumiale! To Diabeł przemawia przez niego. Na stos z nim. Spalić i wypędzić z niego Diabła.”

    Kochany katoliku, jeśli dzisiaj przystępujesz do tzw. Komunii świętej, pomyśl o tych okrutnie zamordowanch nieszczęśnikach. O tych nieszczęśnikach zamordowanych także w Twoim imieniu. Njpierw umęczonych torturami a potem żywcem spalonych w imię Jezusa Chrystusa, Twojego Boga. I nie bądź tylko Ziemkiewiczem!

    Dzisiaj mój szanowny Przyjaciel Ali jest dumny z Kościoła katolickiego. A więc i z tych morderstw. Czesława Miłosza nie szanuje. Pozdrawiam Cię – twój cham.

    Przytoczę jeszcze wierszyk poety, o tym, jak opuszczał socjalistyczną Polskę:

    Zaglądali mi do kufrów,
    Zaglądali do waliz…
    Nie zaglądnęli do dupy.
    Tam miałem socjalizm!

    A jaka różnica jest pomiędzy socjalizmem a katolicyzmem? Kto bardziej kłamał? Kto nadal bardziej kłamie?

    Jeden pożytek z Inkwizycji pozostał nam do dziś. Współczesny proces karny. Czyn i winę podsądnemu musi udowodnić sąd. W procesie inkwizycyjnym – ale tak samo było w sowieckim wymiarze (nie)sprawiedliwości – podsądny musiał udowodnić swoją niewinność. Ale nie chcą o tym pamiętać ani Ziemkiewicze, ani nawet Ali. Podobno prawnik. Bardzo katolicki.

  14. Marko mówi:

    Dopiero co zadałem pytanie: „A jaka różnica jest pomiędzy socjalizmem a katolicyzmem? Kto bardziej kłamał? Kto nadal bardziej kłamie?”

    A tu masz! Nowa informacja w sprawie nadkatolickiej grupy prawdziwych obrońców Kościła – papiża Franciszka uważają za heretyka – dotycząca intelektualnej glizdy – Rafała Ziemkiewicza. Teraz tłumaczy się, że za czasów PRL udawał i fałszował. Dopiero teraz żyje po bożemu i krytykuje papieża, bo uważa się za mądrzejszego. Zresztą jak i wszyscy inni sztandarowi katolicy. Kłamcy i obłudnicy.

    Poczytać:
    http://wiadomosci.wp.pl/stan-wojenny-relacje-ze-zjazdow-pzpr-i-wspominki-o-stalinie-w-takim-pismie-publikowal-rafal-ziemkiewicz-6120816044644481a

  15. Marko mówi:

    Cisza! Jakby wszystkich zamurowało. Albo jak gdyby chodziło o nieważną sprawę. A przecież włączyłem się w już toczącą się dyskusję i – napewno! – jej uczestnicy interesją się jej dalszym ciągiem, otwierają blog po raz kolejny, patrzą i czytają. Ale nikogo nie stać na zabranie głosu, na wypowiedzenie w tej sprawie swojego zdania. Choćby krytycznego.

    Boją się. Boją się, choć już tyle wieków od tamtych strasznych wydarzeć upłynęło. Nadal wolą udawać sztuczną obojętność. Jakże skuteczną metodę zastosował wówczys Kościół katolicki, żeby zastraszyć społeczeństwa Europy. Bo przecież chodziło o zastraszenie. O zbiorowe zastraszenie, a nie o mordowanie pojedyńczych osób. Bo te osoby w rzeczywistości nie przedstawiały żadnego zagrożenia dla Kościoła. Nikt z tych okrutnych morderców w złocistych ornatach przecież nie wierzył w to, że pomawiane o czary kobiety rzeczywiście były wiedźmami, że były niebezpicznymi babami, mającymi moc rzucania śmiertelnych uroków na ludzi czy zwierzęta, że były czarownicami latającymi na miotle, żeby wziąć udział w sobotnim zborze czarownic. Doskonale wiedzieli, że ‚Zyd był tylko ‚Zydem, a inaczej wierzący – tylko inaczej wierzącym, a nie heretyckim wrogiem Kościoła. Chodziło o co innego. O zdobycie totalitarnej władzy nad społeczeństwami. O zdobycie władzy budzącej przerażenie w sercu zwykłych ludzi, o zdobycie władzy na zawsze, poprzez traumę psychologiczną przekazywaną z pokolenia na pokolenie.

    I cel swój osiągnęli. Dzisiaj nie potrzebują reagować, nawet na takie jawne obwinienia, jak moje. Mają to w swojej świętobliwej dupie i śmieją się ze mnie. Udają, że nie zauważają tych moich wypowiedzi, traktując je jako „absurdalne zarzuty”. Traktują to, jak takie sabie gadanie, które z nimi nie ma nic do czynienia. Jakby tylko było to wyssane z palca, do tego stopnia bez znaczenia, że nie warto nawet odpowiadać. Bowiem moje pomówienia są „niezgodne z prawdę”, są gadaniem „złośliwego wariata”. Można, na to moje gadanie, tylko wzruszyć ramionami i zbagatelizować.

    Ale podskórnie ludzie wiedzą o tym, co jest grane. I boją się. I wolą nie odzywać się. Bo i tak – myślą sobie – nic nie da się zmienić. Przecież za te zbrodnie nasz „święty Ojciec święty” oficjalnie przeprosił cały świat. Więc sprawa jest załatwiona.

    Ale te wszystkie zbrodnie, dziesiątki czy setki tysięcy zamordowanych niewinnych osób, zostało popełnionych w imieniu wszystkich, którzy uważają się za katolików. I nic tu nie pomoże przemilczanie i udawanie, że nic się nie stało. Tym bardziej, że w dzisiejszych czasach każdy człowiek, nawet najbardziej groliwy katolik, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że ofiary Kościoła katolickiego, zamęczone torturami i okrutnie zamordowane przez spalenie żywcem na stosie, były niewinne. Nikt już nie wierzy w czary czy czarownice. I nikt się nie boi heretyków czy ‚Zydów. Od czasów Oświecenia Europejskiego każdemu człowiekowi przysługuje prawo wierzenia na swój sposób. I te odmienne wierzenia nie stanowią żadnego powodu, żeby ludzi za to mordować.

    Kto ma sumienie, niech się zastanowi. Niech się zastanowi i niech nie udaje solidarności z morderczą przeszłością swojej religii. Kościół też w dzisiaj inaczej o tych zbrodniach myśli. I udaje, że nic się nie stało. Nic nie było.

    Wracając do Miłosza… O Kościele powiedział: „Nigdy nie zawrę przymierza z Kościołem katolickiem w Polsce, bo to by oznaczało, że musiałbym podporządkować się małpom”. Nie były to chwalebne słowa pod adresem Kościoła. Mimo to, gdy zmarł, pochowany został w krypcie wieszczów polskich krakowskiego kościoła Na Skałce. Bo wielkim Polakiem był. I wielkim poetą. Człowiekiem w wielkiej moralności.

    A że w czasie wojny, w zajętej przez Niemców Warszawie, posługiwał się litewskimi dokumentami, to prawda. Prawda nie przynosząca mu żadnej ujmy. W Wilnie znany był ze swojej polskości. W Warszawie wolał udawć Litwina. Bowiem Litwini uchodzili za hitlerowskich aliantów i byli dużo lepiej traktowani przez Niemców niż Polacy. Byli sprzymierzeńcami Niemców, Polaków traktowali bardzo źle. W Wilnie szybko wydaliby go. W Warszawie bezpieczniejszy był jako „Litwin”. Chodziło o uniknięcie niemieckiej niewoli. Jeśli Ali ma Miłoszowi to za złe, to świadczy to tylko i wyłącznie o Alim. Na tym kończę tę milczącą dyskusję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.