0
Dzieci, przemoc i bezsilność…

image-81585

„Mamy na terenie rejonu wileńskiego 3 ośrodki: w Kowalczukach, w Niemenczynie i Gęsiszkach” — mówi mer Fot. Marian Paluszkiewicz

— Zdarzało się, że w nocy jakieś dziecko uciekało z domu i przybiegało do nas po pomoc. Czasem któreś dzwoniło i to my biegłyśmy do niego do domu i wzywałyśmy policję — mówi Kurierowi Wileńskiemu siostra Małgorzata Bulowska, która w Nowej Wilejce założyła świetlicę „Dom, który czeka”.

Przemoc wobec dzieci jest częścią naszej rzeczywistości. Czasem, gdy dochodzi do tragedii, szokuje, czasem jest po cichu akceptowana. O tym, jak trudno z nią walczyć, najlepiej wiedzą ci, którzy na co dzień pracują z dziećmi z rodzin ryzyka.

Po tragedii w Kiejdanach, gdy zmarł brutalnie pobity czterolatek, nikt chyba nie ma już wątpliwości, że ochrona praw dzieci na Litwie pozostawia wiele do życzenia. Pracownicy socjalni często powtarzają, że czują się całkowicie bezsilni wobec sytuacji wielu rodzin. Problemów, jakie napotykają, jest cała masa.

— Pierwszym najważniejszym problemem jest na pewno alkoholizm w rodzinach. Wobec rodziców jesteśmy faktycznie bezsilni. Nie mamy zupełnie środków, przez które moglibyśmy mieć na nich wpływ. Często nie mamy również możliwości zabrania dzieci, gdyż po prostu nie ma dla nich miejsca. Domy dziecka są przepełnione, co więcej — mają być zamykane. Tymczasem opiekunów, którzy mogliby takie dzieci przyjąć, na razie nie ma. Obce rodziny nie garną się wcale tak bardzo do przyjmowania dzieci z domów dziecka. Faktycznie, można powiedzieć, że jesteśmy w bardzo trudnej sytuacji — mówi Kurierowi Wileńskiemu Maria Mickiewicz, kierownik wydziału ochrony praw dziecka rejonu solecznickiego.

O tym, że nie jest łatwo zapobiegać podobnym tragediom, przekonana jest również mer rejonu wileńskiego, Maria Rekść.

— To nie zależy tylko od samorządów albo tylko od pracowników wydziałów opieki nad dziećmi. Żeby dzieci były naprawdę chronione, trzeba współpracy bardzo wielu osób. Bardzo ważne jest wsparcie policji, ale też np. zainteresowanie sąsiadów. Takimi sprawami wzrasta zainteresowanie zawsze wtedy, gdy zdarzy się jakaś tragedia, natomiast uwaga potrzebna jest nieustannie — podkreśla mer, dodając, że ta współpraca nie jest wcale łatwa.
—  Z jednej strony spotkałam się z zarzutami ze strony kobiet, które dzwoniły na policję i zgłaszały, że są ofiarami przemocy, a ich zgłoszenia były ignorowane. Policja mówi natomiast, że sprawy przemocy w rodzinach są trudne przede wszystkim dlatego, że kobiety, które je zgłaszają, zwykle wycofują potem skargi — zauważa Maria Rekść.
Nawet jednak wtedy, gdy wiadomo, że w rodzinie są poważne problemy i dziecko nie jest bezpieczne w domu, nie jest łatwo pomóc.

image-81586

„Żeby dzieci były naprawdę chronione, trzeba współpracy bardzo wielu osób” — mówi Maria Rekść Fot. Marian Paluszkiewicz

— Czasem po prostu brakuje  miejsca, gdzie można byłoby te dzieci umieścić. W tej sprawie wydaje mi się, że biurokracja wzięła górę nad troską o dobro dziecka. Mamy na terenie rejonu wileńskiego 3 ośrodki: w Kowalczukach, w Niemenczynie i Gęsiszkach. Dwa z nich, niestety, nie otrzymały licencji i nie możemy umieścić w nich dzieci, mimo że są tam bardzo dobre warunki – podkreśla mer.
Starania o budowę ośrodka, gdzie dzieci mogłyby przebywać przez dłuższy czas, rejon wileński rozpoczął w  2011 r. Projekt przyszłego Centrum Dobrobytu Rodziny i Dziecka Rejonu Wileńskiego w 2012 roku został zaakceptowany w Ministerstwie Ochrony Socjalnej i Pracy Litwy. Podstawowym warunkiem ministerstwa było zapewnienie od 2015 roku pobytu dzieci w placówce na zasadach rodzinnych — w grupkach nie większych niż 8 dzieci. Projekt został co prawda ukończony, ale niestety — ośrodek nie może rozpocząć działalności, gdyż w kwietniu 2016 r. zmieniło się prawo.
— Nie otrzymaliśmy licencji, ponieważ  ośrodek nie spełnia nowych wymagań dotyczących podziału parceli. Chodzi o kwestie formalne, nie o warunki mieszkania dzieci. Jest to o tyle niezrozumiałe, że wymagania mają obowiązywać od 2020 r. — mówi Danuta Narbut, wicedyrektorka administracji rejonu wileńskiego.

image-81587

Danuta Narbut

— Walczymy z biurokracją, piszemy, rozmawiamy. Niestety, uniemożliwia to na razie udzielenie dzieciom takiej pomocy, jakiej naprawdę potrzebują. Koncepcja interwencji w sytuacjach kryzysowych w rejonie wileńskim zakładała, że działać będą 3 ośrodki, które będą się wzajemnie uzupełniać. W jednym dziecko mogłoby pozostać przez trzy dni, w drugim na trzy miesiące, zaś w trzecim na dłuższy czas. W tej chwili licencję ma tylko ośrodek w Niemenczynie. Na szczęście, na razie nie było takiej sytuacji, żeby zabrakło w nim miejsca, ale może się tak zdarzyć. Nawet boję się pomyśleć o tym, że właśnie z powodu braku miejsc, pobite dziecko musiałoby wrócić do domu, w którym nie jest bezpieczne — podkreśla Narbut.

Tymczasem takie sytuacje nie są rzadkością na Litwie. Kierownik kowieńskiej kliniki pediatrycznej, Rimantas Kevalas, w rozmowie z agencją BNS mówił, że przypadki pobicia dzieci przez rodziców zdarzają się coraz częściej: „Nie ma miesiąca, by do tego szpitala nie trafiało brutalnie pobite dziecko. Rodzice stosują przemoc nawet wobec niemowląt”. Najgorsze jest jednak to, że ze szpitala dzieci wracają do tego samego otoczenia.
O trudnej sytuacji wielu dzieci wiedzą dobrze ci, którzy z nimi pracują. S. Małgorzata Bulowska ze Zgromadzenia Sióstr od Aniołów od 13 lat prowadzi w Nowej Wilejce świetlicę „Dom, który czeka”.
— Zaczęło się od tego, że przychodziły do nas do domu głodne dzieci, prosiły o jedzenie. Od razu wiedziałam, że nie wystarczy je nakarmić. Chyba po miesiącu udało nam się wygospodarować jedno pomieszczenie na prowizoryczną świetlicę. Okazała się bardzo potrzebna — opowiada o początkach swojej pracy. Teraz siostry prowadzą trzy ośrodki: w Nowej Wilejce, Rudominie i Rukojniach.
Przez tak długi czas siostra niejednokrotnie miała okazję uczestniczyć w różnego rodzaju interwencjach, często w towarzystwie policji.

— Zdarzało się, że w nocy jakieś dziecko uciekało z domu i przybiegało do nas po pomoc. Czasem któreś dziecko dzwoniło i to my biegłyśmy do niego do domu i wzywałyśmy policję. Najczęściej w takich nocnych wizytach uczestniczyła pedagog szkolna. Zdarzały się naprawdę różne sytuacje. Ważne jest przy tym zachowanie prawa. Nie można po prostu zabrać ich z domu. Najczęściej po przyjeździe policji decydowano, że dziecko tę noc spędzi w świetlicy. Potem sprawa szła dalej — opowiada s. Małgorzata Bulowska.
Niektóre z dzieci trafiały do domów dziecka, jednak w praktyce nie poprawiało to ich sytuacji.
— Może po prostu było już za późno. Życie w takim środowisku wywiera na dziecko ogromny wpływ. Dzieci nigdy nie były zabierane po pierwszej interwencji. Na takie kroki decydowano się tylko wtedy, gdy sytuacje powtarzały się częściej. Czasem był to krótki pobyt w domu dziecka, czasem, niestety, dziecko nie mogło już wrócić do domu. Jednak zabranie z domu w takiej sytuacji, to za mało. Może, gdyby zapewniono naprawdę dobrą opiekę terapeuty… Moje doświadczenie pokazuje, że takie historie mają zwykle tragiczny finał. Najczęściej takie dzieci uciekały, błąkały się gdzieś po ulicach, bardzo szybko wpadały w uzależnienia. W zasadzie tylko w jednym przypadku mogę powiedzieć, że dom dziecka poprawił los dziecka. Pobyt w nim był tylko tymczasowy, ostatecznie dziecko wróciło do rodziny – opowiada s. Małgorzata.

image-81588

Maria Rekść

Dlaczego tak trudno jest pomóc w takich sytuacjach? S. Małgorzata jest zwolenniczką idei pomocy zarówno dziecku, jak i jego rodzinie.
— Zabranie dziecka z domu to tylko półśrodek. Ważny, bo pozwala ochronić dziecko w danej chwili, czasem też może być motywacją dla rodziców do zmiany życia. Zwykle do przemocy dochodzi w rodzinach, gdzie jest problem z alkoholem. Zabranie dzieci może być bodźcem do rozpoczęcia leczenia. Dzieci zawsze chcą wracać do domu, nawet, jeśli nie są w nim bezpieczne — mówi.
— Uczymy dzieci, że można żyć inaczej. Uczymy ich bycia razem, wzajemnego pomagania sobie, radzenia z problemami. Pokazujemy, że są ważni, że komuś na nich zależy. Zresztą, nawet jeśli dziecko otrzyma pomoc, nie zawsze będzie potrafiło z niej skorzystać. Czasem stajemy na głowie, żebyś kogoś ratować  i nic nie wychodzi. Ale życie nauczyło mnie już cierpliwości. Jednego ze swoich wychowanków widziałam w kajdankach, a jednak wszystko potoczyło się dobrze — w tej chwili ma rodzinę, pracuje i wydaje się, że udało mu się ułożyć życie – opowiada s. Małgorzata.
Podkreśla także, że dzieci, które doświadczają przemocy w domach, potrzebują nie tylko bezpieczeństwa, ale także konkretnej pomocy psychologicznej. Bez niej, niestety, najczęściej powielają wzorce, które widzą w domu.

Leave a Reply

Your email address will not be published.