1
Stanisława i Zdzisław Rymszewiczowie: pół wieku przy rodzinnej kierownicy

Stanisława i Zdzisław Rymszewiczowie —dzisiaj Fot. archiwum rodzinne

W rodzinie Stanisławy i Zdzisława Rymszewiczów wśród wielu rodzinnych pamiątek pieczołowicie przechowywany jest pożółkły numer Kuriera Wileńskiego sprzed 27 lat, w którym ukazał się artykuł o złotych godach rodziców pani Stanisławy – Marii i Józefa Dawidowiczów. W zgodzie i miłości świętowali wówczas piękny jubileusz.

Rodzina często sięgała do tego gazetowego wydania a wraz z nim do wspomnień rodzimej dzielnicy – Antokolu. Swoje najpiękniejsze wspomnienia łączyli z małym, zielonym skrawkiem, zwanym Górańcami. Nie znajdziemy dzisiaj tej nazwy na żadnym planie miasta, ale tak właśnie każdy „z dziada pradziada” mieszkaniec nazywa tę część najstarszej, wileńskiej dzielnicy.
Dziś Górańce są inne. Może piękniejsze, może bardziej nowoczesne, poprzetykane ulicami Pragiedrulių, Zirgo, Šatrijos Raganos, ale niejednemu brak tamtych, owianych mgiełką niepamięci ulic Majakowej, Promienistej. Przecież kochamy wspomnienia. Dla państwa Dawidowiczów, ale i dla rodziny córki Stanisławy, wspomnienia o Górańcach pozostaną na zawsze.

Z pokolenia na pokolenie wszystkie dzieci z tej oraz pobliskich rodzin uczyły się w tej samej szkole – słynnej „Piątce” na Antokolu, modliły się w tej samej świątyni – św. Piotra i Pawła. Z biegiem lat kościół stał się ważną częścią życia całej rodziny, świadkiem najbardziej wzruszających, radosnych i ważnych chwil, które łączą i cementują rodzinę. Tu odbywały się śluby, chrzty, komunie oraz pożegnanie Drogich Zmarłych…
W tej świątyni państwo Dawidowiczowie przed 27 laty odnowili swe śluby małżeńskie. Do tego kościoła przyjdzie rodzina dzisiejszych Jubilatów, córka Stanisława i jej mąż Zdzisław Rymszewiczowie, którzy będą obchodzili 50. rocznicę ślubu.
Nie tak często się zdarza, by wnuczki właśnie o takim wydarzeniu informowały redakcję. To właśnie Aida i Maja wysłały piękny list z prośbą, by napisać o ich dziadkach w tajemnicy. Ma to być prezent dla dzisiejszych Jubilatów.
Całe życie tej rodziny związane jest z Antokolem, jedną z najstarszych dzielnic Wilna. Nie z tą jednak jego wspaniałą częścią, słynącą kiedyś z dworków szlacheckich, pałaców magnackich, kościołów i klasztorów fundowanych przez rywalizujące ze sobą rody Sapiehów i Paców. Ich Antokol był i pozostał nieco inny. To domki ukryte wśród zieleni, a przy nich sady, warzywniaki i małe zabudowania gospodarcze.
A przecież to też stolica, nie tak daleko od centrum, ale starannie ukrywa się przed postronnymi widzami. Nie udało się jednak tego zacisza zachować w całości. Wielu niechcianych, obcych przybyszy znalazło się w tej dzielnicy z powodu ogródków działkowych.

Rdzenni mieszkańcy dawnych Górańc niechętnie opuszczają domy rodzinne. Przerabiają je, dobudowują, a jeśli muszą wyjechać, pozostawiają domy krewnym. Przyjeżdżają latem, święcie wierząc, że tylko tu znajdą najsmaczniejszą na świecie marchewkę.
Pani Stanisława wcześnie musiała dorosnąć. Gdy zachorowała matka, jako starsza w rodzinie musiała przejąć na siebie wiele obowiązków w domu i w gospodarstwie, również opiekę nad rodzeństwem. Po ukończeniu szkoły podstawowej musiała znaleźć pracę, a ponieważ blisko był szpital, więc została salową. Jednocześnie uczęszczała do wieczorówki. Nie było to łatwe, bo w domu miała wiele obowiązków. Wielokrotnie musiała na swych drobnych barkach nosić worki trawy, aby nakarmić ptactwo domowe.
Z biegiem czasu miała pomocnika. Młody Zdzisiek z Antokola, z którym zapoznali ją znajomi, często ją wyręczał. Niedługo ze sobą chodzili, nie było takiej mody, więc po trzech miesiącach stanęli na ślubnym kobiercu, oczywiście w kościele św. Piotra i Pawła, 4 lutego 1967 roku.
Oboje wspominają, że była wówczas surowa zima, z ogromnymi zaspami śnieżnymi, więc orszak weselny zaprzężony w sanie ledwo mógł dojechać do kościoła. Ich wesele trwało, zgodnie z tradycją dwa tygodnie, jeden tydzień w domu panny młodej, drugi w domu oblubieńca. Dodatkowo samych gości weselnych było mnóstwo. Pan młody miał siedmioro rodzeństwa.

Po ślubie młodzi zamieszkali w domu rodzinnym żony. Tam przeżyli najpiękniejsze chwile, związane z narodzeniem córek. Starsza, Anna, przyszła na świat w roku 1967, a po prawie sześciu latach, Irena. Z Górańc przenieśli się na Wołokumpie, gdzie znajdował się letni domek dziadków. Domek był skromny, ale prześliczny teren rekompensował wszelkie niewygody. Małe dziewczynki, Anna i Irenka, wspominają ten okres jako najwspanialszy pod słońcem. Biegały po łąkach, kąpały się w Wilii. Rodzice pracowali w charakterze …kierowców.
Senior domu całe życie żartował, że kierowca autobusu to zupełnie co innego niż trolejbusu, bo „co to za pojazd, co jest podwieszony nad jezdnią”. Wyliczał wszystkie zalety autobusów, które znał tak dokładnie, że mógłby sam złożyć taki od początku. To zamiłowanie do majsterkowania pozostało mu na całe życie, po dziś dzień w garażu ma doskonale urządzony warsztat i wszystko potrafi naprawić.

– Jak pamiętam, ciągle były z tego powodu dyskusje. Oboje z mamą byli zakochani w swych pojazdach, ale nikt nie chciał uznać wyższości drugiego – śmieje się Anna.
Oczywiście, były to żartobliwe „dyskusje”, raczej przekomarzanie się. Każdy zostawał przy swoim, nie próbując posadzić małżonka za sterami swojego pojazdu. A pan Zdzisław pokochał też motocykle. Ileż to nagród zdobył na zawodach motocyklowych, w ilu rajdach uczestniczył… Na pewno kontynuowałby tę pasję, ale żona w pewnym momencie mu jej zabroniła bojąc się o bezpieczeństwo męża. Usłuchał. Nie przestał jednak majsterkować, naprawiać samochodów i motocykli, pozostało mu to na całe życie.
Pozostała mu też jeszcze jedna pasja, szachy. Co prawda, jak mówi Anna, teraz nie ma z kim rozgrywać partyjek. Od kiedy 13 lat temu zabrakło jego brata Jerzego, nie wybrał nowego partnera. Sam obmyśla partyjki szachowe i długo przesiaduje nad szachownicą. Ma czas, z żoną od dwunastu lat są na emeryturze.

Stanisława i Zdzisław Rymszewiczowie w dzień ślubu w 1967 roku w kościele pw. św. Piotra i Pawła Fot. archiwum rodzinne

Czasu na nudę w tej rodzinie nie ma. Latem gospodarz domu siada na rower i jedzie do Górańc, gdzie spędza całe dnie przy majsterkowaniu na działce.
Mieszkanie przy ulicy Grybo, ze wszelkimi wygodami, to już ich dom rodzinny, po – jak żartują – długich latach tułaczki. Po Wołokumpiu przenieśli się do Karolinek, gdzie zamieszkali w bursie, jaką im przydzielono z pracy. Pani Stanisława przesiadła się wówczas z ulubionej „dwójki” na „trójkę”. Obecne mieszkanie przy ulicy Grybo jest ich czwartą przystanią rodzinną.
W wolnych chwilach zacni seniorzy snują wspomnienia, o Wilnie z lat ich młodości, o wesołych chwilach, których doznali. Lubią przeglądać ciężkie, takie „dawniejsze” albumy ze zdjęciami, teczki, gdzie są wszystkie ich zawodowe odznaczenia. Stanisława dzierga na drutach, a Zygmunt sięga po jakikolwiek z licznych instrumentów muzycznych, które ma w swej domowej kolekcji. Nie jest to „martwa” kolekcja, bo na każdym z tych instrumentów gospodarz umie grać – na akordeonie, gitarze, syntezatorze, harmonijce ustnej, perkusji.
– Tato ma idealny słuch – mówi Anna – Zostało mu to po ojcu. Dziadek miał też dobry głos, ojciec tylko gra. Ale śpiewaka mamy, naszego pieska, brązowo-czarnego pekińczyka. Lubi szczególnie “śpiewać” wtedy, kiedy rano tato zabiera go na poranne spacery – żartobliwie kończy.
Kiedy nadchodzi niedziela, dziadkowie po mszy św. oczekują z obiadem na swych bliskich. Córka Anna z wnuczką Aidą mieszkają w domu rodzinnym, a Irenka obowiązkowo przyjeżdża z rodziną na święta.
Czy córki interesowały się zawodem kierowcy?

– Nie, chociaż znajomi żartowali, że też będziemy na czymś jeździć. Ale nie, to nie dla nas – mówi Anna – Wiele lat pracowałam jako wychowawczyni przedszkola, ale kiedy nadeszły trudne lata dziewięćdziesiąte, musiałam zmienić pracę. Tak się złożyło, że przyszłam do zajezdni autobusowej, ale pracuję w składnicy – dodaje.
Irena ukończyła Wyższą Szkołę Biznesu, więc z techniką nie ma nic wspólnego, ale jej mąż odpowiada za stan techniczny pojazdów w zajezdni autobusów.
W wolnych chwilach wszyscy zbierają się u rodziców. Latem na działce, zimą w miejskim mieszkaniu. Tak będzie też dzisiaj, w ścisłym gronie rodzinnym.
– Nasi rodzice nie chcieli tak zwanej wielkiej pompy związanej ze złotym jubileuszem. Mają swoją tradycję. Zawsze w dniu 4 lutego, dniu ich ślubu, przychodzą do kościoła, by podziękować Matce Boskiej za każdy dzień spędzony razem. Tak też będzie i w tym roku – kończy moja rozmówczyni.

Jedna odpowiedź do Stanisława i Zdzisław Rymszewiczowie: pół wieku przy rodzinnej kierownicy

  1. Elwira mówi:

    Sto lat Szanownym Jubilatom !

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.