0
Walerian Romanowski: rowerem przez biegun zimna po rekord Guinessa

image-82048

Rekord Waleriana Romanowskiego ma na celu pomaganie chorym na nowotwory

Walerian Romanowski, Polak pochodzący z Litwy, porwał się na działanie, zdawałoby się po ludzku, niemożliwe. To nieprzerwana jazda na dwóch kółkach przez 48 godzin w ekstremalnie niskiej temperaturze minus 45 stopni.

Bicie rekordu odbywało się w połowie lutego w Ojmiakonie – rosyjskim, tzw. biegunie zimna. Kolarz porwał się w ten sposób na zdobycie swego szóstego rekordu w Księdze Rekordów Guinessa. Jego wyczyn ma dodatkowo pewien przekaz. Rekordzista jest ambasadorem fundacji DKMS, która tworzy bazę danych komórek macierzystych, dzięki temu pomaga się osobom chorym na nowotwory. To jest podstawowy cel wyjazdów w sięganiu po kolejne rekordy.

image-82049

W niskiej temperaturze para z oddechu skrapla się tworząc lodową maskę

Czy zregenerował już Pan siły po takim wysiłku?

Wszystko zależy od tego, co rozumiemy przez regenerację sił. Jazdę zakończyłem w południe, po dwu nieprzespanych dobach. Następnie spałem pięć godzin, po których poszliśmy z ekipą na pierwszą konferencję w szkole, na spotkanie z dziećmi, które chciały się z nami spotkać. Można powiedzieć, że po tych pięciu godzinach byłem stosunkowo sprawny. Po powrocie, po tygodniu pobytu w Polsce zacząłem nowe lekkie treningi i przygotowania do nowego sezonu. Całkowicie organizm zregeneruje się po kilku miesiącach.

Jak wyglądały przygotowania do ustanowienia rekordu?

Przede wszystkim trzeba zadbać o wytrzymałość organizmu, żeby w ogóle jechać przez dwie doby bez przerwy w normalnych warunkach. Na tę kondycję,  którą mam teraz, pracowałem ostatnie 15 lat. Na początku startowałem w wyścigach 24-godzinnych, które organizuje słynny polski kolarz, Cezary Zamana. Po siedmiu, ośmiu latach wygrałem tam wszystko, co było do wygrania. Potem przeszedłem na wyścigi 48-godzinne, gdzie zdobyłem swój trzeci rekord. Miałem już więc to doświadczenie, jak się jedzie w ciągu dwóch dób bez spania na rowerze.

image-82050

Podczas ustanawiania rekordu trzeba było też zadbać o odpowiednie ubranie

Do tego trzeba było przewidzieć, jak na organizm działa chłód, jakie są tego konsekwencje, a nawet jak przetrwać w takim zimnie. Przed wyjazdem do Jakucji nawiązaliśmy współpracę z Politechniką Krakowską, gdzie w komorze klimatycznej o powierzchni 20m na 8m stworzono nam warunki zbliżone do tych w Ojmiakonie. Można było w niej nawet jeździć na rowerze. Temperatura wynosiła minus 50 stopni i niżej. Mieszkaliśmy w tej komorze przez dwie doby. Na bieżąco analizowaliśmy temperaturę ciała. Najniższą temperaturę stopy miałem w granicach 3 stopni na plusie. Niższa temperatura ciała groziła już odmrożeniem. W komorze zauważyliśmy, że całkowicie wysiadał nasz sprzęt, a rowery się nie sprawdzały w takim chłodzie. Testy w komorze pomogły wprowadzić pewne modyfikacje w sprzęcie, ubraniu, jedzeniu. Aczkolwiek był to tylko przedsmak tego, co nas czekało.

Jak wyglądało zderzenie z zimną rzeczywistością?

W takim zimnie człowiek może nic nie robić, siedzieć na krzesełku, ale pomimo to organizm pracuje na wysokich obrotach, żeby nie zamarznąć. Podczas jazdy rowerem zauważyłem, że są ogromne straty energii i sił, które są przeznaczone tylko na utrzymanie temperatury. Po dobie byłem całkowicie wyczerpany – fizycznie organizm przestał nadążać wytwarzać potrzebną ilość ciepła, żeby nie tylko przetrwać, ale i jeszcze jechać na rowerze. To zupełnie inne obroty. W ciągu  dwóch dób spożyłem prawie 50 tys. kilokalorii, ale pomimo to schudłem o cztery kilogramy. Mój organizm pracował za 7-8 osób dorosłych.

image-82051

Mieszkańcy Ojmiakionu przygotowali na mecie uroczyste powitanie

Jak się oddycha w tak niskich temperaturach?

W komorze testowaliśmy oddychanie przy temperaturze minus 75 st. C. Ma się odpowiednią osłonę na usta i nos, wdychane zimne powietrze miesza się z ogrzanym powietrzem wydychanym, więc sumarycznie wdychane powietrze nie jest aż takie zimne. Minusem jest, że takie powietrze zawiera dużo dwutlenku węgla, z powodu czego wydajność organizmu spada z przyczyn niedotlenienia.

Ile warstw ubrania trzeba mieć na sobie podczas takiej jazdy?

Podczas pracy mięśni organizm wydziela ciepło. Kiedy ciepło łączyło się z zimnem, skraplało i pojawiała się wilgoć, która zamarzała na ubraniu. Trzeba było tak dobrać ubranie, żeby ciepło było wydalone razem z wilgocią, ale w konsekwencji zewnętrzne warstwy ubrania zamarzały i trzeba było je co chwila zmieniać. Miałem na sobie od pięciu do dziesięciu warstw, w zależności od części ciała. Na mięśniach nóg – mniej, ponieważ wytwarzają dużą ilość ciepła, więcej – na stopach i dłoniach, które szybciej marzną, i oczywiście na głowie.

image-82052

Pamiątkowe zdjęcie na biegunie zimna

Mówił Pan w jednym z wywiadów, że „cała zabawa zaczyna się dopiero w drugiej dobie”. Czy miał Pan w trakcie jazdy jakieś kryzysy, chwile załamania?

W ten sposób nie wolno myśleć. Jeżeli człowiek zakłada, że już nie ma siły i musi odpuścić, to jest to pierwsza droga do odmrożenia, ponieważ początkowo pojawia się myśl, a potem decyzja, że trzeba przerwać. Trzeba analizować problem i eliminować go. Czuję, że w tej chwili mam kryzys i zastanawiam się, co mam zrobić, żeby go przetrwać, coś zmienić i jechać dalej. Dlaczego druga doba? Bo wtedy trzeba szukać sił wewnętrznych, motywacji, by jechać dalej. Siły fizyczne są wymierne: człowiek jest w stanie zrobić tyle a tyle, ale wewnętrzna moc jest niezmierzona. I to głowa decyduje, czy się jedzie dalej.

Kto Panu towarzyszył podczas wyprawy do Jakucka?

Pomagał mi dwuosobowy zespół: organizator projektu Wawrzyniec Kuc oraz Wacław Łaba, fotograf i kamerzysta, który filmował wyprawę. W Jakucku dołączyła do nas dziennikarka Julia Szadrina, która stała się członkiem zespołu i bardzo nam pomogła w ustanawianiu rekordu. Druga część zespołu została w Polsce. To trener Arek Kogut i dietetyk Paweł Grochowalski. Ten rekord to sukces całego zespołu i uczelni, które były w to zaangażowane.

image-82053

Część ekipy: Wacław Łaba, Walerian Romanowski, Paweł Grochowalski, Wawrzyniec Kuc

Jak odebrali Pana przedsięwzięcie miejscowi mieszkańcy w Ojmiakonie?

Na początku patrzyli na nas z niedowierzaniem. Potem się okazało, że mają bardzo dobry stosunek do Polaków. Przez Kraj Jakucki przewinęło się wielu Polaków, zesłańców z różnych okresów. Wiadomo, na zesłanie trafiali ludzie inteligentni, którzy potem wnieśli znaczący wkład w rozwój kultury i nauki Jakucji. Zorganizowali nam uroczysty start z „gławą” (tak jakby sołtysem) Ojmiakonu na czele. Po pierwszej dobie jazdy zaczęli nam mocno kibicować, i w dzień, i w nocy. Częstowali różnym jedzeniem. W najtrudniejszych chwilach o świcie, kiedy zostawało mi pięć godzin jazdy, otrzymałem informację, że szykują uroczyste powitanie na mecie. Więc już po prostu nie było wyjścia, musiałem zdobyć ten rekord, nie mogłem ich zawieść.

Taki wyczyn jest z pewnością dużym obciążeniem dla organizmu…

Nieraz czytam na forum, że jest to igranie ze zdrowiem, że to się negatywnie odbija, że takich rzeczy nie powinno się robić. Mam dowody, że to, co robię, nie wpływa negatywnie na moje zdrowie, wręcz odwrotnie. W Jakucku w centrum zdrowia, w którym szykuje się olimpijczyków, przed rekordem wykonałem dokładne badania stanu zdrowia swego organizmu. Miałem pięć z maksymalnych pięciu punktów. Moi dwaj koledzy, którzy nie ćwiczą, mieli mniej punktów razem aniżeli ja w pojedynkę. Po rekordzie zrobiliśmy powtórne badania po kilku dniach. Wykazały, że nie miałem żadnych zmian negatywnych, serce zniosło obciążenie bardzo dobrze, a nawet z pewną rezerwą. Znów zdobyłem 5 pkt. Na dobrą kondycję fizyczną składają się nie tylko ćwiczenia fizyczne, ale też zdrowy tryb życia. Trzeba się skupić na tym, co jemy, jak śpimy, jak trenujemy.

image-82054


Uczniowie z Ojmiakonu chcieli się spotkać z rekordzistą

Jak wyglądają procedury zgłaszania rekordu do Księgi Rekordów Guinessa?

Są dwie drogi. Pierwsza to zaproszenie sędziego z siedziby Guinessa z Anglii lub USA,  co jest kosztowne i opiewa na sumę około 100 tys. złotych. Jest to najszybsza droga, gdyż sędzia z miejsca ogłasza fakt rekordu i zostaje on wpisany do Księgi.

Możliwa jest też inna droga. Uczestnicy i obserwatorzy (mieszkańcy, władze, urzędnicy) ustanawianego rekordu wypełniają ankiety. Mój zespół dokumentował dystans, stacja meteorologiczna zapisywała temperaturę powietrza, fotograf uwieczniał wydarzenia na zdjęciach i filmach, plus informacje, które się ukazały w mediach w Polsce i Jakucji. Pakiet dokumentów wysyła się do siedziby Guinessa. Rozpatrywanie dokumentacji przy ustanawianiu nowego rekordu trochę trwa – rok albo więcej.

Jakie rekordy ma już Pan na swym koncie?

Mam pięć rekordów Guinessa. Dwa rekordy posiadają certyfikaty 48-godzinnej jazdy rowerem górskim po bezdrożach (2014 r.) oraz 12-godzinnej jazdy rowerem górskim po bezdrożach (2015r.). Pozostałe trzy pobiłem latem ubiegłego roku, są w trakcie procedur analizy i uznania tych rekordów, ale to już raczej formalność, na którą potrzeba trochę czasu. Dotyczą 12, 24 i 48-godzinnej jazdy rowerem po stadionie. Ten ostatni, zimowy rekord będzie szósty.

image-82055

W Ojmiakonie do Waleriana Romanowskiego dołączyła jakucka dziennikarka, Julia Szadrina

Czym się Pan kierował przy ustanawianiu tego rekordu?

Dotychczas pobijałem czyjeś rekordy: Anglika, Amerykanina, Australijczyka. Tym razem postanowiłem stworzyć własną kategorię, trudną do pobicia. Elementem utrudniającym miało być zimno. Ponieważ najzimniejszym miejscem na ziemi jest Ojmiakon, więc tam wyruszyłem.

W 1992 r. wyjechał Pan z Litwy i zamieszkał w Polsce. Dlaczego? Nie żałuje Pan tej decyzji?

Nie wyjechałem na stałe, a poza tym jesteśmy w Unii Europejskiej, nie ma granic, mogę mieszkać tu,  mogę mieszkać tam. Ciągle mam kontakt z Litwą, wiem, co się tam dzieje. Polska jest większym krajem,  ma większe możliwości, dlatego jestem w Polsce.

Czym się Pan zajmuje poza jazdą na rowerze?

Kolarstwo jest moją pasją, ale chciałbym, żebym nie musiał finansowo dokładać do tego hobby. To by było idealne, robić to, co lubię i nie płacić za to. Oprócz tego studiuję i jestem na etapie pracy doktorskiej na  SGGW na Wydziale Technologii Drewna. Jestem na trzecim roku, mój kierunek to podłogi z drewna, a przede wszystkim drewno na ogrzewaniu podłogowym oraz technologia drewna. Poza tym jestem w Polsce ekspertem, rzeczoznawcą przy Wojewódzkim Inspektoracie Inspekcji Handlowej w Warszawie oraz rzeczoznawcą  przy Stowarzyszeniu Parkieciarzy Polskich. Mam rodzinną firmę, która zajmuje się pracą z drewnem, jestem tam doradcą.

image-82056

Miejscowa ludność mocno kibicowała polskiej ekipie

Planuje Pan ustanowienie lub pobicie kolejnego rekordu?

Teraz przymierzamy się do rekordu w najcieplejszym miejscu na ziemi: albo w Dolinie Śmierci w Kalifornii, albo na irańskiej pustyni. Panują tam temperatury plus 50 stopni w cieniu. W słońcu można już smażyć jajka. To już skrajnie różne warunki, istnieje ryzyko przegrzania organizmu lub udaru. Zostanie to poprzedzone próbami wytrzymałościowymi we współpracy z uczelniami medycznymi, by nie zaszkodzić zdrowiu. Może to być jeszcze trudniejszy rekord.

Fot. Wacław Łaba

Leave a Reply

Your email address will not be published.