1
Żołnierz AK w Tuskulanum: Henryk Golimont

Henryk Golimont, 1934 r.

Po krótkiej przerwie wracamy do historii żołnierzy AK pochowanych w masowych grobach w Tuskulanum. Dziękujemy naszym Czytelnikom, którzy zareagowali na tekst „Oni nigdy nie mieli pogrzebu…”.
Do tej pory skontaktowało się z nami już 9 rodzin żołnierzy AK rozstrzelanych w Wilnie w więzieniu NKGB. Wszystkich, którzy mają na ten temat informacje, prosimy o kontakt z redakcją.

Joanna Piechowicz mieszka w Gdańsku. Historia Tuskulanum jest także częścią jej historii rodzinnej.
– Jeden z tych żołnierzy, Henryk Golimont, to ukochany, młodszy brat mojej babci. Przez lata nie mieliśmy o nim żadnej informacji. Teraz pojawia się nadzieja, że mogą być odnalezione jego szczątki. To dla mnie bardzo ważne – mówiła kontaktując się po raz pierwszy z redakcją „Kuriera Wileńskiego”.
Henryk Golimont urodził się w Wilkańcach. Tam spędził też spędził swoje dzieciństwo.

Żona Henryka Golimonta, Henryka Golimont z d. Ryłło, 1942 r.

– To był taki szczęśliwy dom, w którym pełno było dzieci. Henryk był najmłodszy. Miał jeszcze dwóch braci: Witolda i Stanisława oraz siostrę, starszą o 11 lat. To właśnie moja babcia, dzięki której poznałam historię jego aresztowania – opowiada Joanna Piechowicz.
Potem nastąpił wyjazd do Wilna. Henryk rozpoczął naukę w Gimnazjum im. Adama Mickiewicza.

– Mieszkał wtedy u mojej babci, Franciszki Wilkaniec. Najpierw na Jasnej, a potem na Pohulance. Byli ze sobą bardzo związani. Wszyscy bardzo cieszyli się, że dobrze sobie radził z nauką. Dostał się na studia, na prawo. Wojna wszystko przerwała – opowiada pani Joanna.

Franciszka Wilkaniec z d. Golimont, siostra Henryka Golimonta

Jako podchorąży został zmobilizowany i wysłany na front. Na początku września został ranny. Leżał w szpitalu we Lwowie. W rodzinie przechowała się informacja o okolicznościach jego powrotu do domu.
– 17 września wszedł podobno do sali szpitalnej jeden z lekarzy i powiedział, żeby wszyscy, którzy mogą chodzić, natychmiast uciekali, bo niedługo mogą pojawić się Sowieci – mówi nasza rozmówczyni.

Wracał więc do Wilkaniec, do domu. W dniu jego powrotu ojciec Henryka, Gustaw Golimont, pojechał ze zbożem do młyna do Solecznik. Spotkali się po drodze, gdy Henryk był 20 km od domu. Wrócili razem.
Pozostał w Wilkańcach, zaangażował się w działalność AK, brał udział w Akcji „Burza”. Po ponownym wejściu Armii Czerwonej pozostał w podziemiu. W październiku 1944 r. uczestniczył w opanowaniu Ejszyszek przez oddział dowodzony przez ppor. Michała Babula „Gaja”. Zniszczono wówczas dokumentację w sielsowiecie, zdobyto dokumenty i pieczęcie potrzebne dla komórki legalizacyjnej AK, zniszczono akta Rejonowego Komitetu Wykonawczego WKPB.
Ujęto kapitana kontrwywiadu „Śmiersza” (został później zlikwidowany), na miejscu zabito też sierżanta NKWD i rozbrojono jednego żołnierza sowieckiego. Podczas wymiany ognia, do jakiej doszło przy rozbrajaniu oficera „Śmiersza”, zginęły dwie osoby cywilne żydowskiego pochodzenia: Cipora Sonenson i jej syn Chaim. Pani Sonenson była żoną oficera NKWD.

Teresa Żebrowska z d. Wilkaniec, córka Franciszki Golimont

Po latach właśnie ten fakt stał się powodem do oskarżeń o antysemityzm uczestników wydarzeń. Prof. Yaffa Eliach, która jako dziecko była świadkiem tego wydarzenia, stwierdziła nawet, że miał wówczas miejsce w Ejszyszkach pogrom ludności żydowskiej. Inną interpretację zajść podaje natomiast prof. M. Chodakiewicz w książce „Ejszyszki. Pogrom, którego nie było”. Z analizowanych materiałów NKWD wynika, że około 30 świadków tego wydarzenia, będących narodowości żydowskiej, nie ucierpiało w żaden sposób na skutek działań oddziału AK.

Antyżydowskiego wymiaru wydarzeń w Ejszyszkach nie zauważyli na pewno sowieci. Dla NKWD sprawa była jasna – był to atak na sowiecką władzę i porządek. Stąd też odwet był szybki i bardzo bolesny. Oddział pod dowództwem Michała Babula „Gaja” został ujęty na przełomie lat 1944/45 r. Aresztowany został także Henryk Golimont.

Henryk Golimont (pierwszy z prawej na dole) z kolegami

– W mojej rodzinie ten dzień jest bardzo dobrze pamiętany. To było w rodzinnym domu, w Wilkańcach. Henryk ukrywał się w stodole, w zbożu, którego wtedy było pełno. Długo nie mogli go znaleźć, pomogły dopiero psy. Przy aresztowaniu była jego żona. Nie przyznawała się, kim jest, mówiła, że przyszła w gości. Gdy zobaczyła, jak Henryk został pobity, od razu zemdlała i wyszło na jaw, że jest jego małżonką. Ją również aresztowano. Potem została wywieziona na Syberię. O jej dalszych losach nic nie wiemy – opowiada Joanna Piechowicz.

Aresztowani zostali również inni członkowie rodziny. Przez Syberię przeszedł brat Henryka, Witold. Wywiezieni zostali także rodzice, Aleksandra i Gustaw.
– Moja prababcia zmarła z głodu w Irkucku. Pradziadek wrócił, przyjechał do Polski w 50. latach. Zmarł w 1963 r. Mimo że były to wydarzenia bardzo tragiczne, żartował, że Syberia wyleczyła mu żołądek, bo przed wojną ciągle miał problemy, choć leczył się w drogich sanatoriach – wspomina Joanna Piechowicz.
Bliscy, którzy pozostali na wolności, poszukiwali Henryka w więzieniach. Nie było to łatwe, bo w tym czasie wszystkie były przepełnione.

Franciszka Wilkaniec z d. Golimont z córką Teresą

– Moja babcia i mama szukały go w więzieniach, przynosiły paczki. Razem z innymi rodzinami, trzeba było stać w kolejce przez całą noc, aby przekazać przesyłkę. Zwykle żołnierz, któremu oddawały paczkę, mówił, że takiego więźnia nie ma, ale przesyłkę zabierał. Wiemy, że Henryk był w Wilnie i Trokach. Nie wiedzieliśmy, co się z nim stało. Ostatnim miejscem, w którym na pewno przebywał były Troki, dlatego zawsze myśleliśmy, że tam jest pochowany. Moi rodzice przyjechali w 1947 r. do Gdańska. Na odnalezienie Henryka nie było szans. Wszyscy byli przekonani, że od sowietów niczego nie można się dowiedzieć. Poszukiwania zaczęliśmy ponownie w latach 90., ale prawdę poznałam dopiero z „Kuriera Wileńskiego” – opowiada krewna żołnierza.
Henryk nie umarł jednak w trockim więzieniu. Został rozstrzelany w celi śmierci w Wilnie, skazany razem z innymi 52 osobami oskarżonymi w sprawie. Proces odbył się w dniach 3-5 kwietnia 1945 r. W tak krótkim czasie zapadło dziesięć wyroków śmierci.

Henryk Golimont (w środku) z kolegami

Wyrok, wydany przez trybunał wojenny LSRR, został nieco złagodzony w Moskwie. Po ponownym rozpatrzeniu sprawy, 4 sierpnia 1945 r. karę śmierci podtrzymano w sześciu przypadkach, natomiast w czterech została ona zamieniona na długoletni pobyt w łagrach .
Sześć wyroków zostało wykonanych. Michał Babul „Gaj”, ks. Mikołaj Tapper „Żaba”, Józef Chiniewicz „Grom”, Henryk Golimont „Grad”, Józef Nowicki „Noc” i Tomasz Antropik „Arab” zostali rozstrzelani 17 sierpnia 1945 r.  Sądzącym bardziej zależało na ukaraniu kogokolwiek niż na znalezieniu prawdziwych sprawców wydarzeń.

„Karolinki”, Franciszka Wilkaniec z bratem Henrykiem, na dole, po lewej, jej córka Teresa

Najbardziej widocznym przykładem jest wykonanie wyroku śmierci na kapelanie AK, ks. Tapperze, który został aresztowany ze względu na podobieństwo nazwiska do poszukiwanego Jerzego Tapera, jednego z uczestników akcji w Ejszyszkach. Wszyscy skazani w tym procesie zostali zrehabilitowani przez Sąd Najwyższy LSRR 5 grudnia 1990 r. Nadal jednak żaden z tych, którzy zostali rozstrzelani, nie ma własnego grobu. Ich szczątki spoczywają w kolumbarium w Tuskulanum, z numerem trumny zamiast nazwiska.

 

Fot. z archiwum rodzinnego Joanny Piechowicz

Jedna odpowiedź do Żołnierz AK w Tuskulanum: Henryk Golimont

  1. Ciekawa mówi:

    Witam. Szukam informacji, aby uporządkować swoje drzewo genealogiczne. Mój pradziadek Wandalin Golimont syn Bolesława pochodził z Wilkaniec. Jego ojciec posiadał spore gospodarstwo (w starych spisach ok 73h)które spalono wraz z nim. Dziadkowi udało się uciec do lasu. Prawdopodobnie miał brata. Czy jest możliwe jakieś pokrewieństwo z Gustawem Golimontem? Gdzie mogę dowiedzieć się o losie brata dziadka ?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.