0
Artur Markiewicz: Ważna jest po prostu droga

image-83093

Pielgrzymka zakończyła się na przylądku Finisterra, uważanym kiedyś za symboliczny koniec świata

Student z Wilna, Artur Markiewicz, dwa lata temu spędził wakacje, przemierzając jeden z najstarszych chrześcijańskich szlaków pielgrzymkowych, czyli Drogę św. Jakuba. Dzisiaj opowiada nam o swoim pielgrzymowaniu, czego się nauczył i o tym, kogo spotkał w czasie drogi. 

Jak to się stało, że wyruszyłeś na Camino?
Usłyszałem o tej drodze, kiedy byłem w Taize, ktoś o niej opowiadał. Pomyślałem, że dobrze byłoby wyruszyć w taką drogę. Długo o tym myślałem i stało się to moim marzeniem. Na początku próbowałem znaleźć kogoś, kto pójdzie ze mną, ale się nie udawało. W końcu jeden ksiądz zapytał mnie: „Dlaczego nie chcesz iść sam?” I pomyślałem – dlaczego nie? Teraz rozumiem, że taka samotna droga ma swój urok.
Czy przygotowywałeś się do tej pielgrzymki?
Nieszczególnie. Oczywiście trzeba załatwić sprawy logistyczne, jak np. samolot. Nie chciałem jednak wiedzieć zbyt dużo, żeby to pozostała moja droga, a nie wyczytana z przewodnika.
Najbardziej bałem się pierwszych dni i rzeczywiście, największe wyzwania spotkały mnie na początku. Po pierwsze – były straszne upały. Wyruszyłem 2 lata temu, w najgorętsze wakacje w ostatnich latach. Były też inne problemy. Miałem w planach np. nocleg w Pampelunie, ale okazało się, że trafiłem właśnie na święto i bieg z bykami…
Miasto było zamknięte dla pielgrzymów i w ogóle trudno było znaleźć kogoś trzeźwego, z kim można by porozmawiać. Było wczesne popołudnie, a więc jak na pielgrzymkowy dzień, bardzo późno. Naprawdę nie wiedziałem, co robić. Otworzyłem więc Pismo Święte i przeczytałem: „Jeśli do jakiego miasta wejdziecie, a nie przyjmą was, wyjdźcie na jego ulice i powiedzcie: Nawet proch, który z waszego miasta przylgnął nam do nóg, strząsamy wam”. No i poszedłem dalej, jeszcze jakieś 10 czy 15 km. Wtedy chyba zrozumiałem, że w Camino chodzi po prostu o to, żeby iść, a nie, żeby coś planować czy szukać sobie noclegu.
A jak z językiem? Czy miałeś jakieś problemy, nie znając hiszpańskiego?
Język jest ważny. Trzeba przecież iść do ludzi, pytać ich, czasem prosić o pomoc. Jeśli chodzi o mieszkańców miejscowości, przez które przechodziłem, to najczęściej mówili tylko po hiszpańsku. Szybko zrozumiałem, że to nie jest problem, dlatego, że jestem pielgrzymem, a ludzie doskonale wiedzą, czego pielgrzym od nich może chcieć.
Po drodze pojawiło się jednak inne ograniczenie związane z barierą językową. Na Camino idzie się niby samemu, ale po drodze spotyka się ludzi. I chce się rozmawiać… I rozmawiać o takich sprawach, o których na co dzień mało rozmawiamy. Ludzie opowiadają historię swojego życia, tak znikąd zadają jakieś fundamentalne pytania… I tu czasem miałem poczucie, że mój angielski nie wystarczy.

image-83094

Szlak św. Jakuba to sieć oznakowanych muszlą dróg pieszych i rowerowych, zbiegających się przy grobie św. Jakuba Starszego

Kogo spotkałeś po drodze? Czy było wiele osób, które tak jak ty, szły w pojedynkę?
Naprawdę na Camino można spotkać bardzo różnych ludzi. Niby każdy idzie oddzielnie albo małymi grupami, ale przecież często zdarza się, że nocuje się w schroniskach z tymi samymi osobami. Zaczyna się rozpoznawać twarze i tworzą się jakiegoś rodzaju więzi. Spotkałem np. grupę młodzieży z USA. Bardzo mi się podobało, jak idą, jak się odnoszą do innych ludzi. Była też dziewczyna, mniej więcej w moim wieku. Wyszła ze swojego domu we Włoszech, dokładnie tak, jak powinno się robić. Kiedy ją spotkałem, miała już za sobą 2 miesiące drogi, a do Santiago trzeba było iść jeszcze miesiąc. Poznałem też wolontariusza, Niemca, który w jednym ze schronisk opiekował się pielgrzymami. Kilka lat temu przeszedł drogę, również wychodząc z domu i nie zabierając ze sobą pieniędzy.
Czy często zdarza się, że ktoś pielgrzymuje zupełnie bez pieniędzy?
Po drodze spotkałem chyba trzy takie osoby. Nie zawsze tacy ludzie są mile widziani w schroniskach, zwłaszcza, jeśli to Hiszpanie. Dla miejscowych ludzi jest to pewnego rodzaju pójście na łatwiznę. Zamiast pracować ktoś idzie sobie i chce, żeby inni dali mu nocleg i jedzenie.
A ile kosztuje takie pielgrzymowanie?
To zależy od potrzeb konkretnej osoby. Trzeba mieć pieniądze na nocleg i na jedzenie. No i trzeba pamiętać, że pielgrzymka trwa dosyć długo. Po drodze można zanocować albo w prywatnym albergo, gdzie są wyznaczone ceny, albo w państwowym. Są też parafialne czy też prowadzone przez jakieś wspólnoty. Te ostatnie są najciekawsze.
Najczęściej prowadzą je wolontariusze z różnych krajów świata, którzy sami przeszli kiedyś Camino. Nie biorą za swoją pracę pieniędzy. Rano wrzuca się ofiarę do puszki. Potem z tych pieniędzy, które zostaną zebrane, przygotowywana jest kolacja dla kolejnych pielgrzymów.
Czy Camino może być sposobem na zwiedzanie Hiszpanii?
Trudno powiedzieć. W pewien sposób się zwiedza. Poznaje się nowe miasta, wsie, ludzi… Ale na Camino, kiedy idzie się przez kolejne dni z plecakiem na plecach, zaczyna się bardziej cenić najzwyczajniejsze rzeczy. Pamiętam, jak w jednym z miast stanąłem obok jednej z najpiękniejszych w Hiszpanii katedr i najbardziej cieszyłem się z… cienia. Ja uciekałem jak najszybciej z miast, przez które przechodziłem, w spokojniejsze miejsca. Dla mnie po drodze najciekawsi byli ludzie. No i to jest właśnie to, czego nauczyłem się na Camino. Doceniać takie zwyczajne rzeczy… Czasem wydaje się, że jesteśmy smutni, zmęczeni dlatego, że nam czegoś brakuje, a tak naprawdę tego wszystkiego jest za dużo.

image-83095

„Podczas drogi, najciekawsze były dla mnie spotkania z ludźmi” – mówi Artur Markiewicz

Które z miejsc odwiedzanych po drodze pamiętasz najbardziej?
Raz nocowałem w ruinach klasztoru. Nawet nie wiedziałem, że można tam przenocować, podszedłem blisko, żeby obejrzeć ruiny. To były ruiny, ale nie takie brzydkie i smutne. Trochę jak taki Kościół bez granic, otwarty, w którym jest miejsce dla każdego. Nie było tam wody bieżącej, ani zasięgu telefonu, prąd był tylko w kuchni. Tam spotkałem chyba najciekawszych ludzi. Nocowała nas tylko czwórka pielgrzymów plus wolontariusze. Drugie ciekawe miejsce to była dzwonnica kościoła, w której też nocowałem. Tam chyba najlepiej odczułem, czym jest gościnność i wspólnota. Był jeszcze jeden taki moment… Nocowałem w miejscu, gdzie wieczorem rozdano nam kartki z intencjami pielgrzymów, którzy byli z tych samych krajów, co my. Wolontariusze bardzo ucieszyli się, że jestem z Litwy, bo była intencja, która właśnie na kogoś z Litwy czekała. Dla mnie największym odkryciem na Camino było właśnie to, że niby idziesz obok obcych ludzi, ale jednocześnie tworzy się z nimi jakiegoś rodzaju wspólnotę.
Czy ludzie, których spotkałeś to byli ludzie wierzący?
Zależy jak na to spojrzeć. Nie zawsze może wierzący, ale raczej tacy, którzy chcą coś znaleźć albo coś zmienić w swoim życiu.
Jak się czułeś, kiedy doszedłeś do grobu św. Jakuba?
Im bliżej było do Santiago, tym bardziej zastanawiałem się, co ta droga mi daje. Takim momentem, gdy znalazłem odpowiedź, nie było Santiago, ale dopiero Finisterra, czyli koniec świata. Tam dopiero, nad brzegiem oceanu miałem poczucie, że dalej już się iść nie da, że trzeba wracać. To był prawdziwy koniec Camino. Tak długo szedłem, doszedłem na koniec świata. A teraz musiałem wracać, ale tak, żeby przyjąć życie jak drogę. Przyjąć ludzi jako pomoc, jako przyjaciół. Być otwartym i starannym. I mimo wszystko – ciągle iść do przodu…
Co doradziłbyś tym, którzy myślą o wyruszeniu na Camino?
Na pewno radziłbym wyruszyć. Oczywiście, konieczne jest przygotowanie. Kluczowe sprawy to buty, skarpety i plecak. Ważne, żeby były w nim rzeczy konieczne. Nie powinien ważyć więcej, niż 10 proc. wagi ciała osoby, która go niesie. Po drodze ludzie wyrzucają różne rzeczy, suszarki do włosów i temu podobne… Radziłbym też, by nie martwić się zbytnio, zbyt dużo nie planować. Nie mieć wielu oczekiwań, po prostu iść, przyjmując to, co ta droga przyniesie.

Fot. archiwum Artura Markiewicza

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.