2
Irena Kołosowska: Góry uczą dystansu do świata na dole

Pierwszy zdobyty czterotysięcznik – szczyt Sowietow

Uczennica szkoły polskiej w Ejszyszkach, absolwentka dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, redaktorka strony internetowej samorządu rejonu solecznickiego, prywatnie – mama dorosłego syna. Irena Kołosowska ma dość wymagające hobby – jej pasją są góry.


Jakie to jest uczucie, gdy się stoi na szczycie ogromnej góry i ma się głowę w chmurach, a u nóg cały świat?

Takie pytanie chyba bardziej pasowałoby do zajadłych alpinistów. Ja jestem zwykłym łazikiem. Nie mogę pochwalić się wejściami na znane szczyty. Moja przygoda z górami jest dużo skromniejsza, co nie znaczy, że mniej interesująca. Dla mnie nie jest konieczne wejście na sam szczyt, to nie jest moim celem. Większą radość daje samo bycie w górach, uczestniczenie w wyprawie. To, co w ogóle czuję w górach – to jest przyjemność. Kiedy idę szlakiem, łapię się, że o niczym nie myślę. Chodzenie po górach to dla mnie urlop od spraw codziennych, takie sanatorium, które daje psychiczną i fizyczną wolność od świata na dole. W górach jest wszystko, co kocham – nieograniczona przestrzeń, cisza, myśli wolne od trosk.

Podobno od gór są piękniejsze tylko… góry.

Dla mnie tak. W górach jest magia, ulotność, piękno. To miejsce, gdzie człowiek bodajże najbardziej odczuwa swoją więź z przyrodą. Dla mnie to jest najlepsza forma odpoczynku.

Na Piku Bukriejewa Fot. Irena Kołosowska

W jakim momencie poczułaś, że złapałaś bakcyla gór?

Mój pierwszy raz w górach wiąże się z okresem, gdy byłam jeszcze studentką i za namową koleżanki z paczką krakowskich przyjaciół pojechaliśmy do Zakopanego. Poszliśmy wtedy nad Morskie Oko. Dla mnie to była długa, nudna wyprawa, jakiś las, jakiś asfalt. Szczególnych wrażeń nie zapamiętałam, bo ich wtedy nie przeżyłam. Potem jakoś przed 14 latami wybraliśmy się na urlop do Słowacji – zorganizowana grupa, przewodnik i te rzeczy. Program wycieczki przewidywał też przejście szlakiem. Teraz z perspektywy czasu i swojego doświadczenia wiem, że był to szlak dla średnio zaawansowanych turystów. Nie wiem, co strzeliło przewodnikowi do głowy, żeby na szlak zabrać 40-osobową grupę turystów, w tym dzieci i osoby starsze, które później po drodze piły walerianę, ponieważ nigdy nie miały do czynienia z górami. Było nie tylko ciężko, ale też niebezpiecznie. Ale właśnie wtedy, kiedy przekroczyliśmy strefę lasu, kiedy minęliśmy kosodrzewinę i wyszliśmy na skały, zostałam zauroczona surowym krajobrazem i cudownymi widokami z przełęczy, poczułam tę ogromną adrenalinę na skałach z łańcuchowymi zabezpieczeniami. Tu ten bakcyl mnie złapał i nie odpuszcza do dziś.

Potem zaczęłaś poznawać góry bliżej?

Początkowo wyruszałam na wyprawy raz na dwa lata, zaś od ostatnich 5-6 lat bywam tam co roku. Jeździłam głównie na Słowację, weszłam na wszystkie dostępne szczyty słowackie. W ubiegłym roku pojechałam pierwszy raz w polskie Tatry. Pierwszy raz w tym roku byłam w górach zimą, ale to był rodzaj przygotowania do tych wielkich gór – w tym roku wybrałam się na Tienszan w Kazachstanie.

Dlaczego właśnie Tienszan?

Przeglądając różną literaturę i fora internetowe, przypadkiem trafiłam na szczyt Bukriejewa. Nazwa pochodzi od nazwiska znanego himalaisty, zdobywcy 11 z 14 ośmiotysięczników. Jest dla mnie ogromnym autorytetem i jako alpinista, i jako człowiek. Wiele osób może go znać z filmu „Everest”, który leciał w naszych kinach przed rokiem. Swoją drogą negatywnie oceniam ten film ze względu na nie do końca obiektywne przedstawienie osoby Bukriejewa w tragedii 1996 r. Ale to tak na marginesie… Więc, kiedy zobaczyłam, że jest szczyt nazwany na jego cześć, uznałam, że muszę tam być, po prostu muszę. Pik Bukriejewa to trzytysięcznik w Kazachstanie, stosunkowo niedużo, pomyślałam, że poradzę sobie. Wtedy to na Facebooku napisał do mnie chłopak, Polak z Wilna, również pasjonat gór, który wtedy właśnie pracował w Kazachstanie. Pisał, że skoro mnie „kręci” Bukriejew, muszę również wejść na Pik Sowietow, gdzie jest tabliczka upamiętniająca tego alpinistę. Tak wyznaczyłam sobie kolejny cel…

Na granicy Polski i Słowacji – Szpiglasowy Wierch

Jak wyglądają przygotowania do wspinaczki? To musi być trudne wyzwanie również od strony fizycznej…

Sport nigdy nie był moją pasją, wychowanie fizyczne to była najgorsza i najbardziej stresująca lekcja w szkole. Dlatego teraz trzeba wiele rzeczy nadrobić, co też robię. Zaczęłam chodzić na zajęcia z crossfitu, trochę biegam, zaliczyłam kurs boulderingu, czyli wspinaczki na specjalnej ścianie. Nie jestem maniaczką zajęć fizycznych, ale wiem, że muszę nad sobą pracować,

Czy wspinaczka na Pik Sowietow jest trudna?

Nie jest to góra trudna technicznie. Nie ma elementów wspinaczki, ale jest stosunkowo wysoka. Jej kategoria trudności to 2A. Żeby było jaśniej, to kategorie trudności są ocenianie w skali od 1A do 6B. Czyli 1A, 1B, 2A, 2B itd. Żeby na nią wejść, trzeba posiadać średnią kondycję fizyczną, trzeba być dobrze zaaklimatyzowanym, bo jest dość wysoko – 4 317 metrów, no i trzeba mieć chęć. Może przede wszystkim trzeba mieć właśnie chęć.

Niesamowite widoki ze szczytu Sowietow w górach Tianszan

Jak sobie poradziłaś?

Najbardziej obawiałam się, czy poradzę sobie fizycznie. Z aklimatyzacją nie miałam problemu, bo zanim weszłam na Pik Sowietow, 10 dni spędziłam w górach, dzięki temu ominęła mnie tzw. choroba górska, nie miałam problemów w rodzaju bólu głowy czy nudności. Obóz mieliśmy na wysokości 2300 m, skąd startowaliśmy wyżej. Musieliśmy pokonać dwa tysiące metrów w ciągu dnia. To dużo. Nie było łatwo. Stojąc na dole, wątpiłam, czy sobie poradzę.

Ale się udało…

Tak. Czułam niesamowitą radość, bo to w końcu był mój pierwszy czterotysięcznik. Ogromna satysfakcja, że się udało. Weszliśmy na szczyt przed planowanym czasem, więc mogliśmy spokojnie usiąść, napić się gorącej herbaty, być sam na sam z górami. I chłonąć niesamowite widoki.

Czy góry zmieniają człowieka?

Góry nauczyły mnie poczucia wolności i dystansu do świata. Podobno z gór wraca się lepszym. Chyba coś w tym też jest, bo właśnie w górach spotykam niesamowicie fajnych ludzi.

Co jest najtrudniejsze podczas wspinaczki: własna słabość, strach, skały?

Paradoksalnie to brzmi, ale mam ogromny lęk wysokości. Kiedy wchodzę na górę, tej wysokości tak się nie odczuwa. Przy schodzeniu cała przestrzeń jest przed oczami. Z tego powodu moje zejścia są znacznie wolniejsze niż zwykle u górołazów. Lęk wysokości też sprawia, że na szczytach, gdzie jest mało miejsca, brak mi odwagi stanąć na nogi, na takich szczytach tylko siedzę. Kiedy widzę, jak ludzie tam podskakują i robią sobie selfie, czuję ciarki i mrowienie w stopach.

Mówi się o górach, że są niebezpieczne…

Ilu ludzi ginie w wodzie, na drogach? Kiedy ktoś ginie w górach, pierwsze pytanie z zewnątrz jest raczej „Po co tam idą?” lub komentarz, że jest to śmierć na własne życzenie. W mniemaniu wielu osób każdy wysiłek musi mieć cel, a cel posiadać jakąś wartość. Ludzie chodzili i będą chodzić po górach i pytanie „po co?” pozostanie bez odpowiedzi. Co dotyczy niebezpieczeństw, to nikt przecież nie idzie tam, by zginąć. Każdy dba o swoje bezpieczeństwo. Góry uczą pokory. Czasami trzeba podjąć decyzję powrotu, mimo że do celu pozostaje 100 metrów. Ja dwa razy zawracałam przed Małą Wysoką. Zdarzył mi się raz atak prawdziwej paniki przed wejściem na Jagnięcy szczyt. Przy zabezpieczeniach z klamrami ustawiła się kolejka ludzi i ja miałam chyba za dużo czasu do namysłu, w jaki sposób będę schodzić. Powiedziałam, że dalej nie idę. Kolega udzielił mi wtedy ostrej reprymendy. Poszłam i wszystko było dobrze, choć nie czułam się wtedy pewnie. Dziś nie mogę sobie wytłumaczyć tej paniki, chodziłam już wcześniej dużo trudniejszymi trasami.

Czasami trzeba podjąć decyzję powrotu, mimo że do celu pozostaje 100 metrów Fot. Irena Kołosowska

Jacy alpiniści są dla Ciebie wzorem?

To oczywiście wspomniany wcześniej Anatolij Bukriejew. Nie sposób zostać obojętnym wobec osiągnięć Jerzego Kukuczki, polskiego himalaisty, zdobywcy wszystkich czternastu ośmiotysięczników czy Wandy Rutkiewicz, niesamowitej kobiety pochodzącej z Płungian, zdobywczyni Everestu. Podziwiam Wojciecha Kurtykę, Krzysztofa Wielickiego, Piotra Pustelnika. Ale najbardziej fascynują mnie osiągnięcia osób, które znam osobiście – kolegi, który ma zaliczone sześciotysięczniki, koleżanki, która śmiga po Orlej Perci, także innych osób, które po prostu podziwiam.

Jakich ludzi spotykasz w górach?

Opowiem dość ciekawą historię, jaka wydarzyła mi się podczas mojego pobytu na Tien Szaniu. To był wieczorny spacer do memoriału alpinistów, symbolicznego cmentarza osób, które zginęły w górach. Poczytałam tabliczki, porobiłam zdjęcia. Wracamy. Widzę, ścieżką od strony gór schodzi pan. Przywitaliśmy się, spytałam skąd wraca. Mówi, że z jeziora Mamietowej. Odpowiadam, że akurat wczoraj tam byliśmy. Pyta, skąd jesteśmy, wiec mówię, że z Litwy. On na to, że wczoraj widział nasze zdjęcia na Facebooku u Juli, naszej przewodniczki. Rozgadaliśmy się. Z jakiegoś powodu powiedziałam, że tu miejscowi w góry chodzą w weekendy, a dziś poniedziałek, na co on odpowiada, że w niedziele to akurat pracuje. A po krótkiej pauzie dodaje, że jest „swiaszczennikiem”, batiuszką w jednej z parafii Almaty. Fajnie, myślę, duchowny w górach. Dalej jest jeszcze ciekawiej. Okazuje się, że ma na swoim koncie Pik Lenina, Han Tengri, czyli bardzo poważne siedmiotysięczniki. Opowiada niesamowicie ciekawe historie i doświadczenia ze swoich wypraw. Rozstajemy się jak starzy znajomi. Następnego dnia zostajemy znajomymi na Facebooku. Oczywiście wchodzę na jego profil. Są przepiękne zdjęcia z wypraw, ale jest jeszcze coś. Widzę link na stronę z plakatem do filmu „Everest”. Okazuje się, że na plakacie zostało wykorzystane zdjęcie mojego przypadkowego znajomego, i najważniejsze, że nie jest to szczyt Everestu, tylko Pik Czapajewa, które Aleksander, bo tak ma na imię duchowny, zrobił podczas jednej ze swoich wypraw w Kirgizji. W Hollywoodzie to zdjęcie zauważono i kupiono za 68 dolarów. Takа oto historia.

Marzy Ci się zdobycie kolejnych szczytów?

Powtórzę słowa wielkich alpinistów: niemożliwie jest zdobyć górę. Nie lubię określenia „zdobycie”. Człowiek jedynie na jakiś czas może się zrównać z jej wielkością. Żałuję, że swoją przygodę z górami zaczęłam dość późno, że tego czasu tak naprawdę zostało niedużo, bo człowiek musi liczyć się z wiekiem i słabnącą kondycją. Byłam już w górach Kazachstanu, chciałabym pojechać jeszcze do Kirgizji i na Ałtaj. Mam namiary na pewną górę na przyszły rok. Chciałabym też wrócić do znajomych w Kazachstanie, którzy są dla mnie mistrzami alpinizmu i osobnym źródłem satysfakcji z pobytu w górach.

Fot. Irena Kołosowska

2 odpowiedzi to Irena Kołosowska: Góry uczą dystansu do świata na dole

  1. józef III mówi:

    brawo Irenka, do zobaczenia na Dożynkach !

  2. Połaniec mówi:

    Pozdrawiamy Irenkę! teraz kolej na Pamir i Himalaje! ale to po dożynkach!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.