4
Jasne sny o szkole Zdzisławy Buszo

image-84536

Uczniów nie tylko uczyła, ale zwiedziła z nimi wiele miejsc w kraju Fot. archiwum

– Każdego dnia moje jasne sny o szkołach, w których przepracowałam ponad półwiecze, stają się rzadsze. Jakże mi ich szkoda, bo jakieś trzy lata po odejściu ze szkoły w Lazdynai, w której wykładałam matematykę, nawiedzały mnie prawie każdej nocy, przedłużając tym samym ten przepiękny okres – mówi wieloletnia nauczycielka, Zdzisława Buszo.

O napisanie o niej, z okazji jubileuszu 80-lecia, poprosili naszą redakcję jej byli koledzy, właśnie z tej szkoły, w której między innymi został przeprowadzony finał naszego redakcyjnego, dorocznego konkursu fotograficznego „Moje dziecko w obiektywie”.
Nie sposób było odmówić prośbie, a dodatkowo tak się składa, że jesteśmy sąsiadkami z tej samej klatki schodowej. Ale takie jest dziwne to życie, że oprócz grzecznościowego „dzień dobry” bardzo mało wiemy o sobie. W codziennym nurcie spraw nie miałyśmy dotąd okazji na dłuższą rozmowę. Z rana widziałam, jak pani Zdzisława biegnie do swoich dzieciaków, to w jednej, to drugiej szkole i wraca późno wieczorem. Jej zbliżający się jubileusz jest okazją do szerszej rozmowy.
Rozpoczynamy od wspomnień, a te związane są z Wilnem, miastem rodzinnym, gdzie w Szpitalu Klinik Sapieżyńskich na świat przyszła córka Antoniny i Franciszka Buszo. Takich radosnych chwil w domu przy ulicy Tuskuńskiej, gdzie rodzina mieszkała, było mało. Czasy były niespokojne, ojciec jeszcze przed wojną musiał wyjechać do Warszawy, gdzie zaskoczyła go wojna. Nie zobaczyli się nigdy więcej. Jak gdyby przeczuwając takie rozstanie, zdążył tylko młodej żonie powiedzieć: „Postaraj się dać córce wykształcenie”.
Świat jasny, słoneczny, z nianią, niepracującą mamą runął w jednej chwili. Wybuchła wojna. Musieli porzucić swoje dotychczasowe mieszkanie. Początkowo przytulili się do krewnych, którzy mieli domek prawie w samym Ogrodzie Bernardyńskim, a kiedy i tu było niebezpiecznie, przenieśli się do babci, która mieszkała w Szemietowszczyźnie położonej w rejonie święciańskim.

– Byłam wtedy małym dzieckiem i nic prawie nie rozumiałam z tego, co się wokół dzieje. Siedziałam na pniu koło płotu i obserwowałam ciągle zmieniające się mundury, w dzień Niemców, wieczorem i w nocy partyzantów – mówi pani Zdzisława.
Zamyśla się wracając wspomnieniami do tych lat, a po chwili kontynuuje.
– Cudem uniknęliśmy śmierci, chyba w tym była opatrzność Najwyższego, wszak strony te w czasie wojny spotkało wiele nieszczęść. W 1942 roku spłonął piękny, modrzewiowy, barokowo-klasycystyczny dwór, podpalony przez sowieckich partyzantów, którzy zamordowali również ostatnią właścicielkę majątku, Gabrielę Skirmuntt, jej córkę oraz kilkanaście innych osób znajdujących się wówczas we dworze. Fakty te poznałam dopiero po wielu latach. Mama starała się, jak mogła, uchować przed tym. Kiedy było szczególnie niebezpiecznie, ukrywałyśmy się u krewnych na wsi. Potem znów wracałyśmy do naszego domu, z okna którego było widać plac, na który mama nie pozwalała wychodzić, bo Niemcy mogli strzelać – kontynuuje moja rozmówczyni.
I znów następuje moment przerwy w tych wspomnieniach. Czekam aż pani Zdzisława wróci sama do tych opowieści przesiąkniętych miłością do tamtejszych bardzo życzliwych ludzi, których z mamą w tych trudnych latach spotkały.
– Mieszkali tu w zasadzie Polacy. Byłam dzieckiem bardzo ciekawskim, bardzo odważnym, moje obserwacje z tego, jak dziś mówię, pnia, dały wiele do myślenia w latach późniejszych, na własnej drodze życia. Wtedy dojrzewaliśmy bardzo młodo. Szkół polskich w pobliżu nie było, a i niektórzy ludzie starali się bardzo szybko język polski zapomnieć. Tak było bezpieczniej. Pierwszą moją nauczycielką była mama, pierwszym podręcznikiem – książka Henryka Sienkiewicza „Quo vadis”. Ta książka, „W pustyni i puszczy”, kilka pozycji Adama Mickiewicza były całym naszym bogactwem przywiezionym z Wilna. Oczywiście, pierwsza książka była dla mnie bardzo niezrozumiała, ale czytać się nauczyłam – przypomina sobie Zdzisława Buszo.

image-84537

Zdzisława Buszo

W roku 1945 Zdzisia poszła do 1 klasy szkoły początkowej, jedynej szkoły, jaka istniała w Szemietowszczyźnie, oczywiście już rosyjskiej. A potem polskie tereny weszły w skład Białorusi i dalsza edukacja była faktycznie w języku rosyjskim i białoruskim. Polski był jednak w domu zawsze, na tajnej katechezie, w polskich piosenkach, był w sercu.
Jak się czuła w klasie pierwszej, kiedy pani mówiła do całej klasy w języku dla wielu niezrozumiałym, wiedzą tylko oni, Polacy z urodzenia, którzy na wiele lat byli faktycznie pozbawieni tego języka.
– Były to trudne, ale ciekawe czasy. Dzieci były skromnie wyposażone, pisały na skrawkach papieru. Ja byłam wyjątkiem, miałam piękne, prawdziwe zeszyty. Przysyłała mi je ciocia mieszkająca w Wilnie –wspomina nauczycielka.

Ale te zeszyty bardzo szybko się kończyły. Zdzisława wyrywała z nich kartki dla kolegów. Mama początkowo nie mogła się nadziwić, że zeszyty jej córki tak szybko topnieją, aż zrozumiała, że to sama Zdzisia dzieli się z kolegami swym bogactwem. Nigdy jej nie skarciła, wręcz odwrotnie, była dumna, że dziewczynka ma dobre serce, wszak oni sami w czasie wojny dużo doświadczyli dobrego od ludzi obcych.
Kiedy Zdzisława ukończyła siedem klas, należało przejść konkurs, by trafić do klasy ósmej. Z 88 chętnych przyjęto połowę. Oczywiście ona się dostała, zawsze była ambitna i pracowita.
– Sama nawet nie wiem, co mi strzeliło do głowy, by po ukończeniu szkoły studiować fizykę. Owszem, miałam piątkę, ale ten przedmiot nie za bardzo lubiłam. Pojechałam do Mińska, egzamin złożyłam, ale na studia się nie dostałam. Prawdopodobnie ktoś tam historię o krzyżyku przeze mnie noszonym na piersiach opowiedział czy ojca zaginionego podczas wojny wspomniał, słowem, o Mińsku musiałam zapomnieć – mówi dalej.
Postanowiła spróbować szczęścia w rodzinnym, a z musu porzuconym, mieście. Skierowała swe kroki do Instytutu Nauczycielskiego w Nowej Wilejce i tu nie poszło tak łatwo, jakby się wydawało. Pisemny polski zdała bardzo dobrze, ale literaturę polską znała tylko z tych nielicznych książek, które były w domu. Wydawało się, że to uniemożliwi jej dostanie się do wybranej placówki.
– Spotkałam nadzwyczaj wyrozumiałych pedagogów. Niestety, nie pamiętam nazwiska egzaminatorki, która, kiedy zrozumiała, że bardzo słabo znam literaturę, a świetnie napisałam wypracowanie, zaproponowała: „Powiedz sama, co umiesz, a pozostałą literaturę nadrobisz w czasie studiów”. Tak zostałam przyjęta, czytałam w czasie nauki wszystko, co mi do rąk trafiało, by nadrobić to, czego w latach szkolnych byłam pozbawiona – wspomina pani Zdzisława.
Po ukończeniu nauki w Instytucie młoda nauczycielka została skierowana do szkoły w podwileńskich Duksztach. Była to piękna okolica, mili ludzie. Jak wspomina moja dzisiejsza bohaterka, trafiła jak do rodziny. Przepracowała tu cztery lata, potem wstąpiła na wyższą uczelnię, do ówczesnego Instytutu Pedagogicznego, obecnie Uniwersytetu Edukologii, i pracowała w szkole wieczorowej, jak żartuje po 24 godziny na dobę.
Były to inne czasy. Do wieczorówki przychodziła młodzież chętna nauki, której lata powojenne nie pozwoliły na leniuchowanie, dlatego bardzo łatwo tu się pracowało. Zresztą zawsze była wymagająca, a przedmiot konkretny. Jej życiorys pracy związany jest z wieloma placówkami, bo, jak żartuje, uważała, że musi zdążyć wszędzie tam, gdzie potrzebny jest matematyk.

W roku 1967 rozpoczęła pracę w słynnej „Piątce” na Antokolu, szkole, w której wielu jej kolegów już pracowało. To za ich namową zaczęła tam pracować i nigdy tego nie żałowała. Byli tu jej koledzy ze studiów: Jancewicz, Baranowski, Stecewicz. To oni podpowiadali, z kim należy ostrożnie, kogo można zaprosić na wigilię zrobioną po cichu dla swej klasy, komu z udanych zapustów się nie zwierzać, bo donosiciele, jak i wszędzie, tu też byli.
– Kiedy przenosili nas do nowego gmachu, który powstał obok, płakałam, jak i większość moich kolegów, bo z tym starym gmachem, przesiąkniętym historią, kończył się wspaniały okres. Moja klasa pomagała pucować nowy gmach. Kiedyś zażartowałam tak niezręcznie, aby ten gmach zalało i trzeba trafu, faktycznie, zalewało go prawie miesiąc. Taka to była niefachowa praca budowlańców – mówi Zdzisława.

image-84538

W roku 1971 przeniosła się do swego mieszkania w dopiero co powstającej dzielnicy Lazdynai (Leszczyniaki) Fot. archiwum

W roku 1971 przeniosła się do swego mieszkania w dopiero co powstającej dzielnicy Lazdynai (Leszczyniaki) i od razu zabrała mamę, bo wiedziała, jak ona tęskniła do rodzinnego miasta. Jak żartuje moja rozmówczyni, mama w Wilnie zaczęła tęsknić do… córki, bo wciąż była nieuchwytna. Biegała między szkołami, wykładała matematykę w politechnikum na Holenderni, w filii Leningradzkiego Instytutu Kolejowego i metodykę matematyki dla słuchaczy w Instytucie Pedagogicznym oraz w szkole w Lazdynai. Nie robiła tego dla pieniędzy, ale z ogromnej ambicji, że skoro ją proszą, musi zdążyć.
Pewnego dnia zdrowie powiedziało: stop. Z tego powodu zrezygnowała z pracy w swej „Piątce”, została tylko w szkole w Lazdynai, bo do niej miała przysłowiowy krok. Równo dziesięć lat tam przepracowała. Do dziś najbardziej wspomina tę ostatnią pracę, kolegów, z którymi się zaprzyjaźniła, dzieci.
O dzieciach może mówić bez końca. Nawet, kiedy umawiałyśmy się na rozmowę, dziwiła się, że chce napisać o niej. Uczniów nie tylko uczyła, ale zwiedziła z nimi wiele miejsc w kraju. Rodzice rozumieli, że ich dzieci muszą poznawać świat, chętnie wspierali ich wojaże, sama też zdobywała sponsorów.
Szkoła dla niej jest po dziś dzień tematem podstawowym. Przeżywa, że dzieci mają zbyt duże obciążenie, że podręczniki są oderwane od życia, nie tak, jak np. w Niemczech czy Polsce, bo doświadczenie szkół tych krajów bardzo dobrze poznała.
Ma swoje credo. Uważa, że w tym trudnym zawodzie, w którym pracowała ponad pół wieku, nie można się obejść bez trzech podstawowych cech: kompetencji, sprawiedliwości i poszanowania godności ucznia.
Dziś mówi o sobie, że była zbyt wymagająca wobec uczniów, więc korzystając z okazji, chciałaby wszystkich niechcący skrzywdzonych przeprosić na łamach gazety. Ale to właśnie ci najbardziej „skrzywdzeni” po latach dziękowali jej za naukę.
– Jakież to fantastyczne uczucie, kiedy czasami w przypadkowo napotykanym taksówkarzu, urzędniku czy lekarzu poznaję swego ucznia i ten mówi, że cieszy się, że ją spotkał – na koniec dodaje wzruszona nauczycielka.

 

4 odpowiedzi to Jasne sny o szkole Zdzisławy Buszo

  1. H.Danulewicz mówi:

    Pozdrawiam serdecznie. Człowiek wielkiego serca i wzniosłej duszy. Oddałem nie mało lat oświacie, tego nie żałuję. To że zostałem nauczycielem matematyki jest wynikiem krótkiej współpracy z p. Z. Buszo podczas mojej praktyki pedagogicznej pod jej kierownictwem. Niech i nadal jej życie będzie wzniosłe i treściwe, bo tacy jak Pani Zdzisława mają prawo być na cokole i muszą być odznaczone najwyższymi nagrodami.

  2. Elona Judycka mówi:

    Na prawde wielkie dziekuje Naszej Wychowaczyni Z.Buszo! Nauke dala jak matematyk i jak czlowiek.Teraz czesto w swoim codzienym zyciu mowie i wspiminam z podziekowaniem: ” Jak mowila Buszo……!!!!” Serdeczne pozdrowienie 12 a klasa 2003 r. Prawdziwy NAUCZYCIEL!!!

  3. Teresa Maslauskaitė mówi:

    Pozdrowiena dla Z.Buszo. W zwiazku z zmiana mieszkania wychowanko p.Buszo bylam tylko do 6 klasy 1 trymestru. Ale nadal bardzo zachwycam sie Pania jako nauczycielka matematyki oraz jako wychowawczyni.

  4. Ala mówi:

    podziwiam takich ludzi oddanych sprawie. Teraz takich jak ta Pani jest coraz mniej, niestety. Zdrowia zyczę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.