2
Sowiecka agresja 17 września 1939 r. − dramat Wilna

image-84635

Armia Czerwona wkroczyła do Wilna 19 września Fot. archiwum

Sowiecka agresja na Polskę 17 września 1939 r. była kresem nadziei na szybki koniec wojny. Choć wśród wilnian żywe były nadal nadzieje na zwycięstwo, już dwa dni później wkroczenie Armii Czerwonej do Wilna stało się faktycznie końcem pewnej epoki, końcem marzeń o Polsce, o jaką walczono 20 lat wcześniej.

Życie miasta zmieniało się z dnia na dzień w ciągu 40 dni pierwszego sowieckiego panowania. A przecież był to dopiero początek dramatów wojennych. 17 września wileńska prasa milczała o ataku ze Wschodu. Wilno było nadal w szoku po pierwszym niemieckim nalocie, w którym na miasto spadło ok. 200 bomb, zabijając kobiety i dzieci. O tym, że Armia Czerwona przekroczyła granicę, krążyły co prawda opowieści, jednak niewiele było w nich prawdy.
Wilnianie nie chcieli lub nie mogli jeszcze uwierzyć, że Polska została zaatakowana równocześnie przez dwóch groźnych sąsiadów.
„Byliśmy przygotowani na nowe naloty, tymczasem w powietrzu panowała cisza. Do wieczora na próżno czekaliśmy na wiadomości; wszystkie linie telefoniczne z innymi miastami były przecięte. Wreszcie przyszła ta fantastyczna, jak nam się wydawało, wieść: Rosjanie przekroczyli granicę” – pisała w swoich wspomnieniach Aleksandra Piłsudska, wdowa po Marszałku, która jak tysiące innych uchodźców szukała w Wilnie schronienia w pierwszych dniach wojny.

image-84636

Wygląd żołnierzy Armii Czerwonej nieubłaganie odsłaniał prawdę o „sowieckim dobrobycie”

„Wielu wierzyło z tragicznym optymizmem, że na podstawie tajnej umowy między Polską i Rosją, wojska sowieckie wchodziły w bój jako sprzymierzeńcy. Opowiadano, że poprzedzają te wojska czołgi francuskie i angielskie, które razem z innym materiałem wojennym będą teraz stale napływać do nas przez granicę rosyjską” – wspominała.
Konfrontacja z tragiczną prawdą nastąpiła dopiero nazajutrz, w poniedziałek. Armia Czerwona zbliżała się do Wilna i sowieci nie przybywali bynajmniej jako sojusznicy. W kierunku litewskiej granicy ruszyły tłumy tych, którzy nie mieli złudzeń co do przyszłości. Na wyjazd zdecydowała się również wdowa po Marszałku. Miasto opuszczała z żalem, była jednak przekonana o słuszności swojej decyzji. Do wyjazdu namawiała także brata męża, Jana Piłsudskiego. On jednak zapewniał, że nie ma powodów do obaw.
„Twierdził, że bolszewicy zmienili się, są narodem demokratycznym i pozwolą mieszkać mu w Wilnie, w najgorszym razie każą mu wyjechać do Rosji. „A ty, mówił do mnie, myślisz kategoriami 14 roku” – pisała w swoich wspomnieniach Aleksandra Piłsudska. Głosy nadziei pojawiały się nadal w wileńskiej prasie. „Kurjer Wileński” pisał co prawda o wtargnięciu sowietów na terytorium Polski, jednak zapewniał, że nie wpłynie to na zobowiązania sojusznicze Francji i Anglii. Szans na szybką wygraną nie widział już jednak Stanisław Cat-Mackiewicz. Na łamach „Słowa”, 18 września, pożegnał się z czytelnikami. „Ostateczne zwycięstwo przypadnie państwom zachodnim i na to ani Niemcy, ani Sowiety nie poradzą. Możemy być pewni tego zwycięstwa ostatecznego – pisał w ostatnim „wstępniaku”. – W chwili, kiedy moja 17-letnia praca na stanowisku redaktora „Słowa” dobiega kresu, wznoszę okrzyk: Niech żyje żołnierz polski! Boże dopomóż w słusznej walce i zmiłuj się nad Wilnem”.
Po południu, 18 września, drugi z braci Mackiewiczów, Józef, zastanawiał się nad swoim tekstem do następnego numeru, gdy zadzwonił do niego naczelnik biura bezpieczeństwa.
„Czy to prawda – zapytałem – że bolszewicy zatrzymali się na linii przewidzianej traktatem litewsko-sowieckim z r. 1930 i nie idą już dalej? – Bujda! Niestety, ale bardzo powoli posuwają się wciąż naprzód. Zajęli już Oszmianę. Hm…, jakiż to artykuł na jutro napisać… – powiedziałem żartobliwie w telefon.
– Niech Pan napisze przeciwko tym głosom, które podszeptują oddanie Wilna Litwie. Nie Pan napisze, że nie mamy nic do oddania, ani rozdawania z państwa polskiego” – tak opisywał rozmowę Mackiewicz w „Prawda w oczy kole”.

image-84637

Stanisław Cat-Mackiewicz na łamach „Słowa”, 18 września, pożegnał się z czytelnikami

Następnego wydania jednak nie było. Pierwsze czołgi podeszły pod miasto wieczorem, 18 września. Na opór było już za późno. Nazajutrz rano Wilno było sowieckie. „Dzisiaj, o godzinie 5.00, jednostki robotniczo-włościańskiej Armii Czerwonej wkroczyły do Wilna, wyzwalając je od polskich jednostek wojskowych” – tak pisał w swoim pierwszym rozkazie komendant wojskowego garnizonu wileńskiego już 19 września. „Bolszewicy przychodzą ze światłem i chlebem wyzwolić ludność. Popierajcie komunizm i połóżcie kres swoim mękom” – zachęcały propagandowe hasła.
Wygląd żołnierzy Armii Czerwonej nieubłaganie odsłaniał prawdę o „sowieckim dobrobycie”. Tak wspominała ich widok przebywająca wówczas w Wilnie Danuta Szaflarska: „To nie była zdeprawowana, frontowa armia. Oni nie mieli prawa wchodzić do prywatnych mieszkań, nikogo nie zaczepiali. (…) Widać było po nich straszną biedę. Wykupowali ze sklepów wszystko, najgorszą tandetę.”
Ci, którzy, podobnie jak Jan Piłsudski, liczyli na zmianę sowieckiej mentalności, boleśnie się rozczarowali. Sowieci po wejściu do miasta nie tracili czasu, wkrótce rozpoczęła się grabież nie tylko produktów żywnościowych, ale także urządzeń przemysłowych. Mieszkańcy musieli patrzeć bezradnie, jak w kierunku Wschodu wyjeżdżają długie kolumny ciężarówek wyładowanych ich własnym dorobkiem. W takiej sytuacji – wbrew propagandowym hasłom – rozpoczęły się bardzo poważne problemy z aprowizacją, które pogłębiały się z dnia nadzień. Nie było też widać śladów zapowiadanej wolności. Wkrótce po wejściu Armii Czerwonej swoją nową siedzibę na skrzyżowaniu al. Mickiewicza i ul. Ofiarnej objęło NKWD. Władza sowietów w Wilnie trwała zaledwie 40 dni. Był to jednak wystarczająco długi okres, by NKWD zdążyło pokazać, w jaki sposób będzie panować nad miastem. Trudno jest podać dokładną liczbę aresztowanych w tym czasie osób. Przedstawiciel Litewskiego Czerwonego Krzyża w Wilnie oceniał, że sowieci mogli wywieźć na Wschód ponad 800 osób.

image-84638

Wilno odczuło grozę wojny nieco później niż centralna Polska

Do więzienia trafili także obaj bracia Piłsudscy. Jan i Kazimierz przeszli przez Łubiankę i Butyrki. Nigdy nie zobaczyli już Wilna. Aresztowania dotykały przede wszystkim inteligencję, a więc profesorów USB, lekarzy, dyrektorów banków. Nikt jednak nie mógł być spokojny o swój los, gdyż NKWD zorganizowało biuro skarg. O ile w ciągu dnia starano się unikać aresztowań, o tyle w nocy sowieckie limuzyny wzbudzały trwogę. Bardziej przezorni mieszkańcy unikali nocowania we własnych mieszkaniach. Najbezpieczniejsze były mieszkania mniej zamożnych ludzi przedmieścia. Tam więc szukano schronienia.
W mieście panował terror, a „Wileńska Prawda” pisała: „Miało się wrażenie, że radości narodu nie będzie końca. Stare miasto Wilno! Wiele w nim obchodzono świąt, ale nigdy jeszcze nie oglądano takiego tryumfu ludowego!”.
Niewielu podzielało tą radość. Zwłaszcza dla pokolenia, które 20 lat wcześniej ryzykowało własne życie w walce o niepodległość, był to koniec pewnego etapu historii, koniec marzeń i nadziei. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę Aleksandra Piłsudska, która tak opisywała swoje ostatnie chwile przed przekroczeniem litewskiej granicy: „Po raz ostatni spojrzałam na polską ziemię, myśląc ze smutkiem, że dwadzieścia lat naszej niepodległości minęło jak sen. Ziemie, które z takim trudem wyrwaliśmy z niewoli, znowu zostały stracone; długa i ciężka walka poszła na marne. To, co zbudowaliśmy w tych dwudziestu latach – zburzone. Zaledwie zrzuciliśmy kajdany na krótką chwilę, już nam je zakładano na nowo.”
Dramat Polski wpłynął na pewnego rodzaju ocieplenie bardzo napiętych jeszcze niedawno relacji polsko-litewskich. Zdaje się, że Litwini nie do końca jeszcze rozumieli, że w tych dniach ważą się nie tylko losy Polski, ale także ich kraju. „Po drodze do Kowna jakiś posterunek litewski zatrzymał nas w celu zrewidowania paszportów. Okazało się, że kontrolującym był lotnik Litwin, mówiący po polsku. Poznał córkę i bardzo serdecznie z nami rozmawiał; dziwił się, że tak prędko zostaliśmy pobici, a Litwa jeszcze istnieje i udziela nam gościny. Litwa, tak małe państwo. Nie było czasu na rozmowy. Nie wróżyłam mu, że ten sam los spotka i jego Litwę.” – wspominała Aleksandra Piłsudska.
Jak pisała w swoich wspomnieniach, drogi na Litwie ciemne były od wojsk, które przekroczyły granicę: „Mijaliśmy pułki piechoty, ledwie posuwające się z ogromnego znoju, oddziały kawalerii na zmordowanych koniach i setki rannych w ambulansach, na ciężarówkach i chłopskich furach. Za nimi szły chmary uciekinierów. Pierwszy zajazd na drodze w głąb Litwy był tak zatłoczony, że ludzie spali nawet w łazienkach, na strychu i na schodach. Całe rodziny koczowały w ogrodzie ze swoim dobytkiem dokoła. Przygnębienie i rozterka malowały się na wszystkich twarzach”.
Gdzieś w tym tłumie podążał także Józef Mackiewicz, który zachował pamięć przede wszystkim o współczuciu okazywanym polskim wojskom. „(…) Nikt w Litwie ich nie wyśmiewa, nie cieszy się z ich nędzy i głodu. Wszystkie drzwi stoją otworem. W obozie oficerskim w Wiłkomierzu oblegają internowanych miejscowe Polki. Ale w obozie dla internowanych szeregowców i policjantów dokarmiają ich uprzejmie i obficie członkinie polakożerczej do niedawna organizacji „Szaulisów” – pisał.
Podobny obraz polsko-litewskich relacji tego okresu przekazał także jego brat, Stanisław Cat-Mackiewicz: „Gdyśmy rozbici, pobici, opuszczali w tym koszmarnym wrześniu 1939 r. Wilno i przyjechali na Litwę, Litwini przyjęli nas nie tylko gościnnie, przyjęli nas całym sercem. Delikatnie, troskliwie, uprzejmie. Rozumiejąc nasz wstyd i upokorzenie, taktownie. Kobiety litewskie wynosiły mleko na drogi, którymi się cofali żołnierze polscy. To tak jak u sąsiada, z którym się jest w niezgodzie, dom się spali i małe dzieci pogorzelca we własny dom się przyjmie”.
Był to jednak dopiero początek długiej wojny, w czasie której jeszcze nieraz miał powrócić sąsiedzki antagonizm, nie tylko przypominając dawne rany, lecz i zadając nowe.

Fot. archiwum

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

2 odpowiedzi to Sowiecka agresja 17 września 1939 r. − dramat Wilna

  1. Krzysztof Andrzej Mróź mówi:

    Krzysztof Mróź „Demitologizacja pisowskiej oceny Polski sanacyjnej, układu Ribbentrop – Mołotow z 23 sierpnia 1939 r. i wejścia Armii Radzieckiej na wschodnie tereny Polski w dniu 17 września 1939 roku ”

    http://krzysztofmroz.blog.onet.pl/2017/08/19/krzysztof-mroz-demitologizacja-pisowskiej-oceny-polski-sanacyjnej-ukladu-ribbentrop-molotow-z-23-sierpnia-1939-r-i-wejscia-armii-radzieckiej-na-wschodnie-tereny-polski-w-dniu-17-wrzesnia-1939/

  2. Ali mówi:

    Gdy czytam rozmaite komentarze, również pochodzące od oficjalnych czynników rosyjskich, dotyczące 17 września 1939, to myślę sobie, że ziem dawnych polskich Kresów w najszczęśliwszej sytuacji jest obecnie Wileńszczyzna. Tutaj przynajmniej, z powodu przynależności Litwy do struktur świata zachodniego, można swobodnie w miejscach publicznych oraz w popularnych mediach potępiać zbrodniczą zmowę hitlerowskich Niemiec i Sowietów dokonaną w ramach realizacji paktu Ribbentrop- Mołotow. Na Białorusi, a pewnej mierze także na Ukrainie, sprawa przedstawia się inaczej. Nadal mamy do czynienia z usprawiedliwianiem zaborczej polityki Stalina, który chciał „zjednoczyć” Białorusinów i Ukraińców. Nadal wyszukuje się wszelkie grzechy sanacyjnych władz polskich, których polityka miałaby jakoby sprowokować Niemcy, a zwłaszcza ZSRR do antypolskich działań. Obrońcy narracji propagandowej Stalina jakoś szerokim łukiem pomijają wydarzenia z roku 1940, kiedy to ZSRR zagarnął zgoła niesłowiańskie trzy państwa bałtyckie, a także Besarabię. Z jaką to nacją chciał Stalin złączyć rumuńskojęzycznych Mołdawian ? W jaki sposób zagarniając w czerwcu 1940 Besarabię chciał poprawić strategiczne położenie ZSRR względem Niemiec ? Niemcy zainstalowali swoje wojska w Rumunii dopiero po tym fakcie, a nie wcześniej. Chodziło o rumuńskie złoża ropy naftowej, a wobec zagarnięcia przez ZSRR Besarabii Hitler obawiał się, że niedługo Sowieci wejdą także do Rumunii. Następna sprawa jest taka, że Rosja to jednak nie Białoruś, ani ( tym bardziej) nie Ukraina. Ukraińscy mieszkańcy dzisiejszej Zachodniej Ukrainy bynajmniej nie pragnęli połączenia z ZSRR, czego najlepszym dowodem była późniejsza działalność UPA. Szuchewycz, któremu Ukraińcy stawiają dzisiaj pomniki, zginął z rąk sowieckich pod Lwowem w roku 1950, a Bandera w roku 1959 w Monachium. Jakim cudem Sowieci przypisywali sobie prawo do „jednoczenia” ziem ukraińskich i białoruskich pod swoim butem ?
    Piszę o tym wszystkim, gdyż nawet w ramach dyskusji pod tym artykułem zaczynają ujawniać się ze swoją pisaniną rosyjscy agenci wpływu, czego przykładem jest wpis Krzysztofa Andrzeja Mrózia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.