0
Irena Barwicka: 100 lat w służbie Bogu i Ojczyźnie

image-84949

Szanowna Jubilatka Irena Barwicka Fot. archiwum

W tym tygodniu było święto Aniołów Stróżów. Przed paru miesiącami pisaliśmy o modlitwie do Aniołów Stróżów, analizowaliśmy ich rolę w naszym życiu. Dziś chcemy zwrócić uwagę naszych Czytelników na jedną z sióstr od Aniołów, Irenę Barwicką, która 28 lutego br. ukończyła 100 lat i ciągle aktywnie działa.

Urodziła się w Wilnie, w jednej z podwileńskich wsi, w zwykłej wiejskiej rodzinie, gdzie były dwie córki i dwóch synów, w rodzinie, która na pozór niczym się nie różniła od innych. Jak na Wileńszczyznę przystało, swoje życie budowali na dwóch podstawowych filarach: miłości do Boga i do Ojczyzny. Te wartości wyssali z mlekiem swoich prababek, babek i mam.
Zarówno rodzice, jak i dzieci, ciężko pracowali na gospodarstwie, by nie zabrakło chleba. Praca nigdy jednak nie utrudniała im kontaktu z Bogiem. Ranek rozpoczynali modlitwą, gdy wychodzili w pole też imię Boga wzywali do pomocy. Wieczorem dziękowali za wszystko dobro, jakie im tego dnia było dane.

Niedziela była szczególnym dniem, bo rozpoczynali ją Mszą św. Zawsze było uroczyste śniadanie (na białym obrusie i smaczniejszym jedzeniem), podobnie obiad i kolacja. W ciągu dnia czytano Pismo Święte, dyskutowano nad jego fragmentami.
Irena wyróżniała się spośród swego rodzeństwa pracowitością, energią, werwą i często wręcz nierealnymi do zrealizowania pomysłami. Zawsze była nieco inna, z charakteru raczej podobna do chłopca.
Siostra Irena wyjątkowo treściwie i pięknie przeżyła swoje sto lat. Ukoronowaniem tego okresu jest piękny dyplom od papieża Franciszka, w którym składa siostrze życzenia urodzinowe oraz udziela osobistego błogosławieństwa z okazji jej 85 lat życia zakonnego.

Z szanowną stulatką miałam szczęście rozmawiać przed dwoma tygodniami. Poznała mnie od razu, bo przez wiele lat znała mnie i całą moją rodzinę. „Boże, tyle lat się nie widziałyśmy. Co słychać w mojej rodzimej wsi, w mojej Kalwarii” – tak rozpoczęła nasze spotkanie.
Przypomniała mi, jak jej mama nazywała ją chuliganką i załamywała ręce, kiedy wybrała klasztor. Pamiętam jeszcze, jak dawno temu po niedzielnej Mszy św. zaszła do nas mama Ireny, Wiktoria, ze łzami w oczach mówiła, że straszna rzecz się u nich w rodzinie wydarzyła. Moja babcia Anna śmiertelnie się przeraziła i zaczęła wypytywać, co się stało. Okazało się, że wówczas 15-letnia Irena zdecydowała, że pójdzie do klasztoru. Niestety, nikt z dorosłych w naszej rodzinie nie mógł zrozumieć, na czym owe „nieszczęście” miało polegać. Tymczasem pani Wiktoria stale powtarzała: „Przecież to chłopczyca, chuliganka, łazi po drzewach, skacze przez płoty, bije się z chłopcami, przyniesie tylko wstyd całej rodzinie i parafii. Za kilka tygodni z trzaskiem wyrzucą ją z klasztoru”.

image-84950

Domek Sióstr od Aniołów w Kalwarii Wileńskiej Fot. Marian Paluszkiewicz

Prognozy się jednak nie sprawdziły. 15-letnia dziewczyna doskonale się zaadaptowała w klasztorze. „Chuliganką” wprawdzie zawsze pozostała. Imała się w klasztorze zawsze najtrudniejszych zadań i zawsze doprowadzała je do końca. A czasy nie były łatwe. Wojna, czasy powojenne, czyli najazd Niemców, potem Sowietów. Właśnie w tym mniej więcej okresie Irena pomagała akowcom działając właściwie nielegalnie. Uchroniła i ukryła wielu młodych chłopców przed wywózkami do prac do Niemiec i tych skazanych na wywózkę na Syberię.
Wielokrotnie ratowała siostry przed wywózkami.
Ponieważ w swoim czasie trochę za dużo „narozrabiała” działając w Wilnie ziemia zaczęła palić się jej pod nogami.
Zmuszona została uciekać do Polski, gdzie mieszka do dziś. Pech jednak chciał, że ktoś ją w Warszawie rozpoznał i doniósł władzom PRL o jej „przestępstwach” na Wileńszczyźnie. Dostała wówczas wyrok dwóch lat więzienia. Ale i to ją nie złamało, bo gdy wyszła, zaraz znowu zaczęła się spotykać z młodzieżą, uczyć jej podstawowych zasad wiary i moralności chrześcijańskiej. Jeśli ktoś myśli, że były to jakieś tylko katolickie komplety, to bardzo się myli.

Były też wspólne zabawy, biwaki i młodzieżowe, drobne rozróby. Niejednokrotnie Irena kojarzyła młode pary, małżeństwom pomagała przetrwać kryzysy rodzinne, często, jak tylko mogła pomagała także materialnie. Niektórzy mówią o niej: „To nasza Matka Chrzestna, na którą zawsze można liczyć, która zawsze i każdemu poda pomocną dłoń, nasza mama, babcia i wielu przypadkach już prababcia”.

Na moje pytanie, dlaczego wybrała właśnie Zgromadzenie od Aniołów, mówi, że zawsze chciała ochraniać tych najsłabszych, pomagać im, a to zgromadzenie właśnie tym się zajmowało. Irena należała do osób, które umiały bardzo szybko nawiązywać kontakt z dziećmi i młodzieżą, i tej działalności poświęciła całe swoje życie. Jeszcze przed dwoma laty przygotowywała spotkania z młodzieżą, organizowała im odczyty, prowadziła rekolekcje. W ciągu swego życia pomogła bardzo wielu ludziom, była tym dobrym aniołem stróżem w ludzkim ciele.

Jej życie w klasztorze też nie było usłane różami. Nie zawsze łatwo było pogodzić obowiązki zakonne: modlitwę, posłuszeństwo, przeniesienia z jednej placówki do drugiej pracą z osobami świeckimi. Niejednokrotnie stawała przed dylematem, czy to, co planuje zrobić, jest zgodne z wolą Bożą. Czasem, jak jej się wydawało, długo prosiła Boga o coś bardzo dobrego, a Bóg nie spełniał jej prośby. Tymczasem po latach obdarzał ją całkiem innymi łaskami, o wiele bardziej lepszymi i potrzebnymi.
Akurat na ten temat kiedyś dość długo dyskutowałyśmy z Ireną, bo wciąż nie mogłam zrozumieć, dlaczego Bóg nie wysłuchuje człowieka, jeśli ten prosi o coś dobrego, np. o uzdrowienie małego dziecka, o nawrócenie się grzesznika itp. I wówczas mi trochę żartobliwie i niezbyt może w sposób religijny odpowiedziała: „Pan Bóg, starszy Człowiek i wie co robi, ty tylko Jemu nie przeszkadzaj, a dalej proś, a kiedyś ci może da coś jeszcze większego i lepszego, co posłuży twemu większemu dobru”. Niełatwo, biorąc rzecz po ludzku, takie słowa zrozumieć, ale dziś myślę, że są to prawdziwie święte słowa i bardzo często w życiu się sprawdzają.

image-84951
Dziś siostra Irena coraz częściej bywa przykuta do łóżka, choć czasem trochę chodzi, w miarę swoich możliwości bierze aktywny udział w życiu wspólnoty zakonnej. Dość często odwiedzają ją młodzi ludzie i każdemu zawsze ma coś ciekawego do powiedzenia. Jeszcze czyta, pisze, choć jeśli o to ostatnie chodzi, to uskarża się, że robi już błędy, trochę gramatykę zapomniała. Doskonale jednak pamięta swoją przełożoną, Gilewską Adolfinę, która przyjęła ją do klasztoru, pamięta siostry Melanię, Walerię, Juliankę, Zofię i inne. Miały wówczas duży sad w Jerozolimce przy ul. Rugiu. Zdarzało się, że z innymi siostrami nocowały w namiocie, by chuligani nocą nie przychodzili kraść jabłek. A „gospodynią” nad jabłkami była siostra Zofia.

Ja z kolei pamiętam, że przy domku klasztornym stała figurka Matki Bożej i jako pętaki biegaliśmy na tak zwaną górkę (tak nazywano ten domek), by Zdrowaśkę przy figurce zmówić. Raczej nie o Zdrowaśkę nam jednak chodziło, jak o to, że siostra Zofia nas zawsze częstowała bardzo smacznymi jabłkami. I choć klasztor jest już całkiem na nowo odbudowany, ta figurka nadal stoi, tylko już nie ma sadu. Modlą się przy niej siostry zakonne czy wierni, którzy tu często odprawiają rekolekcje, pojedynczy turyści, którzy przyjeżdżają zwiedzić to miejsce.

Kiedy spytałam siostrę Irenę, czy wspomina czasem rodzinny dom, pierwsze lata spędzone w klasztorze w parafii Kalwaryjskiej, łza się jej wówczas w oku zakręciła i odpowiedziała: „Jak można nie pamiętać miejsc, gdzie człowiek się urodził, stawiał pierwsze kroki, biegał po łąkach, modlił się w pierwszym swoim kościele”.
Podczas naszego spotkania wszystko to sobie przypominałyśmy i cieszyłyśmy się jak małe dzieci. Obejrzałyśmy też mnóstwo starych zdjęć, które, choć są już mocno zniszczone przez patynę czasu, to bardzo drogie nie tylko dla siostry Ireny, ale też dla całego zgromadzenia. Ilustrują drogę nie tylko pojedynczej osoby, ale całej wspólnoty.

Warto nadmienić, że założycielem Zgromadzenia Sióstr od Aniołów był ks. abp Wincenty Kluczyński. 31 marca 1889 roku w kościele pw. św. Jerzego w Wilnie ks. Wincenty odprawił Mszę św. inaugurującą działalność Zgromadzenia Sióstr od Aniołów.

To Boże dzieło szybko i pomyślnie zaczęło się rozwijać. Siostry dziś pracują niemal na wszystkich kontynentach, w tym w Rosji, Afryce, Rwandzie, Kongo, Kamerunie. Prowadzą tam hospicja, ośrodki zdrowia i dożywiania, prowadzą szkoły kroju i szycia oraz haftu. Organizują pomoc dla sierot w rodzinach zastępczych, pracują w szkołach, przedszkolach, szpitalach, słowem, są wszędzie tam, gdzie istnieje potrzeba.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.