0
„Góra Lwa” i marzenia zaradnej kobiety

Mamy z Lucyną takie same zapatrywanie na rodzinę, dom, pracę, wychowanie dzieci, odpoczynek – mówi Aleksander

O tej porze dnia i roku panuje tu cisza, która stwarza doskonałą okazję delektowania się malowniczym wprost ulokowaniem. Dookoła – las. Po przeciwległej stronie drogi – jezioro, za pagórkiem jeszcze jedno.

Zresztą jak może być inaczej, wszak znajdujemy się w Trokach, miasteczku położonym na cyplu otoczonym jeziorami Galve, Lukos i Totoriškis.
W sumie krajobraz okolic Trok utworzony jest przez 32 jeziora i od 1991 roku znajduje się pod ochroną jako Historyczny Park Narodowy. Na terenie tego parku ulokowane jest gospodarstwo turystyczne „Liūto kalnas”(„Góra Lwa”), znane dziś daleko poza granicami Litwy.

Na nasze spotkanie wychodzi właścicielka, Lucyna Kałtan, a po chwili dołącza jej mąż, Aleksander. Rozpoczynamy małą wędrówkę po zadbanym, wprost wypucowanym terenie, na który składają się duży dom gospodarzy, dwa gościnne, łaźnia, słowem wszystko, by mogło tu przyjemnie spędzić czas prawie czterdzieści gości naraz. W ofercie jest jeszcze sala bankietowa na prawie 50 miejsc, sprzęt do relaksu, boisko do zabaw dziecięcych. No i oczywiście kuchnia, gdzie przygotowywane są dania na wszelkiego rodzaju przyjęcia, bankiety.

Gdy jest sporo pracy, kucharka Lina, jak też kelnerka Ilona, otrzymują dodatkową pomoc

– Nasza agroturystyka rozpoczęła się nieoczekiwanie nawet dla nas samych – zaczyna swą opowieść Lucyna – Znużona życiem miejskim i potrzebując odpoczynku, poszukiwałam niedaleko Wilna małego, ustronnego domku. I tak jakoś niespodzianie ktoś powiedział, że właśnie tu, w Trokach właścicielka sprzedaje stary, zaniedbany domek wraz z 0,75 ha ziemi. Kiedy tu przyjechałam i zobaczyłam te pagórki wśród lasku, od razu wiedziałam, że jest to właśnie to, czego tak bardzo pragnę. To było moje, ziemia ta, jakby szeptem powiedziała: czekam na ciebie.
A że właścicielka, pani Ania, bardzo chętnie się zgodziła na moje warunki, więc szybko doszliśmy do porozumienia i ten skrawek ziemi ze starym, zaniedbanym domkiem w Trokach był już nasz – wspomina Lucyna Kałtan.

Zamyśla się i przenosi się do tych niedalekich, ale jakże niełatwych wspomnień, wszak trzeba było zaczynać wszystko od podstaw.
– Synowie, kiedy zobaczyli po raz pierwszy nasze z Aleksandrem włości, powiedzieli, że nigdy tu nawet nie przenocują. Domek był bardzo zaniedbany, bez żadnych wygód. Ale przecież nie święci garnki lepią. Trochę ponaprawialiśmy, trochę pomalowaliśmy, aby można było już i na noc zostać – mówi Lucyna. A jak za chwilę się dowiem, wszystkie najlepsze myśli przedsiębiorcze rodzą się u niej nocą. Czasami budzi męża i mówi: wiesz mam dobry pomysł.
To niełatwe życie zmusiło ją do działania, do podejmowania coraz to nowych wyzwań. Miała 26 lat, kiedy umarł jej pierwszy mąż. Została sama z dwójką małych dzieci. Erik miał niespełna sześć lat, a Andrzej dopiero pół roku. Nie było czasu na rozpacz, bo faktycznie pomocy nie miała prawie w nikim. Największą w mamie, która wzięła na swe barki wychowanie dzieci, a ona musiała zarabiać na utrzymanie całej rodziny.

Szyła i projektowała ubrania, potem sama je sprzedawała, zanim nie zaczęła realizować swego największego marzenia, manufaktury cukierków. Marzenie to sięgało jeszcze okresu jej dzieciństwa, bo wiedziała, że w wileńskiej cukierniczej fabryce „Pergale” jej ciocia robi cukierki. To był szczyt jej marzeń, więc sobie zawsze w myślach obiecywała, że jak dorośnie, będzie też pracować w tej fabryce. Ale życie pokierowało inaczej. Zresztą i lata były już inne – odrodzenie, bardzo niełatwe dla wielu ludzi. Zaczęła sprowadzać z Polski cukierki, ale kiedy firma, z którą współpracowała zrezygnowała z tej działalności, zdecydowała się kupić urządzenia i produkować je tu na miejscu.

Łatwo powiedzieć, ale tylko ona sama doskonale wie, ile to było nieprzespanych nocy, ryzyko ogromne, oparcia żadnego, a pożyczkę z banku należało spłacić. Ale innego wyjścia nie widziała, wszak miała na głowie dwójkę dzieci, którym trzeba było dać wykształcenie. Uwzięła się i udowodniła sobie i innym, że potrafi. I tak w 1993 roku jej fabryka Lisenas, którą obecnie powierzyła starszemu synowi, rozpoczęła pracę. Wreszcie tu mogła zrealizować swe marzenie: produkować cukierki i galaretki na podstawie starych przepisów.
Z każdym dniem powodziło się jej coraz lepiej, bo w pracy spędzała dosłownie dnie i noce.
– Dobrze, że miałam i mam mamę, tego dobrego ducha, któremu powierzyłam wychowanie moich chłopców. Czasami męczyły mnie wyrzuty sumienia, że może za mało im czasu poświęcam, ale na siedzenie w domu nie mogłam sobie pozwolić. Moi synowie widzieli, jak się staram, więc obecnie mi tym samym odpłacają. Obaj skończyli wyższe studia i otrzymali dyplomy magistrów w Polsce. Dziś sami świetnie sobie radzą, mają bardzo dobre rodziny, a ja jestem już babcią trzech ukochanych moich wnucząt: Milany, Marcina i Oskara – mówi Lucyna.

„Góra Lwa” zabudowywana była etapami. Początkowo powstał jeden dom, potem drugi, trzeci…

Po chwili żartobliwie się uśmiecha i mówi, że, zanim została babcią, jeszcze raz była panną młodą. I też, jak dodaje, nawet dla niej samej było to bardzo nieoczekiwane, bo czasu ani chęci na żadne znajomości nie miała.
– Ale takie to jest dziwne życie, że moi znajomi, u których gościłam w Trokach pewnego razu zapoznali mnie z Aleksandrem, emerytowanym oficerem. Był wdowcem, jak i ja, mieliśmy za sobą utratę bliskich ludzi i faktycznie od razu przypadliśmy sobie do gustu. I tak już lat 12 wspólnie kroczymy przez życie.
– To nawet dziwne, że z Lucyną jesteśmy tak do siebie podobni, mamy takie same zapatrywanie na rodzinę, dom, pracę, wychowanie dzieci, odpoczynek – mówi Aleksander – no i te nasze Troki nas połączyły. Dlatego tak dobrze tu się czujemy, wszak od chwili, kiedy rozpoczęliśmy tu swą działalność przedsiębiorczą, to i mieszkamy tu stale.

Sprzedali swoje mieszkanie w Wilnie, bo pieniędzy ciągle trzeba było na budowę, mimo że budowali etapami. Początkowo jeden dom, potem drugi, trzeci. Potem zjawiły się tu placyki do gry w kosza, siatkówkę, niedaleko lasku ustawili beczkę kąpielową, która cieszy się wielką popularnością wśród gości, nawet zimą. Przy sali bankietowej urządzili doskonałą terasę, gdzie w czasie przyjęć jest piwiarnia i miejsce na papierosa. Każdy szczegół jest tu przemyślany do perfekcji, pokoje nieduże, ale każdy z wygodami, sauna w domku dla gości, tu też jest doskonale zagospodarowana kuchnia, gdzie każdy wypoczywający może sobie sporządzić posiłek.

Kawa, herbata, oferowana jest przez gościnnych gospodarzy dla każdego, kto przyjdzie do ich zagrody „Liuto kalnas”.
A skąd to ten lew w nazwie i lwy na terenie? – pytam widząc figury lwów przy wjeździe na teren, jeden ogromny ulokowany w centrum parceli i jeszcze jeden pod lasem.
„Nazwa zrodziła się przypadkowo. Pagórek, a faktycznie górka, była od początku, a lwa mam w rodzinie, chodzi o mojego młodszego syna, bo on to tym znakiem zodiaku się legitymuje” – mówi Lucyna. Mieszka z rodzinę w Wilnie, ale bardzo chętnie wolne dni tu spędzają.

Gości tu nigdy nie brakuje, gospoda „Góra Lwa” czynna jest okrągły rok.
– W sezonie od maja do września nie ma ani jednego miejsca, pokoje trzeba zamawiać zawczasu – dodają gospodarze – Teraz już mamy zamówienia na rok przyszły. Mamy sporo stałych klientów z Niemiec, Szwecji, Holandii i innych krajów. Oni z ogromnym pietyzmem odnoszą się do wszystkiego, co naturalne, dotykają bierwion, słuchają na tarasie śpiewu ptaków, bardzo lubią dania narodowe. O nie dba stale kucharka Lina. Jak jest większe przyjęcie, pomagają dodatkowe panie, wtedy i stała kelnerka Ilona też otrzymuje pomoc, bo pracy jest moc. Prawie w każdy weekend są jubileusze, wesela, chrzciny czy też obiady żałobne albo zwykłe spotkania koleżeńskie.

Na otwarcie restauracji i hotelu w dworze Houwaltów w Mejszagole, które miało miejsce przed siedmiu laty, zebrała się cała rodzina i przyjaciele

Gospodarze nie siedzą bezczynnie. Lucyna w każdy wtorek dojeżdża z Trok do Mejszagoły, tam prowadzi także restaurację i hotel w dawnym pałacu Houwaltów. Aleksander ogląda cały teren swym gospodarskim okiem, decyduje, jakie prace są konieczne do zrobienia, a jak ma wolną chwilę, tworzy fantastyczne płaskorzeźby z darów natury, które znajduje dosłownie na każdym kroku. Są to sęki, kamyki, które wyszlifowane, wypolerowane i ułożone w malownicze kompozycje są bardzo ładnym upiększeniem, zarówno sali bankietowej, jak też innych pomieszczeń ich pięknego obejścia.

Raz do roku wyjeżdżają w góry na narty, latem na wczasy do Hiszpanii, Turcji, słowem, jak mówią zgodnie, teraz mają nieco luzu, by się wyciszyć po tym budowlanym maratonie. Co prawda, jak dodaje żartobliwie gospodarz domu, bardzo się boi, że energiczna żona obudzi go pewnej nocy i powie, że ma świetną ideę”.
Pani Lucyna się uśmiecha i dodaje, że takiego wyzwania nie chce ani dla siebie, ani dla męża, a jeżeli już pomysły będą, a one zawsze są, to niech je realizują synowie, teraz ich kolej.

Tylko 15 minut jazdy i z cichego, wprost dziewiczego krajobrazu, wjeżdżamy na przedmieścia stolicy. Ten kontrast jest tak gwałtowny, że wcale się nie dziwię, że ta siłaczka, jaką jest Lucyna Kałtan, porzuciła stołeczną fabrykę , mieszkanie w Wilnie i zdecydowała się zagospodarować zapuszczoną górę i utworzyć tu miejsce, gdzie chce się żyć i gdzie chce się spędzić choć jeden dzień.

Fot. Marian Paluszkiewicz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.