2
Śladami naszych publikacji: prawda i mity o wybuchu na wileńskim dworcu kolejowym

image-85055

Tak wileński dworzec kolejowy wygląda dziś, nie udało się natomiast znaleźć fotografii budynku, które byłyby zrobione między rokiem 1945 a 1950

Po przeczytaniu artykułu w „Kurierze Wileńskim” pt. „Zapomniana tragedia na dworcu kolejowym” do naszej redakcji zwrócił się 88-letni Witold Culic, od lat mieszkający w Polsce, a pochodzący z Wilna. Nasz czytelnik postanowił uściślić niektóre szczegóły, związane z katastrofą na wileńskim dworcu kolejowym, do której doszło w styczniu 1945 roku, a która dotychczas jest owiana mitami.

W styczniu 1945 roku, podczas gdy wilnianie żyli w przekonaniu o szybkim zakończeniu wojny, na dworcu kolejowym doszło do potężnego wybuchu. Na skutek zderzenia dwóch pociągów sowieckich zginęły co najmniej 94 osoby.
Dziś niewielu pamięta ten straszny, ale mało znany moment w historii Wilna. Dotychczas dokładnie nie wiadomo, ani ile osób zginęło, ani jak bardzo został uszkodzony gmach dworca. Brakuje archiwalnych fotografii samego budynku, które byłyby zrobione między rokiem 1945 a 1950, gdy to rozpoczęła się jego rekonstrukcja.

Zarówno przyczyny wybuchu na kolei, jak też jego skutki, zostały owiane mitami, jak np. że eksplozja była tak silna, że zrównała z ziemią cały dworzec oraz pobliskie dzielnice.
Inni piszą, że w całym mieście wybuchła panika w obawie o możliwe naloty niemieckich bombowców – trwała przecież wojna…
W różnych źródłach podawane są nawet różne daty wybuchu.
Wykładowca Uniwersytetu Wileńskiego, historyk Marius Ėmužis, opisuje katastrofę na wileńskim dworcu kolejowym, do której doszło 12 stycznia 1945 roku.
Tymczasem literaturoznawca, historyk i dyplomata Mieczysław Jackiewicz w książce „Wilno XX wieku. Ludzie i wydarzenia” przedstawia wspomnienia ówczesnych mieszkańców Wilna, którzy w swoich pamiętnikach piszą o potężnym wybuchu na kolei w dniu 13 stycznia.

Tymczasem, jak powiedział nam świadek owych wydarzeń Witold Culic, mimo że wybuch był bardzo potężny, gmach dworca kolejowego jednak nie ucierpiał. Dodał również, w mieście nie wybuchła żadna panika.
W 1945 roku 16-letni wówczas chłopiec mieszkał wraz z rodziną w Ponarach i był uczniem wileńskiego gimnazjum męskiego, znanego następnie jako Gimnazjum im. Joachima Lelewela.

– Tak się złożyło, że w podczas wybuchu wraz z ojcem na podwórzu przy domu piłowaliśmy drzewo. Dzień był mroźny, ale pogodny. Nagle usłyszeliśmy alarmowe gwizdy parowozu. Ojciec był maszynistą, sam również pracowałem na kolei od lat 13, więc natychmiast te dźwięki rozpoznaliśmy i zrozumieliśmy, że dzieje się coś niedobrego. Następnie nastąpiła chwila ciszy, po niej był potężny wybuch, po którym zauważyliśmy olbrzymi słup ognia, przypominający grzyb po wybuchu bomby atomowej – wspomina styczniowe popołudnie Witold Culic.

Uczęszczał wówczas do czwartej klasy wileńskiego gimnazjum męskiego i codziennie jeździł do szkoły pociągiem. Po wybuchu nastąpiła przerwa w komunikacji kolejowej, ale już na trzeci dzień uruchomiono prowizoryczny przejazd.

– Wtedy pojechałem do gimnazjum i oglądałem to miejsce wybuchu. Nastąpił on między ulicą Raduńską, gdzie stały cztery wysokie 4-piętrowe budynki a elektrownią kolejową. Wybuch po prostu zmiótł te cztery budynki na ulicy Raduńskiej – właśnie w nich znajdowały się przede wszystkim ofiary, które poniosły śmierć. Nie zostały po nich nawet szczątki. Z drugiej strony wybuch zmiótł do fundamentów także elektrownię kolejową. Konstrukcja mostu natomiast nie została naruszona. Od miejsca wybuchu po stronie elektrowni kolejowej, w odległości około 400 metrów, znajdowały się warsztaty kolejowe. Wskutek wybuchu został tam zmieciony dach. Na szczęście, ofiar tam było niewiele, gdyż katastrofa nastąpiła już po pracy pierwszej zmiany – opowiada nam Culic.

Zaznacza, że podmuch był tak potężny, że zestaw kołowy znaleziono w odległości ponad 2 kilometrów za Wilczą Łapą, czyli w odległości aż 4 km od miejsca wybuchu.

– Natomiast co do informacji o zniszczeniu samego dworca kolejowego, są one fałszywe. Tam nie było szczególnych zniszczeń. Nie ucierpiało ani kino kolejowe, które się mieściło przed dworcem od strony wybuchu, ani sam dworzec, ani też kładka kolejowa nad stacją. Skąd to wiem? Jeździłem do szkoły od razu po tej katastrofie i doskonale widziałem, w jakim stanie wszystko było – tłumaczy Witold Culic.

Wspomina, że podmuch wytłukł szyby w najbliższej okolicy, między innymi w gimnazjum, do którego uczęszczał.

– Mimo, że budynek został bez szyb, lekcje się odbywały. Zimy wówczas były rzeczywiście mroźne, zupełnie nie takie, jak teraz. Wytrwać w zimnych pomieszczeniach, gdy na dworze jest poniżej 15 stopni mrozu, było naprawdę niełatwo. Na nowe oszklenie pieniędzy jednak nie było, więc w ciągu całej zimy musieliśmy uczyć się w zniszczonym przez wybuch budynku. Musieliśmy wkładać ciepłe rękawice, żeby móc utrzymać ołówki i jakoś pisać – opowiada rozmówca.

image-85056

Wskutek wybuchu uszkodzony został kościół pw. św. Stefana, zrujnowany znajdujący się obok cech kamieniarzy oraz skład materiałów budowlanych

Co do atmosfery w mieście, jaka wśród mieszkańców zapanowała po wybuchu, Culic podkreśla, że paniki nie było, bo „ludzie byli zbyt zmęczeni wojną, aby się jeszcze czegoś bać”.

– Żadnej paniki w mieście nie było i życie normalnie się toczyło. Moje pokolenie nie panikowało z byle powodu. Dzisiejsze pokolenie jest przewrażliwione i prawdopodobnie inaczej reagowałoby na owe wydarzenia. Nas na to nie było stać – śmierć zawsze była gdzieś w pobliżu. Nie mogliśmy sobie pozwolić na takie dzieciństwo, jakie jest możliwe dziś. Musieliśmy wcześnie dojrzeć – zaznacza Witold Culic.

Według oficjalnych danych w katastrofie na wileńskim dworcu kolejowym zginęły 94 osoby, a 311 zostało rannych. Świadkowie wydarzeń tymczasem, wspominają, że śmierć miało ponieść kilkakrotnie więcej osób, niż oficjalnie podano. „Zginęło wówczas, jak nieoficjalnie mówiono, około 750 osób. Natomiast nie wiem, czy ukazały się na temat tego tragicznego wydarzenia jakieś oficjalne komunikaty władz. Byłoby to mało prawdopodobne, tym bardziej, że fakt ten dotyczył wojskowości” – tak w swojej książce Mieczysław Jackiewicz cytuje wspomnienia Henryka Czarniawskiego, ówczesnego mieszkańca domu w Gintowszczyźnie, na przedmieściu Wilna.

Czarniawski pisze, że osobiście doświadczył ogromu rozmiarów katastrofy, gdy następnego dnia udał się do szkoły.
„Kilkaset metrów od miejsca wypadku, na ulicy Raduńskiej, leżały duże fragmenty kół i osi wagonowych. Cały plac przy torach pokryty był gruzem – masą przeróżnych odłamków, poniszczonych części wagonów, jak też fragmentów budynków i mebli. Zauważyłem też kilka zwęglonych szczątków ludzkich” – napisał w pamiętniku Czarniawski.

Z danych Departamentu Dziedzictwa Kulturowego wynika też, że wskutek wybuchu uszkodzony został kościół pw. św. Stefana (przy obecnej ul. šv. Stepono 37) i zupełnie zrujnowany znajdujący się wówczas obok cech kamieniarzy oraz skład materiałów budowlanych.

Mieczysław Jackiewicz pisze, że po wybuchu władze sowieckie oskarżyły Polaków o rzekomy sabotaż. Jako dowód przytacza cytaty z wspomnień byłego wilnianina, Jerzego Śleżewicza.
„Prawdopodobnie pociąg z amunicją wyleciał w powietrze z powodu niedopatrzenia obsługi kolejowej. Winni zginęli podczas awarii, ale za to, co się stało, ktoś musiał odpowiedzieć. Trzeba było znaleźć kozłów ofiarnych. I zaczęto szukać rozpętując istne polowanie po całym mieście” – pisze Jerzy Śleżewicz, który sam również został aresztowany w tej sprawie.

W książce Jackiewicza czytamy, że Śleżewicza i innych Polaków (ogółem zatrzymano około 160 osób) codziennie bito. „Osobom mającym złote żeby wyrywano je z dziąseł i dopiero po trzech miesiącach bez sądu wyprowadzono wszystkich „podejrzanych” na stację towarową i wywieziono do obozu w Saratowie. Dopiero latem 1945 roku Śleżewicza zwolniono z obozu i wrócił do Wilna, by następnie wyjechać do Polski”.

Tymczasem historyk Marius Ėmužis, który badał szczegóły wybuchu na wileńskiej kolei na podstawie dokumentów archiwalnych z Rosji, ustalił dość dokładną kolejność wydarzeń, które doprowadziły do katastrofy. Jak zauważa historyk, pociąg z niebezpiecznym ładunkiem nie był odpowiednio zabezpieczony. Skład kwalifikował się jako zwykły operacyjny pociąg, który nie miał statusu transportu wojskowego. Nawet kierownik służby przewozu żołnierzy Kolei Litewskich nie wiedział, co było przewożone w pociągu nr 984. Skład stanowiło 47 wagonów, wśród których 16 było załadowanych bombami lotniczymi, 21 – rakietami oświetleniowymi i przeciwlotniczymi karabinami. 10 wagonów było pustych.

Na stację w Kirtimai (Porubanku) obok Wilna pociąg towarowy nr 984 z Lidy przybył o godz. 15.30 (chociaż w niektórych innych źródłach wskazana jest godzina 13.30). W tym czasie za trasę Kirtimai – Wilno odpowiedzialny był dyżurny służby ruchu kolejowego kolei wileńskiej Wasilij Grunin, zastępca komendanta wojskowego trasy kolejowej major Wasilcow oraz dyspozytor wojskowy starszy lejtnant Iwlew. Po naradzie postanowili, że jeszcze na stacji w Kirtimai należy przeformować zestaw wagonów, aby nie robić tego na stacji wileńskiej. Ta decyzja łamała jednak wszelkie zasady eksploatacji technicznej. O decyzji przeformowania zestawu powiadomiony został dyżurny dyspozytor służby ruchu kolei wileńskiej Adolfas Sadovskis, który wykonanie tej operacji polecił kierownikowi stacji w Kirtimai Henrykowi Szerszyńskiemu. Ten, wraz z załogą, wypełnił rozkaz – przednia część pociągu została przemieszczona do tyłu, a tylna do przodu. W ten sposób do przodu trafiły dwa wagony z karabinami przeciwlotniczymi.

Po przestawieniu wagonów Szerszyński poprosił dyżurnego stacji wileńskiej, Vaclovasa Šidlauskasa, o zezwolenie na przybycie na wileńską stację kolejową. Jednak Šidlauskas nie zatroszczył się o to, aby zostały przygotowane wolne tory dla przyjęcia przybywającego do Wilna pociągu. Dyżurny sądził, że zdąży to zrobić, gdy pociąg zatrzyma się przy semaforze na wjeździe na stację. Nawet nie przypuszczał, do jakiej tragedii może doprowadzić taka nieopatrzność.
Po otrzymaniu sygnału z Wilna, Szerszyński pozwolił, aby pociąg wyjechał z Kirtimai, ale go nie sprawdził osobiście.

O godz. 16.20 pociąg ruszył. Maszynista nie uwzględnił pochyłości drogi i innych szczegółów i pozwolił, aby zestaw osiągnął prędkość ponad 60 km/godz. Za kilka chwil, gdy już był prawie na stacji w Wilnie, maszynista nie zauważył, że semafor wjazdowy jest zamknięty. Zaczął więc hamować dopiero po wjeździe na samą stację kolejową. Jednak było już za późno… Zestaw z amunicją wjechał na pociąg towarowy nr 501. W ciągu 10-15 minut po zderzeniu zapaliły się lotnicze bomby zapalające i oświetleniowe, po czym wybuchł pożar. Natychmiast zadziałały zapalniki, znajdujące się przy bombach burzących i odłamkowych, co właśnie spowodowało serie potężnych wybuchów.

Jak podaje Marius Ėmužis, podczas badania sprawy zostało aresztowanych osiem osób. W połowie stycznia oprócz wspomnianych powyżej Grunina, Sadovskisa, Szerszyńskiego i Šidlauskasa zatrzymano też starszego konduktora pociągu nr 984 Michaila Dewiatina, kierownika służby manewrowej kolei wileńskiej Wasilija Zamiatina, inspektora ds. bezpieczeństwa ruchu kolejowego Aleksandra Chryszczanowicza oraz mistrza do napraw taboru kolejowego Konstantinasa Pelesę. Na wszystkich czekało długie śledztwo oraz sądy. Pozbawiony wolności został jedynie Dewiatin, skazano go na 8 lat łagrów. Natomiast Šidlauskas i Pelesa otrzymali karę najwyższą – zostali rozstrzelani.

Fot. Marian Paluszkiewicz

 

 

2 odpowiedzi to Śladami naszych publikacji: prawda i mity o wybuchu na wileńskim dworcu kolejowym

  1. Jur mówi:

    Byłem wtenczas naocznym świadkiem tej wielkiej eksplozji na stacji kolejowej w Wilnie. Jak nastąpił wybuch, wracałem ze szkoły na ul Ostrobramskiej 27 ( chyba dawny nr 29) do domu na Sadowej 23 (dawny nr 21) z pięknym ogrodem należący do dr Orłowskiego . Na Sadowej mieszkaliśmy na parterze a nad nami” bajcy” ,którzy tańczyli „trepaka”. Ten dom zachował się do teraz lecz obecnie dochodzi do niego na styk budynkiem stacji autobusów.
    Tamtego dnia wracałem po lekcjach do domu idąc ulicą Ostrobramską a następnie Kolejową w stronę Dworca . Oniemiałem widząc rozszerzający się błyskawicznie ogromny ognień od nasypu torów kolejowych aż nad moją głowę . Prawie równocześnie nastąpił potężny huk eksplozji i coś fruwało w powietrzu. Zatrzymałem się , byłem osłupiały .Po chwili trochę ochłonąłem i ruszyłem w stronę domu na Sadowej. Ulicą była zasypana jakimiś kawałkami. Nasz dom uległ znacznemu zdemolowaniu. Pod wpływem eksplozji wyleciały okna z ramami i szybami. Mieszkanie było zasypane kawałkami muru i tynku. Była zima i nie nie wiedzieliśmy co ze sobą zrobić .Schronienia udzielili nam znajomi z Zarzecza mieszkający na ul.Zarzecznej 18. Pamiętam,że krążyła plotka o nalocie Amerykanów i zrzuceniu bomb z wielkiej wysokości co mogło świadczyć o wybuchu wojny z Sowietami.. Po kilku tygodniach naprawiono okna i wstawiono szyby więc mogliśmy wrócić. Niedługo wyjechaliśmy z Sadowej czwartym transportem przesiedleńczym w ostatnim dniu lutego 1945. ,Załadowaliśmy trochę dobytku. na furmanka ,która zawiozła nas na dworzec towarowy blisko „wodokaczi” [wieży ciśnień zaopatrzenia parowozów w wodę]. Po ruszeniu transportu ze stacji w Wilnie ,pociąg zatrzymał się w Landwarowie. Było to chwila pożegnanie się z ojczyzną. Mówiliśmy wtenczas że gdybyśmy wysiedli z transportu to mogliśmy wrócić do swojego pobliskiego pustego opuszczonego domu w Karaciszkach od którego mieliśmy klucze w kieszeni.
    Pierwszy raz wróciłem w swoje strony w 1969r i nie był to ostatni raz.

  2. Jur mówi:

    Przepraszam pomyłka: wieża ciśnień na dworcu towarowym to była „Wodokaczka” ,zaś warsztaty kolejowe nazywano potocznie „Depo”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.