0
Dni straconej szansy

Spektakl w reżyserii Jerzego Zelnika ,,Blizny pamięci rzecz o Janie Karskim”. Fot. Joanna Bożerodska/zw.lt

Pierwsza edycja Dni Teatru Polskiego dla pewnej grupy mieszkańców Wileńszczyzny była wspaniałym przeżyciem. Spotkanie z polskim teatrem, ale także możliwość rozmowy z wybitnymi aktorami, zapewne na długo zostanie w pamięci tych, którzy w tych wydarzeniach uczestniczyli. Niestety – nie było ich wielu.

Nieraz można usłyszeć, że Polacy na Litwie bardzo potrzebują polskiej kultury. Wydaje się jednak, że ta potrzeba jest dosyć warunkowa. Pierwsza edycja Dni Teatru Polskiego na Litwie była bardzo dobrym tego sprawdzianem. Dzięki projektowi Fundacji „Zatrzymać Czas” mieszkańcy Wileńszczyźny mieli możliwość uczestniczenia w aż ośmiu wydarzeniach z udziałem wybitnych polskich aktorów. Program przygotowany był w taki sposób, by dotrzeć do jak najszerszego grona widzów. Była propozycja dla młodzieży, dzieci, dorosłych – po prostu dla wszystkich.

Organizatorzy wyraźnie stanęli na wysokości zadania i wygląda na to, że bardzo dobrze wykorzystali wsparcie Senatu RP. Wydaje się jednak, że tym razem zawiodła publiczność…

Spektakle odbywały się Domu Kultury Polskiej w Wilnie i Pałacu Balińskich w Jaszunach. Żeby je obejrzeć, wystarczyło odebrać bezpłatne wejściówki. O ile te dostępne w Centrum Kultury w Solecznikach rozeszły się dosyć szybko, o tyle w sekretariacie DKP zostało ich naprawdę sporo, mimo że o ich dostępności przez cały czas informowała większość polskojęzycznych mediów na Litwie.

Na pierwszy spektakl, „Blizny pamięci”, w reżyserii Jerzego Zelnika rozdano nieco ponad 70 wejściówek. W piątkowy wieczór na widowni było około pięćdziesięciu osób. Spektakl, w którym zagrali reżyser i Sebastian Ryś, opowiadał historię Jana Karskiego, jednej z najbardziej fascynujących postaci polskiej historii okresu II wojny światowej. Była to więc okazja nie tylko do spotkań z polskim teatrem, ale także historią, której, podobno, tak bardzo brakuje polskiej młodzieży na Litwie. Młodzieży natomiast na widowni nie było. Kto przegapił sprawę? Nauczyciele, rodzice? Może ludzie nie wiedzieli, a może to dlatego, że zbliża się Wszystkich Świętych? Wolne miejsca na widowni były jednym z głównych tematów rozmów po zakończeniu kolejnych spektakli.

– Jeśli chodzi o organizatorów, nie mam zastrzeżeń. Wydaje się, że zapewnili nam bardzo dobrą propozycję. Szkoda tylko, że tak małe jest zainteresowanie widowni. Prawdę mówiąc, było to dla mnie ogromne zaskoczenie. Spodziewałem się, że wejściówki do Domu Kultury Polskiej będą trudne do zdobycia, a tu – tyle wolnych miejsc – mówił „Kurierowi Wileńskiemu” w sobotni wieczór Dariusz Żybort.
Nasz rozmówca próbował nieco usprawiedliwić małe zainteresowanie wilnian wydarzeniem. – Być może to dlatego, że w tym przedświątecznym okresie ludzie mają mniej czasu. Zbliża się przecież Wszystkich Świętych – mówił.
Wydaje się jednak, że właśnie jego obecność na widowni jest najlepszym dowodem na to, że opieka nad cmentarzami nie przeszkadza w wieczornym obejrzeniu spektaklu. Od lat jest on koordynatorem kwesty “Wileńszczyzna Rossie”, którą organizuje w ramach działań Społecznego Komitetu Opieki nad Starą Rossą i Polskiego Stowarzyszenia Medycznego na Litwie. Prawdopodobnie w Wilnie niewiele jest osób, które opiece nad polskimi grobami poświęcają więcej czasu i zaangażowania.

– Rzeczywiście, jestem dosyć zajętą osobą, zwłaszcza teraz. Dziś, wspólnie z medykami, sprzątaliśmy Rossę, potem odsłanialiśmy pomnik prof. Uniwersytetu Wileńskiego Piotra Sławińskiego, ale po prostu –trzeba wszystko dobrze poukładać i wtedy znajdzie się czas. Dziś mieliśmy okazję usłyszeć „Ballady” Mickiewicza we wspaniałym wykonaniu Joanny Szczepkowskiej. Drugiej takiej szansy prawdopodobnie nie będzie. Po prostu takich wieczorów nie można marnować – mówi Żybort.

Zawiedziona wileńską widownią była również Irena Litwinowicz, kierownik artystyczny i reżyser Teatru Polskiego w Wilnie. – Bardzo cenię inicjatywę organizatorów. W Wilnie bardzo rzadko mamy okazję do oglądania spektakli zawodowych, polskich teatrów. Tego naprawdę brakuje. Dobrze, że jest festiwal teatrów amatorskich, ale to nie wystarcza, by wychować widza. Dlatego może dziś trochę się wstydzę za naszą publiczność. Po pierwsze ze względu na frekwencję, po drugie – ze względu na zachowanie na widowni. Praca aktora wymaga bardzo dużego skupienia, koncentracji, a u nas, niestety, nie brakowało osób, które chodziły po sali w czasie „Ballad” – mówiła po zakończeniu spektaklu.

Może widzów brakowało dlatego, że kilka dni wcześniej zakończyły się VIII Wileńskie Spotkaniach Sceny Polskiej? Irena Litwinowicz jest przekonana, że wolne miejsca na widowni świadczą nie o nadmiarze, ale o braku kontaktu z polskim teatrem.

– Nasza młodzież, oczywiście nie cała, ale duża jej część, wychowana jest w kręgu kultury rosyjskiej. Jest to propozycja atrakcyjna, nie brakuje tam dobrej gry aktorskiej, jednak najczęściej jest to propozycja typowo komercyjna. Spotkań z polskim teatrem jest zdecydowanie zbyt mało, by przyzwyczaić widza, kształtować jego gust. Wydaje mi się, że właśnie dlatego nie potrafimy w pełni wykorzystać wydarzeń takich jak Dni Teatru Polskiego na Litwie – zauważa.
Z możliwości spotkania z Anną Seniuk chętnie skorzystała Agata Lewandowski, Polka mieszkająca w Niemczech, reżyser, organizatorka Festiwalu Filmów Emigracyjnych EMiGRA.
– Dzięki takim projektom, Polacy mieszkający poza granicami mają możliwość nie tylko obejrzenia spektakli, ale także uczestniczenia w spotkaniach i rozmowach z polskimi aktorami, których znają z ekranu. To buduje przywiązanie po polskiej kultury i łączność z Polską – zauważa.

Agata Lewandowski uważa, że tego rodzaju kontakt z polską kulturą jest bardzo potrzebny, choć nie można liczyć na to, że szybko znajdzie on szerokie grono odbiorców. – Świadomość potrzeby kultury kształtuje się generacjami. Kiedy jesteśmy w Paryżu, widzimy, że ludzie mają potrzebę kultury na co dzień, która wyraża się choćby w potrzebie otaczania się pięknymi przedmiotami. Musimy jednak pamiętać o tym, że wojna nie dotknęła ich tak, jak mieszkańców Wileńszczyzny. Na to, by kultura miała tam odbiorców, pracowały dziesiątki generacji. Tutaj, w Wilnie, ze względu na historię tego miasta nie mamy podobnej ciągłości– mówi.

– W Domu Kultury Polskiej w Wilnie jest naprawdę dużo imprez, także tych nieodpłatnych. Czasem można mieć nawet wrażenie, że jest ich więcej niż w wielu polskich miastach. Dziwi mnie natomiast brak frekwencji. Można to odnieść również do czytelnictwa prasy czy książek. Wydaje mi się, że jeśli chodzi o zainteresowanie polską kulturą, brakuje wzorców przedstawicieli polskiej społeczności. Na takich spotkaniach, jak np. promocje książek, nie widzę prezesów polskich organizacji, nawet dziennikarzy, którzy przyszliby nie w ramach obowiązku, ale z własnej chęci. Trochę brakuje tej „górnej półki” jeśli chodzi o polską kulturę wysoką. Zdecydowanie więcej chętnych jest na koncerty disco polo czy piosenki biesiadnej. Na pewno trzeba szanować inicjatywy, które przyczyniają się do kształtowania dobrego gustu, spotkania z poezją, aktorami. Ma to znaczenie również ze względu na zaktywizowanie naszego środowiska twórczego, które również jest niedoceniane – uważa Romuald Mieczkowski, redaktor naczelny kwartalnika literackiego „Znad Wilii”.

,,Szewczyk Dratewka”, Teatr Gry i Ludzie z Katowic. Fot. Joanna Bożerodska/zw.lt

Jak pierwsza edycja Dni Teatru Polskiego wygląda z perspektywy Domu Kultury Polskiej w Wilnie?
Bożena Mieżonis, koordynatorka projektów kulturalnych w DKP, nie jest zaskoczona frekwencją. Przez lata swojej pracy miała okazję już nieraz przekonać się o tym, że widzowie częściej zainteresowani są rozrywką niż kulturą na wysokim poziomie. – Nie chodzi o jakąś specyfikę polskiego środowiska. Dokładnie ten sam problem dotyczy Litwinów. Ludzie zdecydowanie najchętniej szukają lżejszych propozycji. To chyba nigdy się nie zmieni. Było to widać także w czasie dni teatru. Poważniejsze tematy, takie jak „Blizny pamięci” Jerzego Zelnika, spotkały się z o wiele mniejszym zainteresowaniem, niż koncert piosenek Agnieszki Osieckiej. Masy sięgają raczej po lekki repertuar. Tak było i chyba tak zostanie. My, jako Dom Kultury Polskiej, staramy się dotrzeć do jak najszerszej widowni. Czasem pełnimy rolę edukatorów, proponując wydarzenia na wyższym poziomie, czasem odpowiadamy na potrzeby szerokiej widowni, robiąc coś po dyktando widza – wyjaśnia Mieżonis.

Organizatorzy, czyli Fundacja „Zatrzymać czas”, spodziewali się, że pierwsza edycja Dni Teatru Polskiego na Litwie, jak każde nowe wydarzenie, będzie musiała zdobywać widzów. Nie zamierzają rezygnować z projektu, mają też nadzieję, że w kolejnych latach widzowie Wileńszczyzny będą coraz bardziej zainteresowani przygotowaną przez nich propozycją. Widać to było już w trakcie trzydniowych spotkań, gdy z każdym dniem ilość widzów wzrastała. Anna Muszyńska, koordynatorka projektu, cieszy się zwłaszcza z bardzo dużego zainteresowania spektaklami dla dzieci, na których były komplety.
– Bardzo wzruszyło mnie spotkanie z pewną panią, która przyjechała na spektakl ze swoim dzieckiem godzinę wcześniej. Myślałam, że się pomyliła, ale ona wyjaśniła mi, że mieszkają 60 km od Wilna, dlatego wyjechali wcześniej. To od razu ogrzało moje serce, bo zrozumiałam, że jest potencjał i zapotrzebowanie na tego rodzaju wydarzenia. Teraz przychodzi czas na refleksję i podsumowanie, będziemy powoli robić plany na następny rok. Spróbujemy na pewno wykorzystać też tegoroczne doświadczenia, by za rok dotrzeć z naszą propozycją do szerszej widowni – mówi organizatorka.

***
Wydaje się, że Dni Teatru Polskiego na Litwie odsłoniły pewną smutną prawdę o polskiej kulturze na Wileńszczyźnie. Nie chodzi oczywiście o to, żeby krytykować istniejący stan, ale raczej zobaczyć pewien obszar, który śmiało można określić jako wyzwanie na przyszłość. Jeśli na polskie spektakle, które pojawiają się w Wilnie, naprawdę rzadko przychodzi kilkadziesiąt osób, to widać, że wiele mamy do zrobienia. Wygląda na to, że ojczystej kultury nie potrafią dostatecznie wypromować polskie organizacje, nie potrafią wychować do niej szkoły ani wypromować polskie media na Litwie. Nie chodzi wcale o to, żeby krytykować… Po prostu – bardzo dużo jest jeszcze do zrobienia.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.