0
Liliana Narkowicz o nowej książce, Tyszkiewiczach, tradycjach bożonarodzeniowych…

Dziś naszą rozmówczynią jest dr Liliana Narkowicz, wilnianka badająca dzieje rodu Tyszkiewiczów, autorka wielu książek i publikacji z tej dziedziny. Okazją do naszego spotkania było najnowsze wydanie książki o losach hrabiów Tyszkiewiczów z Waki.


Jakie tematy porusza Pani w swojej najnowszej książce „Trakų Vokės istorijos eskizai” („Szkice historyczne Waki Trockiej”)?

Książka opowiada o hrabiach Tyszkiewiczach z Waki (obecnie Waka Trocka), w sumie smutnym losie tej rodziny, ich podmiejskiej rezydencji i wybudowanej w parku majątkowym kaplicy katolickiej. Znajdziemy w niej informacje o życiu codziennym i towarzyskim, pielęgnowanych tradycjach i nawykach żywieniowych arystokratów, którzy inaczej przecież ubierali się, spędzali czas i odżywiali się mieszkając na wsi, niż ludzie w mieście.

Jaki okres historyczny obejmuje wydanie?

Zaczynam krótką wzmianką o żyjącym w XV w. protoplaście Tyszkiewiczów, a kończę współcześnie, dokładnie wizytą (2016) Zygmunta Jana Tyszkiewicza w Wace, syna ostatniego przedwojennego właściciela majątku. Podstawowe informacje historyczne bazują jednak na dokumentach, tekstach źródłowych, prasie, korespondencji i wspomnieniach pochodzących z II połowy XIX w. i okresu międzywojnia.

Skąd czerpała Pani materiał?

Z archiwów litewskich i polskich, ale głównie z archiwów prywatnych rodziny Tyszkiewiczów, z przedstawicielami których utrzymuję kontakt nie tylko jako historyczka.

Co zainspirowało Panią do pisania tej książki?

Ta edycja nie jest w stu procentach pracą nową. W związku z projektem renowacji kaplicy przy wsparciu wspólnoty mieszkańców Waki w latach 2015 i 2016 zostały wydane dwie książki: „Dzieje dworu i pałacu w Wace” oraz „Kaplica Tyszkiewiczów w Wace”. Zainteresowanie było niemałe. Oba wydania rozeszły się tak szybko, że zrodziła się potrzeba ich wznowienia, ale w jednej wspólnej edycji, do której weszły podstawowe rozdziały obu poprzednich wydań. Nowa książka została jednak wzbogacona o nowe informacje i rozdziały, ma inną szatę graficzną i zawiera wiele niepublikowanych dotąd zdjęć archiwalnych.

Czy tradycyjnie jest to wydanie polsko-litewskie?

Tym razem jest to wydanie litewskojęzyczne. Skład narodowościowy Waki jest dziś inny aniżeli przed II wojną światową. Litwini stanowią obecnie większość jej mieszkańców, więc fakt, że chcą poznać dzieje Waki i jej dawnych mieszkańców, w tym w okresie II Rzeczypospolitej Polskiej, powinien tylko cieszyć. Tym bardziej, że niedawno zakończona sukcesem renowacja kaplicy w Wace, wzniesionej w II połowie XIX w., ze środków fundacji Tyszkiewiczów, odbyła się przy dużym wsparciu lokalnej społeczności, która nie jest jednolita pod względem narodowościowym. A książka, o której mówimy, ukazała się dzięki pomocy ze strony Departamentu Dziedzictwa Kultury przy Ministerstwie Kultury Litwy, który wydzielił środki na projekt dla wspólnoty mieszkańców Waki Trockiej „Versmė”. Ponieważ kaplica od lat jest utrzymywana ze środków prywatnych (nabożeństwa odbywają się tu w językach polskim i litewskim), dochód ze sprzedaży książek zostanie przeznaczony właśnie na ten cel. Książki można nabyć w każdą niedzielę przed lub po Mszy św.

Czy książka jest ilustrowana? Kogo można zobaczyć na fotografiach?

Wydanie zawiera ponad 200 większych i mniejszych ilustracji. Tym razem nie zabrakło fotografii żadnego męskiego potomka Tyszkiewiczów w Wace. Są też podobizny ich rodzicielek, sióstr, małżonek, dzieci i wnucząt. Są także zdjęcia, stare i nowe, dotyczące zarówno majątku, jak i kaplicy. Została też uwieczniona ostatnia wizyta Tyszkiewiczów w przedwojennym majątku ich rodziny.

Czym jeszcze wyróżnia się to wydanie na tle reszty Pani książek?

W przypadku książek o Tyszkiewiczach z Waki moim podstawowym zadaniem jako historyka było dotrzeć do naocznych świadków, w tym Tyszkiewiczów urodzonych jeszcze przed II wojną światową i zdążyć spisać ich wspomnienia, zanim odejdą. Przecież żaden dokument archiwalny ich nie przywróci. Dlatego jeden z dopisanych rozdziałów nie tyle opowiada o losach ostatniego przedwojennego właściciela Waki – Jana Michała Tyszkiewicza (zm. 1939), ile o jego babuni, Róży z Potockich Raczyńskiej, primo voto Krasińskiej. Dzielna, charakterna i silna duchem kobieta, sama nie będąc w łatwej sytuacji życiowej, wychowała i wyedukowała Jana Michała (Jasia) i trójkę jego rodzeństwa, gdy będąc małymi dziećmi zostali osieroceni przez oboje rodziców. Po sobie zostawiła przesłanie aktualne w rodzinie do dziś: „Mierzyć w gwiazdy, lecz stąpać po ziemi”. Nowa książka, licząca 256 stron, zawiera nieznane dotąd zdjęcia z epoki, głównie pochodzące z rodzinnych albumów Tyszkiewiczów, do których być może już nigdy więcej nie będziemy mieli dostępu. Między innymi po raz pierwszy zostały opublikowane zdjęcia byłej dworskiej służby. Piszę też o wackim ołtarzu, oryginał którego od lat 50-ych XX wieku zdobi kościół katolicki w Druskienikach. Kiedy w 2015 roku wydawaliśmy książkę „Kaplica Tyszkiewiczów w Wace” jeszcze nie byliśmy pewni, czy w ogóle podejmiemy się dzieła powrotu ołtarza dla Waki w nowym wcieleniu. Rzecz zrozumiała więc, że załączona na końcu książki lista ofiarodawców (w sumie 559 nazwisk i instytucji) na rzecz odremontowanej kaplicy w nowym wydaniu została poszerzona o nazwiska darczyńców na rzecz odtworzonego na wzór oryginału ołtarza.

Skąd u Pani zainteresowanie tematyką tyszkiewiczowską?

Każdy historyk ma swoją działkę. Ja poszłam drogą dworów i ich właścicieli. Z pewnością przyczyniły się do tego ciekawe powiązania towarzysko-rodzinne moich przodków, przedwojenne wachlarze i rękawiczki w mahoniowej komodzie z wyrzeźbionym profilem smutnej damy oraz stare pamiątki w babcinym saloniku.

Nad czym obecnie Pani pracuje?

Od jakiegoś czasu ślęczę nad tekstem o kobietach z wyższego świata i ich życiu na przełomie XIX i XX wieków, wcale nie takim łatwym życiem, jak się nam wydaje. Chciałabym to połączyć z Tyszkiewiczównymi i Tyszkiewiczowymi z Waki. Ale czy znajdzie się ktoś zainteresowany takie wydanie sfinansować?…Tak mało pisze się na temat roli kobiety w ubiegłych wiekach. A przecież za każdym mężczyzną, a więc i hrabią, stała kobieta, dzięki której mógł się realizować i jako mężczyzna, i jako administrator dziedzicznego majątku, kolekcjoner, działacz polityczny, społecznik, a nawet artysta. Takich tańczących, śpiewających, piszących wiersze i muzykę, malujących obrazy, grających na instrumentach muzycznych i występujących na scenach teatralnych w rodzinach arystokratycznych przecież nie brakowało.

Zbliżają się święta… Jak wyglądają święta Bożego Narodzenia w Pani domu w Niemczech?

Pod tym względem jestem tradycjonalistką i wszystko musi być takie, jakie pamiętam z mego dzieciństwa, a więc żywa choinka i prezenty pod nią, sianko pod białym obrusem, opłatek, wyglądanie pierwszej gwiazdki, rodzinne śpiewanie kolęd…Co do Niemiec, to faktycznie przez cały grudzień odwiedza się tu bożonarodzeniowe jarmarki, jeżdżąc od miasteczka do miasteczka, spotykając się z rodziną i przyjaciółmi. To jest ten po ludzku ciepły i zawsze miły, wspólnie spędzany czas Adwentu, który bardzo lubię. Spaceruje się po bożonarodzeniowym jarmarku, który nazywa się tu Weihnachtsmarkt, wsuwając nos do drewnianych budek z rękodziełami i upominkami z ceramiki, wełny, drewna, szkła dmuchanego etc. Pałaszuje świąteczne wypieki pachnące miodem, cynamonem, pieprzem i migdałami. Pod otwartym niebem, choć czasem przy mrozie lub deszczu, toczy nieskończone rozmowy przy szklaneczce gorącego Glühwein, czyli grzanego białego lub czerwonego wina z dodatkiem kardamonu, goździków i ziela angielskiego. Na bożonarodzeniowe święta, jak to robią tradycyjne Niemki, chętnie wypiekam ciasteczka migdałowe i orzechowe z rumem. Natomiast nie przyjęło się w naszej rodzinie spożywanie w restauracji bożonarodzeniowej kolacji, składającej się z kaczki, czasem gęsi lub indyka, klusek z sosem śliwkowym oraz czerwonej kapusty na ciepło. Zgodnie z naszą tradycją nie serwuję na Wigilię nie tylko mięsa, ale i drobiu. A przede wszystkim nie do pomyślenia jest dla mnie, aby taki dzień spędzić inaczej niż w kameralnym otoczeniu. Niemcy mają wiele pięknych kolęd i chętnie je śpiewają, ale tradycja opłatka i łamanie się nim nie jest tu znane.

Nowa książka zawiera wiele niepublikowanych dotąd zdjęć archiwalnych

Jakie danie wigilijne zawsze jest na Pani stole?

Śliżyki i mleko makowe (podsyta), nawet jeżeli mleko z makiem i miodem nie cieszy się specjalnym zainteresowaniem zgromadzonych. Powinno być na stole i basta. Dla mnie jest to akcent ważny, tradycja wyniesiona z domu, smak dzieciństwa. W dawnych dworach także symbol dostatku. Jak i moja mama, zawsze robię gęsty kisiel żurawinowy i kompot z suszu z dużą ilością moreli oraz śliwek. Kisiel, niczym galaretkę owocową, podaję na deser w kokilkach, jak to robiono przed wojną w Tyszkiewiczowskich majątkach. Pierwszego dnia świąt, czyli 25 grudnia, tradycyjnie, jak za życia mojej śp. babuni, jest sernik ze skórką pomarańczową i migdałami z galaretką z czarnej porzeczki.
Ponieważ moi chłopcy – mąż, synowie i wnuk, nie przepadają za bigosem, szykuję duszoną modrą kapustę z lekko przysmażoną cebulką i tartym jabłkiem. To także świetny dodatek na ciepło do mięsa i drobiu, w tym kaczki i na kolejne świąteczne dni. Jak mam „wygłodzonych” gości, czyli przybyłych z daleka, podaję zupę z kurek w „miseczkach” z krągłych żytnich bułeczek, z których wcześniej wydrążam miąższ, pozostawiając tylko chrupiącą skórkę. Innym razem są „wigilijne gołąbki”, czyli prawdziwki przysmażane z marchewką i cebulą zawinięte w liście kapusty pekińskiej, do tego lekki sos grzybowy. Zawsze i koniecznie musi być śledź i to w różnej postaci. Ten w czerwonym winie i zalewie korzennej wymaga przygotowania parę dni wcześniej. Tak kochany na Litwie i w Polsce karp, za granicą nie zawsze jest dostępny, więc moja „ryba w galarecie” to zwykle pstrąg z marchewką, selerem i pietruszką. Nota bene, pstrąg w takiej właśnie postaci był na wigilijnym stole u Tyszkiewiczów z Zatrocza.

Czego życzyłaby Pani sobie i naszym Czytelnikom z okazji świąt?

Przede wszystkim zdrowia i pokoju na świecie, zauważania kalekich i potrzebujących, pamiętania o opuszczonych. Świąt spokojnych, dobrych, rodzinnie ciepłych, tradycyjnych.

 

Fot. archiwum Liliany Narkowicz

 

 

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.