0
Historia Rakowskich, Polaków ratujących Żydów – cisi bohaterowie spod Wilna

Jan Rakowski opowiada rodzinną historię Fot. Marian Paluszkiewicz

Wśród ponad 26 tys. osób, które otrzymały tytuł Sprawiedliwych wśród Narodów Świata, jest ponad 6,6 tys. Polaków. Znacznie więcej tych, którzy pomagając Żydom w okupowanej Polsce, ryzykowali życie swoje i swoich rodzin, nadal pozostaje nieznanych. Na liście Sprawiedliwych nie znajdziemy m.in. Malwiny i Romualda Rakowskich, którzy na Wileńszczyźnie ukrywali rodzinę Katzów.

W czasie II wojny światowej Rakowscy mieszkali w Gudolinie, niewielkiej miejscowości niedaleko Mejszagoły, dziś znajdującej się w rejonie szyrwinckim.
– Teraz prawie nic już nie zostało, z dworu tylko fundamenty, ale to był piękny majątek, bogaty. Ludziom dobrze się tu żyło. Rodzice mieli gospodarstwo przy drodze. To była kolonia, wokół każdego domu ziemia. Do najbliższych sąsiadów było jakieś 200-300 metrów. Teraz nic już nie widać, bo wszyscy wyjechali po wojnie – opowiada Jan Rakowski, syn Romualda i Malwiny.

Po dworze, którzy dzierżawili Katzowie, nie ma już prawie śladu Fot. Marian Paluszkiewicz

Latem 1944 r. z prośbą o pomoc zwrócili się do Rakowskich Katzowie – żydowska rodzina z dwójką małych dzieci, którą Rakowscy dobrze znali, gdyż Katzowie dzierżawili majątek ziemski wraz z dworem w Gudolinie.
– Mama pracowała kiedyś u nich w majątku, pomagała przy pracach sezonowych. Mówiła, że to byli bardzo dobrzy ludzie, zawsze gotowi do pomocy. Mogła liczyć na nich, gdy np. zachorowało któreś z dzieci – opowiada Alberta Puczebut, młodsza siostra Jana.

Żydzi ukrywali się wcześniej u innego z gospodarzy, a gdy kryjówka przestała być bezpieczna, szukali nowego schronienia. Rakowscy przyjęli przybyszów. Mężczyźni razem wykopali wielki dół w stodole, zabezpieczyli, przykryli drewnem i sianem. Kryjówka była gotowa. Wojna powoli zbliżała się do końca, coraz częściej słychać było informacje o nadciągającej sowieckiej armii.

Na kilka dni przed wycofaniem się Niemców rodzina Rakowskich przeżyła chwile grozy.
– Do gospodarstwa wtargnęli Niemcy, krzycząc, że musimy uciekać, bo zbliża się front. Weszli do stodoły, kłuli widłami siano, pytali, czy w gospodarstwie nie ma „obcych”. Być może szukali Żydów – opowiada Jan Rakowski, który doskonale pamięta tamte wydarzenia, mimo że miał wtedy zaledwie 4 lata.

Rakowscy mieszkali w Gudolinie, 5 km od Mejszagoły fot. Marian Paluszkiewicz

Po tym wydarzeniu rodzina podjęła decyzję o opuszczeniu domu. Głowa rodziny – Romuald Rakowski – po raz ostatni zszedł do kryjówki, w której znajdowali się Katzowie. Zaniósł im mleko i chleb, po czym powiedział, że wyjeżdżają. Katzowie postanowi przeczekać kilka następnych dni w ukryciu.
– Rodzice nigdy ich już nie spotkali. Na przestrzeni wielu lat tata zastanawiał się, czy Katzom udało się przeżyć. Do końca życia nie dawało mu to spokoju. Historię ich ocalenia poznaliśmy dopiero w latach 90., już po śmierci taty – wspomina Alberta Puczebut. – Berta Katz, która ukrywała się u nas wraz z mężem i dziećmi, zgłosiła się do „Kuriera Wileńskiego“ z prośbą o odszukanie rodziny, która pomogła im w czasie II wojny światowej. Podała swój adres w Sydney, odezwaliśmy się do niej. Okazało się, że wszystkim udało się przeżyć. Wyjechali najpierw do Polski, a później rozpoczęli nowe życie w Australii – dodaje.

Właśnie dzięki listom Berty Katz Malwina Rakowska i jej dzieci poznały dalsze losy ukrywającej się w ich gospodarstwie rodziny. Okazało się, że po wyjeździe Rakowskich Katzowie omal nie zostali wykryci. Na drodze, tuż przy domu stanął czołg, ukrywająca się rodzina usłyszała głosy Niemców. Szukali drewna, które można byłoby podłożyć pod gąsienice, weszli do stodoły. Rozmawiali o tym, że wygląda to na czyjąś kryjówkę i najlepiej przed odjazdem rzucić granat…

Romuald Rakowski Fot. archiwum rodzinne Rakowskich

– Berta Katz opisała to dokładnie w liście do nas. Słyszeli głosy, byli przekonani, że po trzech latach ukrywania się w różnych miejscach zginą w ostatnich daniach wojny. Wtedy zdecydowali się na, wydawałoby się, szalony krok. Matka z dwójką dzieci wyszła z ukrycia. Dobrze znała niemiecki, ale do żołnierzy odezwała się po polsku. Powiedziała, że jest gospodynią tego domu i chowa się z dziećmi przed frontem, dzieci zaczęły płakać. To była bardzo ładna kobieta, która naprawdę dobrze mówiła po polsku. Żołnierze uwierzyli, jeden z nich trochę rozumiał po polsku. Wzięli, co było im trzeba i pojechali dalej – opowiada Alberta Puczebut.

Katzowie zdecydowali się na opuszczenie kryjówki. „Wyszliśmy w jasny dzień, na pole. Leżeliśmy na ziemi, a kule latały między nami. Później schowaliśmy się w krzakach. Niemcy strzelali na oślep, chcąc się przekonać, że nikogo tam nie ma. Tylko jedna kula trafiła w naszego chłopca, ale nic poważnego się nie stało. Za kilka dni weszli sowieci i znaleźli nas w tym polu. Odwieźli do Wilna, które było całkiem zniszczone” – pisała w swoim liście ocalona.

Jan Rakowski na tle stodoły, w której ukrywali się Żydzi Fot. archiwum rodzinne Rakowskich

Rakowscy nigdy nie otrzymali tytułu Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Malwina Rakowska niedługo przed śmiercią otrzymała jedynie Krzyż za Ratowanie Ginących (lit. Žūvančiųjų gelbėjimo kryžius) – litewskie odznaczenie państwowe, którym prezydent odznacza ludzi, niosących pomoc Żydom w czasie II wojny światowej. Zbieraniem i publikowaniem informacji na ten temat zajmuje się z kolei Państwowe Żydowskie Muzeum Gaona w Wilnie (lit. Valstybinis Vilniaus Gaono žydų muziejus). To właśnie ta instytucja kieruje do Kancelarii Prezydenta Republiki Litewskiej prośbę o przyznanie konkretnej osobie Krzyża za Ratowanie Ginących. Informacja o odznaczeniu przesyłana jest następnie do Instytutu Yad Vashem.

Jan Rakowski uważa, że na upamiętnienie zasługują oboje jego rodzice. W tej sprawie zwracał się już kilkakrotnie do Muzeum Gaona w Wilnie, jednak na razie nie otrzymał odpowiedzi. 78-letni świadek wydarzeń z czasów wojny nie traci nadziei, że doczeka chwili, gdy także jego ojciec otrzyma Krzyż za Ratowanie Ginących.
– Rodzice ryzykowali własne życie i naszą przyszłość. Chciałbym, żeby prawda o tych wydarzeniach była dobrze udokumentowana. Mama otrzymała odznaczanie, ale jestem przekonany, że ojciec również powinien być doceniony – mówi syn Romualda i Malwiny.

Romuald i Malwina Rakowscy fot. Archiwum rodzinne Rakowskich

Historii podobnych do wydarzeń z życia rodziny Rakowskich jest zapewne bardzo wiele. Na jakiekolwiek upamiętnienie czeka wiele tysięcy Polaków. Wojnę na terenie Polski, w ukryciu, przeżyło ok. 30-40 tys. Żydów. Wielu uratowało się także dzięki pomocy Polaków, którzy po wojnie znaleźli się z różnych przyczyn poza granicami kraju. Łatwo wyobrazić sobie, jak wielu wśród Polaków musiało być tych, którzy w wyjątkowo okrutnych czasach okazali się Sprawiedliwymi, choć pewnie większość ich nazwisk na zawsze pozostanie nieznana.


Prof. Jan Żaryn o Polakach ratujących Żydów

 

Prof. Jan Żaryn

Prof. Jan Żaryn, historyk, senator RP a także syn Sprawiedliwych wśród Narodów Świata w rozmowie z „Kurierem Wileńskim” opowiada o pomocy, jakiej w czasie wojny Polacy udzielali ukrywającym się Żydom.

Często mówiąc o Polakach ratujących Żydów w czasie wojny myślimy o pojedynczych osobach, które świadczyły pomoc, narażając własne życie. Czy jednak takie osoby, czy nawet rodziny, były w stanie samodzielnie sprostać takiemu zadaniu? Jak duży faktycznie musiał być krąg zaangażowanych pomoc jednej żydowskiej rodzinie?

Bardzo wiele świadectw Żydów, którzy przeżyli mówi o tym, że na ich drodze stanęło bardzo wiele osób. Gdyby choć jedno ogniwo tego łańcucha zostało przerwane, dana osoba nie przeżyłaby wojny. W zasadzie wszystkie źródła potwierdzają, że w ukrycie jednej rodziny żydowskiej było zazwyczaj zaangażowanych bardzo dużo ludzi. Niezależnie od tego, kto był formalnie odpowiedzialny za prowadzenie gospodarstwa, odpowiedzialność spadała na całą rodzinę. To gospodarstwo domowe może być zdefiniowane jako mieszkanie czy wiejskie gospodarstwo, ale może być to też dwór ziemiański czy dom zakonny. Na dodatek ukrywanie Żydów na ogół nie odbywało się tylko w stałej formule, ale wymagało także pomocy incydentalnej. Dana rodzina czy osoba przechodziła przez różne schronienia, czasem mieszkała samodzielnie, np. w lasach, a miejscowa ludność dostarczała żywność, co oczywiście jeszcze bardziej rozszerza krąg zaangażowanych ludzi. Chodzi więc nie tylko o osoby, które zapewniały mieszkanie i jedzenie, ale także kogoś, kto np. podwiózł, pomógł znaleźć kryjówkę.

Na polskiej liście Sprawiedliwych wśród Narodów Świata jest ponad 6,6 tys. osób. Czy liczba ta może być większa?

Na pewno chodzi o znacznie większy krąg zaangażowanych. Najpierw jednak trzeba określić, co w takiej sytuacji uważamy za pomoc. Na pewno nie możemy postrzegać tego w kategoriach dzisiejszych czasów. Nam się wydaje, że pomoc polega na tym, że rodzina, która prowadzi spokojny żywot, w ramach swoich możliwości udziela schronienia w postaci jednego pokoju i talerza zupy. W warunkach okupacji, gdy istniała nieustannie groźba wykrycia i śmierci, przy bardzo dużej presji i strachu, to zjawisko pomocy wymaga ogromnej konspiracji. Strach odczuwały obie strony, zarówno ukrywający się Żydzi, jak i ci, którzy ich ukrywali. Co więcej, strach odczuwały także osoby, które same nie ukrywały Żydów, ale wiedziały o tym, że są ukrywani w pobliżu. Jako ci, którzy wiedzą, a nie informują, również oni mogli być pociągnięci do odpowiedzialności. Prawo okupanta było prawem bezwzględnym i niedoniesienie uznawało za przestępstwo. Co więcej, obowiązywała zasada odpowiedzialności zbiorowej, więc konsekwencje mogły objąć całą kamienicę czy wieś. W praktyce – z perspektywy ukrywanego Żyda, wyglądało na to, że ukrywa go jedynie dziadek czy babcia, którzy przynoszą mu jedzenie, tymczasem dla zachowania tej sprawy w tajemnicy często konieczna była współpraca wielu osób.

Czy w takiej sytuacji można w ogóle próbować określić liczbę Polaków, którzy w czasie wojny pomagali Żydom?

Takie próby można podejmować dopiero, gdy odpowiednio określimy kryteria, zdefiniujemy słowo pomoc. Jako historyk jestem pewien, że przy założeniach, o których mówiłem, jest to co najmniej kilkaset tysięcy zaangażowanych osób. Operuję liczbą miliona, by pokazać pewną skalę zaangażowania Polaków w wypełnianie zarówno wypływającego z sumienia chrześcijańskiego obowiązku, jak i prawa, które nie było prawem okupanta, ale funkcjonującego wówczas Polskiego Państwa Podziemnego. Oczywiście, oddziaływanie prawa stanowionego przez okupanta było nieporównywalnie bardziej odczuwalne dla mieszkańców, ale wierność państwu polskiemu i chrześcijańskie wychowanie okazywały się wystarczająco mocnym kontrargumentem. Polacy decydowali się na to, by w tak trudnej sytuacji chronić ukrywających się Żydów, próbując oczywiście minimalizować ryzyko utraty życia. Szmalcownictwo, donoszenie, czyli jedyne postawy zgodne z życzeniem niemieckiego okupanta, dotyczyły zaledwie do 5 proc. polskiego społeczeństwa. Oczywiście i tak tego rodzaju zachowania pozostają odrażające, jednak musimy zauważyć, że nie była to postawa dominująca.

Dzięki czemu konspiracja była możliwa?

Wymagało to oczywiście bardzo dużej samodyscypliny i świadomości tego, że o pewnych rzeczach nie powinno się mówić. Nikt nie chodził po ulicach Warszawy i nie opowiadał o tym, że ukrywa Żydów, licząc na to, że wszyscy zrozumieją. Taka osoba od razu byłaby uznana za prowokatora. Zawsze w takiej sytuacji podaję również przykład mojej rodziny. Tytuł Sprawiedliwych wśród Narodów Świata przyznany został moim rodzicom, cioci i wujowi, a więc 4 osobom, które zamieszkiwały majątek ziemiański, w którym ukrywali się Żydzi, ale w tym majątku, w warunkach okupacji przebywało znacznie więcej osób. Był to majątek podwarszawski i po Powstaniu Warszawskim w pewnym momencie mieszkało tam ponad 30 osób. Oczywiście, nie wszyscy musieli wiedzieć o tym, że Irenka, która pracowała jako pokojówka, była jednocześnie ukrywającą się Żydówką. Stali mieszkańcy wiedzieli o tym, ale oficjalnie mówiono, że jest Ormianką. Nikt z przebywających w tym dworze nie zadawał również niepotrzebnych pytań. Każdy miał świadomość, że pozostając godzi się na warunki stworzone przez gospodarzy, czyli życie w świadomości, że prawdopodobnie mogą tu być ukrywani Żydzi. Jeszcze bardziej było to widoczne w zgromadzeniach zakonnych. Wiadomo było, że to siostra przełożona była osobą, która wiedziała, kto jest kim. Reszta sióstr nie była oficjalnie wtajemniczana. Mówiono, że np. „ta dziewczynka od dziś ma na imię Bożenka” i nikt się nie pytał, dlaczego wczoraj nazywała się inaczej. Właśnie takie zasady działania wypracowane przez społeczeństwo poddane ogromnej presji, pozwalały na wykonanie tego niesamowitego zadania, jakim było udzielanie pomocy zagrożonym Żydom. Była to po prostu rzeczywistość, z którą należy się skonfrontować, nie dlatego, że się chciało, ale dlatego, że ta rzeczywistość była. Dla mnie bardzo wymowny jest przykład Markowej na Podkarpaciu. Jesteśmy wszyscy poruszeni historią rodziny Ulmów, zginęli wraz z dziećmi, ale na ogół nie wszyscy wiemy, że po tym wydarzeniu z marca 1944 r., mimo że całe miasteczko widziało i odczuło zbrodnię, która z założenia miała mieć wymiar edukacyjny, nadal w Markowej ukrywali się Żydzi, którzy tę wojnę przeżyli. Jest to bardzo dobre świadectwo dotyczące polskich postaw i umiejętności konspiracji.

Czy można określić, jak wielu Żydów ukrywali Polacy w czasie wojny?

W raportach wywiadu Armii Krajowej z marca 1944 r. mowa jest o 250 tys. Żydów poza gettami. Oczywiście wywiad mógł mieć błędne dane, w tej liczbie mogą być również uwzględnieni Żydzi w oddziałach, ale widać wyraźnie skalę zjawiska. Pozwala nam to zrozumieć, z jakim problemem musiało zetknąć się polskie społeczeństwo w momencie, gdy Niemcy rozpoczęli zagładę Żydów, który wobec zagrożenia uciekali „na aryjską stronę”. Było to ogromne wyzwanie, często potęgowane również nieznajomością terenu. Człowiek, uciekający z transportu do Treblinki nie wiedział, gdzie trafi. Na ogół szukał schronienia w parafii lub wsi. Te pierwsze spotkanie zawsze było dramatycznym momentem dla obydwu stron. To wszystko pokazuje nam, że świadczona przez Polaków pomoc była bardzo różnorodna. Cały czas rozmawiamy tylko o pomocy indywidualnej, a przecież przez cały czas istniała również pomoc zorganizowana, która obejmowała w zasadzie całe Polskie Państwo Podziemne, które widziało pomoc Żydom jako jeden z celów prowadzonej wojny. Ta pomoc uwzględniona była w budżecie, dyplomacji, strukturach egzekutywy, wywiadu, propagandy, wreszcie Radzie Pomocy Żydom „Żegota”. Wszystko, każdy element Polskiego Państwa Podziemnego był w jakimś stopniu zaangażowany w ten problem.

 

 

Leave a Reply

Your email address will not be published.