0
Regina Markiewicz: „Nic nie zastąpi dobrego nauczyciela”

Reginą Markiewicz

Rozmowa z Reginą Markiewicz, „Polakiem Roku 2017”, wybraną w Plebiscycie Czytelników „Kuriera Wileńskiego”


Jest Pani zwyciężczynią jubileuszowej, dwudziestej edycji Plebiscytu Czytelników „Kuriera Wileńskiego” na „Polaka Roku”. Czym jest dla Pani polskość? Co dla Pani oznacza bycie Polką?

Przed paru laty słyszałam takie określenie byłego premiera Tuska, że „polskość to nienormalność”. Pamiętam, że mocno mnie zbulwersowało to określenie. Później zaczęłam się zastanawiać, jak ja bym to ujęła. W mojej rodzinie polskość była „normalnością”. Uważam, że polskość jest to po prostu życie, również poczucie godności narodowej. Bycie Polakiem na Litwie to lojalność wobec swego kraju zamieszkania, ale też uczucie własnej tożsamości i godności. To zachowywanie tradycji, wychowywanie dzieci w duchu patriotyzmu.

Jak polskość była pielęgnowana w Pani domu rodzinnym?

Urodziłam się w niedużej miejscowości Okla nieopodal Ejszyszek, w domu rodzinnym mamy. Mieszkaliśmy razem z kochanymi dziadkami, mamą, tatą i młodszym o 2,5 roku bratem. Mimo różnych wiatrów historii w mojej rodzinie zawsze było silne przekonanie o własnej tożsamości, polskości. Mama oddała i mnie, i brata do polskiej szkoły, chociaż w tamtych czasach nie było to popularne – polskie klasy wtedy były bardzo nieliczne.
Dla porównania: w mojej pierwszej klasie polskiej było nas 18 dzieci, 5 uczniów w litewskiej i aż 4 klasy rosyjskie! Mama zaczęła pracować jako nauczycielka już w wieku osiemnastu lat w Purwianach. Była nauczycielką klas początkowych w wiejskiej szkole w Podwarańcach, w Montwiliszkach, potem w Ejszyszkach. W moim dzieciństwie ciągle przebywałam w szkole. W wieku 5 lat miałam już przerobiony kurs pierwszych czterech klas, ponieważ klasy były łączone. Poszłam jednak do szkoły w wieku 7 lat, ponieważ rodzice uznali, że szkołę zawsze skończę, a dzieciństwa nikt mi nie zwróci. Umiałam już czytać i pisać, ale uczyłam się pilnie, ponieważ nie wyobrażałam sobie, że można mieć nieodrobione lekcje.

Czyli nauczycielskiego bakcyla złapała Pani od mamy?

Tak, bo jako dziecko pomagałam ołóweczkiem sprawdzać zeszyty. Mama zawsze przygotowywała piękne koncerty i jasełka. Choć jasełka były wtedy bez dzieciątka Jezus, ale dzieci robiły małe spektakle, wystawiały bajeczki, przygotowywały piękne koncerty. Od niej nauczyłam się miłości do dzieci, poszanowania dla każdego ucznia i rodzica.

Gdzie pobierała Pani naukę?

W 1979 r. skończyłam szkołę średnią w Ejszyszkach, otrzymałam złoty medal. Przez całe życie marzyłam o studiach medycznych, rodzina mnie widziała w charakterze lekarza, ale tak się stało, że egzamin wstępny nie poszedł mi na piątkę. To był dla mnie cios. Ale ostatecznie dobrze się stało, bo Instytut Pedagogiczny w Wilnie w tym samym roku otworzył nowy kierunek nauczania z fizyki i astronomii. Dostałam się tam, wraz ze mną inne osoby, które nie dostały się na medycynę czy uniwersytet techniczny.
To była świetna grupa studentów. Kuratorem był docent Algimantas Ažusienis, wspaniały człowiek, który nas wszystkich zjednoczył (byłam jedyną Polką w grupie). Absolwenci naszego roku to dziś kuratorzy wydziałów oświaty, dyrektorzy szkół. Studia były niesamowicie ciekawe i wartościowe, dlatego bardzo boli mnie serce, gdy słyszę, że uniwersytet pedagogiczny nie potrafi rzekomo przygotować dobrych nauczycieli. To była naprawdę dobra uczelnia.
Mieliśmy praktyki w obserwatoriach w Wilnie i Molatach, a nawet na górze Majdenak u podnóża Pamiru, gdzie Litewska Akademia Nauk miała własne obserwatorium. Podglądaliśmy gwiazdy ponad chmurami, świeciły jak lampy – to było niesamowite. Po roku mogłam znów podejść do studiów medycznych, ale już nie potrafiłam zrezygnować ze studiów pedagogicznych.

Nie żałuje Pani tej decyzji?

Nie, z całą pewnością. Zostałam na uczelni, gdzie pracowałam 4 lata. Potem był urlop macierzyński, praca w laboratorium, zamieszkałam w Solecznikach. Trafiłam do szkoły dopiero w 1993 r. Podjęłam pracę w Gimnazjum im. Jana Śniadeckiego jako nauczycielka informatyki. Kiedy w 1997 nastąpiło w Solecznikach ostateczne rozdzielenie szkół na polską, rosyjską i litewską, zostałam wicedyrektorką razem z Leokadią Palewicz, Stanisławą Moliene i dyrektorem Stefanem Dudojciem. Zaczęliśmy razem tworzyć polską szkołę. Kiedy tworzyliśmy jej wizję, marzyliśmy o tym, by była ona osiągalna dla ucznia słabego i ciekawa dla ucznia zdolnego. Praktycznie to się udało.

Jak w Pani ocenie wypada porównanie pracy w szkole kiedyś i dziś?

Na pewno dużo się zmieniło, zmieniły się dzieci, szerszy jest zakres informacji. Jeżeli wcześniej dziecko miało tylko nauczyciela i podręcznik, to dziś ma w internecie cały świat. Tym niemniej, uważam, że nikt nie zastąpi dobrego nauczyciela. Pewien profesor informatyki na konferencji w Polsce opowiadał raz taką historyjkę, jak to pewien wykładowca miał dość powtarzania tego samego tematu i postanowił, że nagra wykład na magnetofonie i puści nagranie swoim studentom.
Tak zrobił. Po raz kolejny włączał nagranie, a sam szedł na kawę. Nieoczekiwanie na korytarzu spotkał swych studentów, którzy zamiast słuchać wykładu z magnetofonu, szukali profesora. Studenci zaczęli się usprawiedliwiać, że nagrywają wykład na własne magnetofony. I dodali: „Ale dla nas potrzebny jest pan, bo to z panem chcemy porozmawiać i podyskutować!”. Tak więc, nic nie jest w stanie zastąpić dobrego nauczyciela.

Niestety, zawód nauczyciela nie jest marzeniem dzisiejszych młodych ludzi…

Dzisiaj nauczyciele, żeby normalnie przeżyć, są zmuszeni do pracy w większym wymiarze godzin, nawet do 36. Gdyby nauczyciel miał normalnie 18 godzin kontraktowych i godziwe wynagrodzenie, mógłby dać z siebie dużo więcej, miałby możliwość dotrzeć do każdego ucznia. Kiedyś popularne były wytyczne o potrzebie integracji uczniów, ja natomiast uważam, że potrzeba dyferencjacji. W klasie, w której jest uczeń przygotowujący się do olimpiady i uczeń mający trudności z przedmiotem, nie da się jednakowo tłumaczyć tematu. Potrzebna jest praca indywidualna z uczniem.

Od 2004 r. kieruje Pani wydziałem oświaty i sportu samorządu rejonu solecznickiego. W rejonie udało się zachować polskie szkoły i akredytować gimnazja. Obecnie jest tu osiem polskich gimnazjów, tyleż polskich przedszkoli. Jak Pani ocenia ten okres?

Praca w samorządzie jest oczywiście inna niż w szkole, ale zawsze tu spotykałam się z wielką przychylnością – wspólnie z administracją, radą i merem wcielaliśmy w życie wszelkie idee. Samorząd jest bardzo otwarty na sprawy oświaty. Wszystkie szkoły utrzymać było bardzo trudno, ale jednak wiedzieliśmy, że szkoła blisko ucznia i jego domu jest bardzo ważna jako element zachowania małej ojczyzny. Drogą dyplomacji, rozmów i próśb udało nam się znaleźć z resortem oświaty model, jakiego na Litwie jeszcze nie było: nawet w małych miejscowościach udało nam się zachować po dwa gimnazja – polskie i litewskie – w Białej Wace i Dziewieniszkach. Oświata jest niewątpliwie priorytetową sprawą, to dla niej przeznacza się największe środki budżetowe: 53-54 proc.

Jak widzi Pani przyszłość polskich szkół?

Teraz musimy stawiać na jakość, tworzyć bardzo dobrą szkołę dla bardzo dobrych uczniów. Marzy mi się centrum metodyczne, gdzie nawet w soboty pracowaliby najlepsi nauczyciele rejonu i mieli konsultacje dla zdolnych dzieci, które chcą coś osiągnąć. W rejonie mamy bardzo dobrych nauczycieli przedmiotowców od nauk przyrodniczych, matematyki, historii i innych. Naturalnie trzeba rozważyć kwestię wynagrodzenia dla nich.

Jak ocenia Pani perspektywę szkolnictwa w kontekście, mam wrażenie, sypiącego się w gruzy systemu?

Niestety, jedyną stałą w naszym systemie oświaty są nieustające zmiany i reformy. Następują one po sobie w takim tempie, że nie ma możliwości ocenić skutków poprzedniej reformy, a już goni ją następna. Nikt nie dokonał analizy, a program już się zmienia. To utrudnia pracę.

Co Pani sądzi o reorganizacji Litewskiego Uniwersytetu Edukologicznego?

Bardzo żal naszego uniwersytetu i nie bardzo wiadomo, gdzie będą kształcili się nauczyciele. To prawdziwy problem i nie widać nawet światła w końcu tunelu. Może pani minister ma jakąś wizję? Tymczasem tylko w naszym rejonie już praktycznie w każdej szkole brakuje nauczycieli fizyki, anglistów, lituanistów, nawet nauczycieli od nauczania wczesnoszkolnego. Inni przedmiotowcy w większości mają ponad 50 lat. Więc za kilka lat ten problem się pogłębi. Uważam, że te braki trzeba nadrobić, odbudować prestiż pracy nauczyciela, studiów pedagogicznych. Uważam, że można to zapewnić poprzez bezpłatne studia i bardzo ciekawe programy. Nauczyciel to też wychowawca, dlatego musi tu znaleźć się dostęp do teatrów, możliwość wyjazdów edukacyjnych.

Czy Pani zdaniem słuszne jest nauczanie języka litewskiego w polskich klasach początkowych według tych samych programów nauczania, co w szkole litewskiej?

Jest to zbyt trudne dla dzieci, to widać. W naszym rejonie już od 1997 r. wprowadziliśmy nauczanie języka litewskiego w polskich przedszkolach, lituanistki miały zajęcia z dziećmi w języku litewskim w polskich grupach. Praktycznie każde dziecko przychodzi do szkoły z pewną znajomością litewskiego. Mimo to dzieci mają trudności z nauką języka litewskiego według programu języka ojczystego. Dzieci nie są w stanie w jednakowym stopniu opanować dwóch języków ojczystych. Powtarzają to nauczyciele lituaniści, ten problem został poruszony na konferencji poświęconej nauczaniu języka litewskiego, ale niestety problem pozostaje. Trzeba to rozpatrzeć na zdrowy rozsądek i pomyśleć nad koncepcją, by dziecko w szkole było szczęśliwe, a nie przemęczone i zniechęcone.

Czy ma rację bytu ujednolicony maturalny egzamin z języka litewskiego?

Wiele o tym mówiliśmy w ministerstwie, na pewno był to błąd. Być może to przyznają teraz osoby, które tworzyły ten pomysł. Egzamin ten trzeba złożyć, żeby otrzymać świadectwo maturalne. Toteż musieliśmy sprostać narzuconym wymaganiom, lituaniści i uczniowie poświęcają temu wiele czasu. Rozmawiamy na ten temat z najlepszymi lituanistami, zbieramy ich opinie, wysyłamy do ministerstwa, z kolei nauczyciele stowarzyszeni w kołach przedmiotowych również wysyłają swe propozycje. Niestety, najczęściej ministerialne grupy robocze widzą własne koncepcje i wiele spraw wygląda tak, jak je widzą „eksperci”, a nie praktycy.

Prywatnie jest Pani mamą trójki dzieci…

Jestem mamą trójki już dorosłych dzieci. Najmłodszy, Andrzej, zdał już maturę i jest obecnie studentem pierwszego roku na wileńskiej filii Uniwersytetu w Białymstoku. Emilka jest studentką piątego roku na Uniwersytecie Medycznym w Łodzi. Żaneta skończyła Szkołę Główną Handlową w Warszawie, skończyła też Europejską Akademię Dyplomacji, długo pracowała w Warszawie, ale po śmierci ojca wróciła na Litwę, żeby nam pomóc. Tak więc wszyscy studiowali w języku ojczystym, uważam, że jest to wielkie szczęście. Odwiedzają nas teraz przyjaciele z różnych krajów: Bliskiego Wschodu, Białorusi, Ukrainy, ze Szwecji, Niemiec – wszystkich interesują polskie tradycje na Litwie.

Bycie Polakiem na Litwie jest wartością?

Tak, to wielka wartość. Zachowanie korzeni, tradycji, przekazanie ich dzieciom jest obowiązkiem każdego z nas.

 

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.