0
Marek Dzida: Przez Hawanę i Meksyk do Stanów Zjednoczonych

Marek Dzida jest właścicielem niedużej galerii sztuki Hellada w Long Beach Fot. Witold Janczys

Rozpoczynamy serię artykułów o historiach Polaków, którzy wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych. W kilku publikacjach opowiemy o sukcesach, porażkach i o tym… czy łatwo było i jest się dorobić lepszego życia, spełnić swoje „american dream”.

Spotykam się z Markiem Dzidą, właścicielem niedużej galerii sztuki Hellada w dzielnicy Long Beach, ba – właściwie miasta, w którym mieszka co najmniej 500 tys. osób i które znajduje się na wybrzeżu Pacyfiku, w odległości 30 km od centrum Los Angeles.
Marek zamyka galerię na klucz i przez kilkanaście minut przechadzamy się po całej przestrzeni, wokół obrazów, rysunków i innych dzieł sztuki. W tym miesiącu wystawiane są erotyki, na obrazach mężczyźni i kobiety, w psychodelicznych kolorach spleceni w różnorodnych pozycjach. Kątem oka dostrzegam, że Marek przygląda mi się uważnie, rozumiem, że zafundował mi na swój sposób test, jak zareaguję na te dzieła.

„Zanim trafiłem do Stanów, byłem mieszkańcem Łodzi, studentem. W 1989 roku, będąc na wycieczce studenckiej w Chinach, zapoznałem się z grupą amerykańskich studentów, zaprzyjaźniliśmy się, później oni przyjechali do Polski nas odwiedzić. Wśród nich była jedna dziewczyna z Los Angeles… Przyjechała do Łodzi i właściwie to ona pomogła podjąć mi ostateczną decyzję” – opowiada Marek o początkach swojej amerykańskiej historii.
Ostatecznie, po wymianie listów ze swoją znajomą ze Stanów, podjął decyzję o tym, aby przyjechać prosto do Kalifornii, żaden Nowy Jork, żadne Chicago, tylko Los Angeles! Tu jest słońce, ciepło, plaże i Hollywood. Ostatecznie wyrobił sobie wizę turystyczną i wyruszył w podróż.

„Tysiąc dolarów kosztował wtedy bilet do Los Angeles, oczywiście dla mnie, w tamtych czasach, była to suma niewyobrażalna, tym bardziej, że pensja wynosiła wówczas 30-40 dolarów miesięcznie. Zorientowałem się, że rosyjskie linie lotnicze „Aeroflot” mają przeliczenie ze złotówką 1 do 1, potem się dowiedziałem, że Rosjanie latają do Hawany, stolicy Kuby, a Hawana już nie jest zbyt daleko od Stanów Zjednoczonych. Jeszcze później się dowiedziałem, że kubańskie linie lotnicze mają loty do stolicy Meksyku – miasta Meksyk” – kontynuuje opowieść mój rozmówca.

Ostatecznie, jak mówi, dzięki przeliczeniu kursu walutowego złotówki do rubla, okazało się, że bilet na lot „Aeroflotu” i następnie kubańskich linii lotniczych do Meksyku będzie kosztował około 70-100 dolarów, a taką sumę już był w stanie udźwignąć. Nadal był jednak pewien problem, w tamtych czasach, jak mówi, żeby trafić na Zachód, trzeba było mieć potwierdzoną rezerwację, w przeciwnym wypadku miało się zakaz wyjazdu z Polski – takiej rezerwacji oczywiście nie miał.
Poleciał więc „Aeroflotem” z Warszawy do Budapesztu, po trzech dniach oczekiwania na lot, dostał się do Madrytu, w stolicy Hiszpanii z kolei na lot do Hawany musiał czekać cztery dni, które spędził koczując na lotnisku, przenosząc się z miejsce na miejsce tak, aby nie wpaść w oku służbom mundurowym. Po czterech dniach trafił do Hawany, a stamtąd już bez większych przygód do miasta Meksyk.

„W autobusie z Meksyku, który jechał do Stanów Zjednoczonych, spędziłem trzy dni i dwie noce, przyjechałem do Tihuany (miasto po stronie meksykańskiej, na granicy z USA – przyp. aut.). Telefonuję do swojej znajomej, a ona w szoku, że już jestem tu!” – uśmiecha się Marek.
Cała podróż z Warszawy do Stanów zajęła mu około dwóch tygodni, dziś czas lotu transatlantyckiego, np. z lotniska we Frankfurcie trwa z 12 godzin. Po tym, jak spotkał się ze znajomą, życie zaczęło się układać. Początkowo mieszkał razem ze swoimi amerykańskimi kolegami. Wspomina, że życie w tamtych czasach dla emigrantów z Europy było łatwiejsze, prościej też było o kartę tymczasowego pobytu.
Przez pierwszy rok swojego pobytu w Stanach był na wizie turystycznej. Przed wygaśnięciem terminu wizy, wrócił do Polski.
„Pomyślałem sobie, że wiem już, jak się do Stanów dostać, jak wygląda droga, więc skończę sobie studia i wrócę tu, raz jeszcze. Ale po powrocie do Polski, natychmiast jak wylądowałem w Warszawie na Okęciu, to było… smutne przeżycie. Tu padał deszcz, szaro, zimno, ciemno – zderzenie z rzeczywistością – co ja zrobiłem!” – wspomina Marek.

Co zrobił? Poszedł więc do amerykańskiej ambasady i powiedział prosto z mostu, że chce wyemigrować na stałe do Stanów. Szczerość się opłaciła, otrzymał wizę na trzy lata i radę, aby spróbować szczęścia w międzynarodowej loterii na uzyskanie amerykańskiego obywatelstwa. Następna podróż do Stanów była obfita w różne przygody i tak np. zgubił się jego bagaż w Hawanie, na Kubie spędził trzy tygodnie, tym razem dla odmiany nie na lotnisku, ale koczując na plaży. Wygrał na loterii wizę i został Amerykaninem.

W dużych pomieszczeniach robimy różne show, performance, występy

„W Stanach poszedłem studiować do Long Beach City college, następnie przyjechała do mnie dziewczyna z Polski, pobraliśmy się. Studia były kamieniem milowym pod względem mojej adaptacji do amerykańskiego życia. Ukończyłem wszystkie studia na kierunku fotografii komercyjnej. Zarabiałem całkiem nieźle, pracując w magazynie o motoryzacji, robiłem zdjęcia samochodom, do czasu pojawienia się fotografii cyfrowej. Wtedy pojawiły się automatyczne kamery cyfrowe a ja, nie czekając, że mnie zwolnią zdecydowałem się na założenie własnego biznesu” – opowiada o przeszłości Marek. W 1996 roku, 22 lata temu, zdecydował się na otwarcie galerii sztuki. Początkowo wyglądało, że pomysł nie wypali. Przez pierwsze dwa lata nie sprzedał nic i gdyby nie miał pożyczek, czekałoby go bankructwo. Żeby oszczędzić mieszkał w galerii. Jak sam mówi, przetrwać mu pomogła jego wiedza, przedsiębiorczość wyniesione z Europy i Polski.

„Zorientowałem się, że galeria będzie miała sukces tylko wtedy, gdy będzie częścią potrzeb lokalnej społeczności. Muszę stworzyć warunki, żeby ludzie mieli okazję zrobić tu w galerii coś, co jest ważne, a czego nigdzie indziej nie ma. Zauważyłem, że są ludzie, którzy chcą się wykazać, mają talent i nie mają miejsca, gdzie to zrobić, więc je im zapewniłem. Co zrobiłem? Wynajmuję ściany w galerii na to, co oni chcą na tych ścianach robić” – z szerokim uśmiechem na twarzy Marek Dzida ciągnie swoją opowieść o tym, jak znalazł przepis biznes i… przetrwanie.
Właśnie ściany i ich wynajmowanie stało się tym, czego chcieli mieszkańcy lokalnej społeczności, którzy chętnie płacili i płacą po 10, 15, 20 czy 50 dolarów za prawo umieszczenia swojego dzieła sztuki na ścianie w jego galerii.
„Nagle zrobił się z galerii biznes, obecnie wszystko funkcjonuje w taki sposób, że mam około 15 stałych członków artystów, którzy wynajmują u mnie miejsce na swoje dzieła. W dużych pomieszczeniach robimy różne show, performance, występy. Pieniędzy z tego wszystkiego starcza na pokrycie większej części kosztów działalności, na pozostałe dorabiam sam – robię zdjęcia, oprowadzam grupy turystyczne” – tłumaczy Marek. Z tego, co zarabia on i żona, która zajmuje się sprzedażą biżuterii, starcza, żeby podróżować… co prawda nie do Europy, ale po Stanach.
Wracamy do spraw biznesu, interesuje mnie, kim są nabywcy sztuki, którą wystawia w galerii.
„Czasami u mnie kupują turyści z Niemiec, Francji, ale żadnego nabywcy z Litwy, Łotwy, Estonii czy Polski jeszcze nie miałem” – mówi.
Wydaje mi się, że trochę się bawi, przekomarzając się ze mną jako potencjalnym klientem, niestety, nawet skromne dzieła sztuki erotycznej w cenie kilkuset dolarów, zbyt mocno obciążyłyby mój portfel. Myślę, że być może innym razem.
Marek przez pewien czas zajmował się nawet organizacją lokalnego konkursu piękności Miss Polonia, od 2000 roku razem ze swoim przyjacielem Władkiem Juszkiewiczem jest zaangażowany w organizację Polskiego Festiwalu Filmowego.
Pytam o to, kim się czuje: Polakiem, Amerykaninem czy Polakiem-Amerykaninem albo Kalifornijczykiem. „Przez te lata spędzone tu, kompletnie się zamerykanizowałem. O Polsce, o Europie oczywiście wspominam, ale amerykańska kultura stałą się moją z wyboru, więc Europa dla mnie to odległy sen… Myślę jak Amerykanin, moje poglądy na świat są zbliżone do amerykańskich. To czuję, szczególnie, gdy np. spotykam się i rozmawiam z mamą” – zaznacza.
Jak przekonuje, w amerykańskiej kulturze nie ma takich dylematów, jak w litewskiej czy polskiej – szanować czy nie nauczyciela tylko dlatego, że ta osoba jest nauczycielem, ustępować czy nie miejsca w autobusie czy metrze.
„Powiem więcej, dostrzegam, że pojawiły się u mnie patriotyczne uczucia – chwyta za serce, gdy przemawia prezydent, czy na widok amerykańskiej flagi. Do Ojczyzny, do Polski, nadal czuję sentyment, ale teraz mój kraj jest tu, w Stanach. Czuję się tu w Kalifornii dobrze i bezpiecznie, nie muszę myśleć, że wybuchnie wojna, że nam zabraknie wody czy elektryczności” – opowiada.

Jak tłumaczy, poczucie bezpieczeństwa i wygoda życia w Kalifornii sprawiają, że mieszkańcy tego stanu mogą wieść w miarę bezstresowe życie.
Pytam, co mógłby poradzić nowym i przyszłym emigrantom.
„Uważam, że najlepiej jest emigrować tu do Stanów w wieku mniej więcej 30-u lat. W tym wieku człowiek jest jeszcze w stanie pokonać barierę kulturową, adaptować się do otoczenia. Ta prostota życia w Kalifornii wykształciła bardzo specyficzny i amerykański sposób patrzenia na świat. Żeby to przyswoić, trzeba mieć sporo czasu, zdrowia i otwarty umysł. Tu nikt nikogo nie podtrzymuje, jeżeli upadniesz i nie poprosisz o pomoc, musisz sam wstać” – tłumaczy Marek.

Jak przekonuje, najbardziej skomplikowane zadanie dostosowania się do amerykańskiego sposobu na życie mają ci emigranci, którzy przyjeżdżają z tych europejskich krajów, gdzie życie jest zbudowane na zasadzie sztywnej hierarchii:
„Tu w Stanach, szczególnie Kalifornii, nie ma sztywnych zasad, jesteś tym, kim chcesz być, ludzie się tobą nie interesują – bądź sobą – i tyle. Kolejna bardzo ważna różnica, pomiędzy Europejczykami a Amerykanami polega na tym, że Amerykanie myślą do przodu: co zrobić jutro lepiej, niż zrobiliśmy dziś. Europejczycy natomiast żyją tym, co zrobiło się wczoraj, kilkanaście albo wręcz kilkadziesiąt lat wstecz”.
Zdaniem Marka Dzidy prowadzi to do tego, że często ludzie w Europie, politycy, kłócą się o to, co było, zamiast zająć się pracą, żeby było lepiej już dziś albo jutro.

„W Europie ludzie potrafią się pokłócić o to, co było sto czy nawet dwieście lat wstecz, coś co jest nie do pomyślenia, tu w Stanach Zjednoczonych. Dla emigrantów – tak, tylko dla młodych i otwartych, tych, co nie boją się pomysłów i są otwarci na świat”. Jak sam mówi, Stany Zjednoczone potrzebują emigrantów z Europy. Potrzebują szczególnie teraz, gdy do Stanów przyjeżdża coraz więcej ludzi z Ameryki Łacińskiej. „Latynosi, Meksykanie, którzy osiedlają się w Stanach, w przeciwieństwie do nas, emigrantów z Europy, nie chcą więcej, nie chcą nowych wyzwań, najczęściej chcą korzystać z już istniejących zdobyczy cywilizacji amerykańskiej” – przekonuje mój rozmówca.

Na zakończenie, pytam o stereotypy w amerykańskiej kulturze o emigrantach z Europy. Marek się zastanawia i po chwili przeczącą kręci głową. Twierdzi, że owszem, wie o czymś takim, ale osobiście z krytycznym stosunkiem ze strony Amerykanów, opartym na stereotypach na temat Polaków, się nie spotkał.
Żegnamy się z Markiem mocnym uściskiem, obiecuję mu, że następnym razem, gdy będę w Los Angeles, spotkamy się obowiązkowo!

Witold Janczys
Fot. autor
Los Angeles

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.