0
Piotr Hlebowicz: Polacy rozumieli, że wolność Litwy jest zagrożona

Piotr Hlebowicz

Piotr Hlebowicz w rozmowie z „Kurierem Wileńskim” opowiada o wsparciu Solidarności Walczącej w drodze Litwy do Niepodległości.


W latach 80., w ramach działalności w Solidarności Walczącej, zaangażował się Pan we współpracę z opozycją antykomunistyczną w Związku Sowieckim. Dlaczego wybrał Pan kierunek wschodni?

Moje zainteresowanie działalnością na tych terenach wynikało w dużej mierze z historii rodzinnej. Mój dziadek miał majątek pod Grodnem. Wyjechał w 1946 r., bo nie chciał żyć w Związku Sowieckim. Był zażartym antykomunistą. Stale słuchał Radia Wolna Europa, często przy radiu siedziałem razem z nim. Byłem wtedy małym chłopakiem, więc tłumaczył mi to, czego nie rozumiałem.
Nic więc dziwnego, że bardzo wcześnie związałem się z opozycją. Należałem do wielu organizacji konspiracyjnych w stanie wojennym, w tym do Solidarności Walczącej, w której bardzo dużo osób miało swe korzenie na Kresach II RP.
Solidarność Walcząca, w imię hasła „Za wolność waszą i naszą”, była otwarta na współpracę z przedstawicielami uciśnionych przez Związek Sowiecki narodów. Znajdowało to wyraz w naszej prasie podziemnej. Dosyć długo dojrzewałem do tego, by swoją działalność ukierunkować ściśle na ZSRS.
W 1985 r. poznałem Jadwigę Chmielowską, działaczkę z Górnego Śląska, wówczas ukrywającą się. Była ścigana listem gończym aż do sierpnia 1990 r. Jej przodkowie pochodzili z okolic Stanisławowa, więc również bardzo interesowała się sprawami Związku Sowieckiego.
Dwa lata później zaproponowałem, by w Solidarności Walczącej stworzyć wydział, który zajmowałby się profesjonalnie tylko sprawami wschodnimi. Pojechaliśmy z Jadzią w tej sprawie do Wrocławia, by spotkać się z Kornelem Morawieckim, przewodniczącym Solidarności Walczącej i ojcem aktualnego premiera Polski.
Było to jesienią 1987 roku. Jako że Kornel się ukrywał i był wtedy jednym z najbardziej poszukiwanych ludzi w Polsce, więc dotarcie do niego było rzeczą niezwykle trudną. Trzeba było czekać co najmniej trzy dni, by się upewnić, że nie mamy jakiegoś „ogona”. Byliśmy wożeni paroma samochodami w różne miejsca, kontrwywiad SW nasłuchiwał skanerami na częstotliwościach SB, itd.
W końcu do spotkania doszło – Kornel zaakceptował pomysł i na początku 1988 r. powstał Autonomiczny Wydział Wschodni Solidarności Walczącej. Parę tygodni później Kornela aresztowano.

Wydaje mi się, że to było szczególnie ważne w waszej działalności, to zainteresowanie Wschodem, nie jako polskimi Kresami, ale też szukanie współpracy przede wszystkim ze środowiskami opozycyjnymi różnych narodów żyjących w Związku Sowieckim. Bardzo duże wrażenie zrobiła na mnie seria znaczków Solidarności Walczącej z 1985 r., wśród nich zwłaszcza jeden, z trójkolorową flagą, Pogonią i napisem w językach polskim i litewskim: „O niepodległość Litwy prosimy Cię Matko Boska Ostrobramska”.

Piotr Hlebowicz i Anna Babuszkina podczas akcji głodówkowej na placu Katedralnym, Wilno 1990 r.

W tym, co robiliście nie było nic z sentymentu, tęsknoty za tym, co Polska utraciła…

Chyba każdy, kto pochodzi ze Wschodu, czuje sentyment do tych terenów, ale ten sentyment nie powinien nigdy przesłaniać rzeczy nadrzędnych. A najważniejszą sprawą dla Polaków jest na pewno polska racja stanu. Rozumieliśmy, że kłócąc się o Kresy, zaprzepaścimy szansę na współpracę między wolnymi państwami, które właśnie były na drodze do niepodległości.
Oczywiście, myśleliśmy również o Polakach na Kresach, ale przede wszystkim jako o dobrych obywatelach państw powstałych po rozpadzie Związku Sowieckiego, którzy jednocześnie troszczyć się będą o polską kulturę i tradycje. Byliśmy przekonani, że właśnie nasi rodacy mogą być ambasadorami Polski w tych krajach.
Można oczywiście krzyczeć „Wilno nasze”, ale ja wolę patrzeć na wspólne dobro historyczne wszystkich narodów, które żyły razem w I Rzeczypospolitej.
To nasze piękne dziedzictwo, którego należy bronić przed szowinistycznymi zapędami, tak w Polsce, jak na Litwie, Ukrainie czy Białorusi. Chcielibyśmy, by szanowano każdą narodowość, bez ekspansji ze strony jakiegoś „starszego brata”, którym tak długo chciała być dla nas Rosja. Bez uczenia innych, jak mają żyć.

Jak wyglądały pierwsze kontakty z opozycją działającą w Związku Sowieckim?

Zacząłem jeździć pod pozorem odwiedzin rodziny w Grodnie i okolicach. Pierwsze kontakty nawiązałem w Lidzie z polskim stowarzyszeniem, które wówczas powstawało. Później pojechałem na Litwę. Spotkałem się w Wilnie z litewskimi opozycjonistami z Ligi Wolności Litwy i Młodej Litwy, potem także Sąjūdisu. Bardzo odpowiadał nam radykalizm ideologiczny tych ugrupowań, podobny do profilu naszej organizacji. Opieraliśmy się też na założeniu, że najodpowiedniejszymi partnerami do kontaktów i współpracy są osoby, które przeszły przez sowieckie więzienie czy łagry i się tam nie dały złamać.
Właśnie tacy twardzi ludzie dawali nam kontakty do innych środowisk.
Antanas Terleckas, przewodniczący Ligi Wolność Litwy, siedział razem z Ukraińcami, Gruzinami, Ormianami… Mówił: „Macie tutaj adres na kontakt, to jest pewny człowiek”.
I to był taki łańcuszek, który okazał się bardzo skuteczną metodą. Dzięki temu znaleźliśmy się na Ukrainie, w Gruzji, Armenii, Mołdawii, Estonii, Łotwie, Moskwie, Syberii, na Krymie u Tatarów krymskich…
Ale Wilno miało zawsze znaczenie szczególne – było bardzo dobrym miejscem na stworzenie bazy wypadowej po całym ZSRS.
Po pierwsze – blisko Polski.
Po drugie – tylko na wileńskim lotnisku obcokrajowcy mogli kupić bilety w tych samych cenach, co obywatele ZSRS. Wreszcie Litwa, podobnie jak Łotwa i Estonia, uważane były ze najbardziej liberalne republiki, dlatego tu krzyżowały się ścieżki opozycjonistów z całego ZSRS, tu drukowano prasę niezależną, organizowano demonstracje, gdy dochodziło do łamania praw człowieka w innych republikach.
Jeśli chodzi o litewskich opozycjonistów, spotkaliśmy wielu wspaniałych ludzi, jak np. Leonardas Vilkas. Gdy pierwszy raz go spotkałem w 1988 roku, rozmawialiśmy po rosyjsku, a on nie znał ani jednego słowa po polsku. Dziś tłumaczy literaturę polską na litewski…
Zawsze otwarty był dla nas dom Antanasa Terleckasa czy Genutė Šakalienė. Współpracowali z nami także Andrius Tučkus, Saulius Pečeliūnas, Adas Jakubauskas, Tadas Vyšniauskas, Linas Bukauskas, Stasys Buškevičius, Edvardas Kriščiunas, Nijole Masłowska i wielu innych.

Dlaczego w ogóle zależało wam na stworzeniu takiej sieci kontaktów?

Zależało nam na nawiązaniu współpracy politycznej, a także informacyjnej. W tamtym okresie było to bardzo ważne, gdyż czuło się rozkład sowieckiego imperium. Dzięki stałym kontaktom mogliśmy natychmiast reagować w Polsce na sowieckie prowokacje, organizować manifestacje, gdy gdzieś następowały aresztowania, gdy kogoś pobito oraz przekazywać informacje do naszej prasy i na Zachód.
Przemycaliśmy na Wschód też ogromne ilości literatury opozycyjnej i sprzętu poligraficznego. Literatura przyjeżdżała do nas z Zachodu za pośrednictwem naszego człowieka w Berlinie Zachodnim – Kazia Michalczyka. Na Litwie współpraca miała bardzo duże znaczenie, szczególnie pod koniec 1990 r. Organizowaliśmy wtedy transporty ze sprzętem elektronicznym. Radiowiec, Tadas Vyšniauskas, przyjeżdżał do Warszawy i mówił, co jest na Litwie najbardziej potrzebne. Przewieźliśmy nawet przekaźnik radiowy na wypadek, gdyby Litwa straciła przekaźniki w innych miastach, poza Wilnem. Był schowany, ale na szczęście nie został użyty. Przywoziliśmy także telefony satelitarne, by rozmowy nie musiały przechodzić przez Moskwę. Transporty z Polski koordynowali Tadziu Markiewicz i Jadzia Chmielowska, natomiast w Wilnie ja z Leonardasem Vilkasem. W Krakowie i Warszawie mieliśmy stałe biura Wydziału Wschodniego. Pierwszym zawiadywał Maciek Ruszczyński, a warszawskim – Piotrek Pacholski.

. Numer „Solidarności Walczącej” poświęcony ogłoszeniu przez Litwę Niepodległości

A 11 marca 1990 r.? Jak w Polsce przyjęto litewską niepodległość?

Jeśli chodzi o Solidarność Walczącą najlepiej chyba widać to w naszej prasie. Poświęciliśmy temu wydarzeniu bardzo dużo uwagi. Ale takie same nastroje zauważyć można było na polskich ulicach. W Warszawie, Krakowie, Poznaniu czy Wrocławiu ludzie uczestniczyli w manifestacjach wyrażających poparcie dla Litwy, co kilka dni duże demonstracje przechodziły obok konsulatów i ambasady ZSRS. Razem z flagami polskimi widoczne były także flagi litewskie. Polacy doskonale rozumieli, że ta, dopiero co ogłoszona litewska wolność, jest jeszcze bardzo zagrożona. Przewidywaliśmy wszyscy, że będzie próba stłumienia jej przez Moskwę. I trzeba było Moskwie pokazać, iż wszyscy interesujemy się tą sprawą. Szkoda, że nasz kraj nie uznał wtedy jako pierwszy niepodległości Republiki Litewskiej.

Tylko trzech polskich posłów podpisało Akt Przywrócenia Państwa litewskiego… Jak przyjęliście to, że Polacy mieszkający na Litwie nie poparli jednoznacznie niepodległości?

Ten konflikt interesów był widoczny dużo wcześniej, nie bez inspiracji Moskwy. Doszło nawet do tego, że grupa polskich działaczy zaangażowała się w sowiecką prowokację. Gdy byliśmy na Litwie razem z Jadwigą Chmielowską pod koniec 1990 roku, ktoś z Litwinów poinformował nas, że Jan Ciechanowicz, deputowany do Rady Najwyższej ZSRS, nawołuje do utworzenia z Wilna i rejonów zamieszkałych w większości przez Polaków, autonomicznej polskiej republiki sowieckiej.
W tym celu zwoływał w Solecznikach specjalną konferencję Polaków na Litwie. Oczywiście, tego rodzaju inicjatywy nie były możliwe bez porozumienia z Moskwą. Pojechaliśmy wtedy do Solecznik, wystąpiliśmy ostro przeciwko tej komunistycznej inicjatywie, przekonywaliśmy do poparcia niepodległej Litwy. Staraliśmy się pokazać, że Moskwa chce jedynie pretekstu do interwencji i poszukuje mięsa armatniego. Przekonywaliśmy, że Litwini mają prawo do niepodległości, a dla Polaków litewskich przynależność do Związku Sowieckiego, zwłaszcza teraz, gdy Polska się uwolniła od jego zwierzchności, jest całkowicie bezcelowa a wręcz zgubna. Przytaczaliśmy przykład Karabachu i innych zapalnych punktów, które pojawiły się wtedy na mapie ZSRS. Zdania były podzielone, ale ostatecznie idea Ciechanowicza upadła, a większość Polaków opowiedziała się za wolną Litwą. Ci, którzy nie ufali zbytnio Litwinom, najczęściej nie wypowiadali się przeciw – po prostu wstrzymywali się od głosu. Litwinów jednak zabolało, że tak niewielu Polaków poparło bezwarunkowo ich dążenia 11 marca.

Był Pan w Wilnie również wtedy, gdy trzeba było niepodległości bronić…

W styczniowe wydarzenia wpadłem jakby z biegu. W tym okresie byłem na Litwie bardzo często. Sylwestra 1990 spędziłem w Wilnie, a potem poleciałem na Syberię, do Tomska, w sprawach polonijnych (polskie stowarzyszenie). Wróciłem na Litwę chyba 8 stycznia.
W Wilnie zastałem napiętą atmosferę. Dostałem przepustkę do parlamentu, miałem wstęp nawet do arsenału. Na ulicach widać było coraz więcej wojska i OMON-u, kontrolowano drogi wjazdowe do miasta, rozrzucano z helikopterów prosowieckie ulotki. Sowieci zaczęli zajmować ważne obiekty strategiczne. Widać było też, jaki jest do powstałej sytuacji stosunek mieszkańców. Wszędzie spotykało się spontaniczną twórczość uliczną: karykatury, rysunki, hasła, pozawieszane na słupach książeczki wojskowe, legitymacje partyjne czy książki o tematyce komunistycznej.
Sytuacja stawała się coraz bardziej gorąca. Czuć było, że zaraz może się wydarzyć coś strasznego, ale też odczuwało się, że ludzie gotowi są na wszystko. Po prostu była to jakaś powszechna determinacja na walkę do końca, cokolwiek by się stało. Ważne było również to, że wielu ludzi przyjechało z innych republik, by podtrzymać Litwinów w walce o niepodległość. Spotykałem Ukraińców, Tatarów krymskich, Gruzinów, Polaków z Polski, Czeczenów, Ormian, Azerów, Estończyków, Łotyszy. Nocą, 13 stycznia 1991 roku, przebywałem w parlamencie.
Wiedzieliśmy na bieżąco, co dzieje się przy wieży telewizyjnej. Istniało bardzo realne zagrożenie, że następnym celem sowieckiego specnazu będzie sejm, dlatego nie opuszczaliśmy budynku. Z Leonardasem wiele nocy przespaliśmy na sali posiedzeń. Ludzie z okolicznych kamienic przynosili jedzenie, koce i gorącą herbatę dla obrońców parlamentu czuwających na zewnątrz. Pomimo chłodu zjechały do stolicy dziesiątki tysięcy obywateli z całej Litwy. Czuć było ogromną więź i obywatelską solidarność. Atak wydawał się bardzo realny, na dachu zamontowano druty na sztorc, które miały utrudnić desant żołnierzy sowieckich. Wydano całą broń, która była na stanie. Wielu obrońców przyniosło swoje pistolety, strzelby myśliwskie, często z czasów wojny. Niektóre karabiny nadawałyby się jako eksponaty na wystawę historyczną, widziałem nawet krócice ładowane od przodu, strzelby skałkowe. Pamiętam Mszę świętą odprawianą na górnym piętrze parlamentu, w czasie której ksiądz udzielił wszystkim absolucji. Wtedy ci ludzie naprawdę byli zdecydowani na śmierć… To takie chwile w życiu, które pozostają w człowieku do końca. W tych momentach spotykałem też Polaków. Pod parlamentem widziałem np. Czesława Malewskiego, redaktora „Kuriera Wileńskiego”, spotykałem się z Nijole Masłowską. Zauważyłem też polskie flagi z kirem przy budynku Radiokomitetu na Konarskiego, widać było, że Polacy są tu także obecni.

Czy Pana współpraca z Litwą zakończyła się po upadku Związku Sowieckiego?

Kontakty istniały dalej, powiem więcej – przerodziło się to w przyjaźnie, które przetrwały po dzisiaj. Razem z Sąjūdisem i innymi ugrupowaniami popieraliśmy np. dążenia niepodległościowe Czeczenii. Można też powiedzieć, że Litwa nie zapomniała o naszym wkładzie w walkę o swoją niepodległość. W 2009 r. w Wilnie pięciu działaczy Autonomicznego Wydziału Wschodniego Solidarności Walczącej (Jadwiga Chmielowska, Tadeusz Markiewicz, Maciej Ruszczyński, Piotr Pacholski i ja) zostało odznaczonych przez prezydenta Litwy, Valdasa Adamkusa, medalem Orderu Za zasługi wobec Litwy.
W połowie lat 90. półtora roku mieszkałem nawet w Wilnie. Prowadziłem jednoosobowe biuro Promocji Urzędu Miasta Łodzi. Miałem ułatwiać kontakty biznesowe oraz promować wydarzenia kulturalne. Właśnie w tym okresie spotykałem najwięcej Polaków, wpadali do mnie do biura. Czasem, niestety, słuchałem ich ze smutkiem. Przychodził ktoś z jednej grupki i mówił źle o innej. „My to jesteśmy prawdziwi Polacy, a oni to …”. Trudne były także relacje polsko-litewskie, zwłaszcza, gdy chodziło o język, pisownię polskich nazwisk, dwujęzyczne napisy w rejonach.
Nie rozumiałem jednak narzekań ludzi, którzy nie chcą uczyć się języka państwowego. Może dlatego czasem zarzucano mi, że za bardzo lubię Litwinów. Ale logicznie myśląc, jak można nie znać języka państwowego w kraju, w którym się mieszka? Trzeba.

W 2009 r. 5 działaczy Autonomicznego Wydziału Wschodniego SW (Jadwiga Chmielowska, Tadeusz Markiewicz, Maciej Ruszczyński, Piotr Pacholski i Piotr Hlebowicz) zostało odznaczonych przez prezydenta Litwy, Valdasa Adamkusa, medalem Orderu Za zasługi wobec Litwy

Trudne w ostatnich latach były także relacje między Polską a Litwą. Czy uważa Pan, że ostatnie miesiące, w których wyraźnie widać większą chęć współpracy, mogą doprowadzić do ich trwałej poprawy?

Mam nadzieję, że tak. Najpierw wizyta prezydenta Dudy, teraz przyjeżdża do Wilna premier Mateusz Morawiecki. Uważam, że ważne jest przede wszystkim to, byśmy nie poddali się prowokacji. Rosja bardzo dobrze potrafi rozgrywać nasze karty, jeśli jej się na to pozwala. I na pewno, nigdy nie zapomni nam tego, że jesteśmy wspólnie z Litwą w NATO i Unii Europejskiej. Musimy dbać o dobre stosunki. Dziś zresztą nie ma poważniejszych powodów do sporów pomiędzy Polską i Litwą. Możemy bez przeszkód realizować podróże sentymentalne, Litwini mogą odwiedzać Suwalszczyznę a my Wilno.
Mam nadzieję, że władze litewskie rozwiążą problemy związane z pisownią w paszportach, na tablicach itd. Przecież nie są to zbyt wygórowane roszczenia litewskich Polaków – ich Polaków, obywateli Litwy. Ważne jest także, byśmy docenili nasze wspólne tradycje. Według mnie, takim wielkim, wspólnym dorobkiem jest Konstytucja 3 Maja, to bardzo piękne, że uroczystości ją upamiętniające mogą się odbywać w obu parlamentach. Nie ma sensu tworzyć sztucznych podziałów tak, jakbyśmy nie mieli w dużej części wspólnej historii i kultury i… przemieszanych genów.
Powinniśmy być dumni, iż stworzyliśmy razem jedno z największych państw w Europie za czasów I Rzeczypospolitej.

Fot. zbiory Piotra Hlebowicza

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.