0
Igor Zieliński: „Czuję się Polakiem”

Igor Zieliński, jest właścicielem niewielkiej kliniki akupunktury w Denver

Kontynuujemy serię artykułów o historiach Polaków, którzy wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych. W kilku publikacjach opowiemy o sukcesach, porażkach i o tym… czy łatwo było i jest się dorobić lepszego życia, spełnić swoje „american dream”. Dziś naszym rozmówcą jest Igor Zieliński, właściciel kliniki akupunktury w Denver, w stanie Kolorado.

Z  Igorem Zielińskim spo-tykamy się w jego własnej, niewielkiej klinice akupunktury na ruchliwej uliczce, obok miejskiego centrum Denver, stolicy stanu Kolorado. Mimo że z Polski, w pogoni za swoim amerykańskim marzeniem, wyjechał piętnaście lat temu, dorobił się tu własnej kliniki. Jak sam mówi jest i będzie Polakiem, tyle że w Stanach.

Igor w Polsce był lekarzem, miał prywatną praktykę w Warszawie i powodziło mu się nieźle. Wyjechał więc nie dlatego, żeby zarobić, ale po to, aby uczyć się akupunktury, po drugie dlatego, że jego ówczesna partnerka chciała studiować na uniwersytecie w Kalifornii, a miłość, jak żartuje Igor, nie zna granic. Powiedział także, że nie wszyscy jego decyzję o emigracji przyjęli z zadowoleniem. Bliscy i znajomi pytali, kiedy wraca, to samo pytanie słyszał również od rodziców. Mimo wszystko, twardo trzymał się postanowienia.

„W Polsce byłem lekarzem, ale dotarłem do takiego punktu, że byłem trochę zmęczony, szukałem nowych rzeczy, a moja ówczesna partnerka chciała studiować w Stanach, w Kalifornii. Zdecydowałem się zapisać do szkoły akupunktury w Santa Monika w Kalifornii. Spakowałem walizkę i byłem już w Stanach” – wspomina.

Przy okazji opowiedział zdarzenie, które przytrafiło mu się podczas pierwszych dni pobytu w Nowym Jorku. „Podczas spaceru w jednym z parków, gdy już zmęczony postanowiłem zrobić sobie przerwę na ławeczce, nagle obok pojawił się starszy pan, Chińczyk na rolkach…, który uparł się, że nauczy mnie na nich jeździć. Jak się okazało, mój przypadkowy znajomy miał bardzo ograniczony zasób słów, szczerze mówiąc, wcale nie znał angielskiego, oprócz „good” (dobrze) albo „no good” (źle). Za dobrze mi ta nauka nie poszła, ale mieliśmy ubaw i ja, i Chińczyk” – głośno śmiejąc się mówił Igor.

W Nowym Jorku długo się jednak nie zatrzymał, denerwował go hałas i szum przeludnionej metropolii, poza tym, obowiązywała go umowa ze szkołą akupunktury z Kalifornii.  Wsiadł więc znowu do samolotu, przemierzył Stany i wylądował, tym razem na międzynarodowym lotnisku w Los Angeles.

„Jakie jest Los Angeles?  To bardzo kosmopolityczne miasto, za bardzo nie wiadomo, kogo się spotka za rogiem domu czy w parku, szczególnie gdy się przyjeżdża z takiego kraju jak Polska, w którym dominuje jedna nacja i jedna religia”.  W kalifornijskiej metropolii spędził sześć lat.

Igor Zieliński mówi, że jest i będzie Polakiem, tyle że w Stanach

„Po pewnym czasie w Los Angeles rozstałem się z moją partnerką, w szkole akupunktury poznałem inną kobietę. Rok po skończeniu szkoły stwierdziliśmy, że kupić dom w Kalifornii jest ciężko, więc przenieśliśmy się tu, do Kolorado. Brzmi to dziwnie, ale mieliśmy dosyć tego, że w południowej Kalifornii, gdzie mieszkaliśmy, jest prawie zawsze tak samo, pory roku się nie zmieniają. Ceny są dosyć wysokie, a w samym stanie jest tłoczno, coraz więcej pojawia się tam ludzi. Tęsknię trochę za oceanem, jestem „wodnym” stworzeniem”.

Z poznaną w szkole akupunktury Niemką ma syna, który ma teraz sześć i pół roku. W Kolorado Igor z rodziną mieszka już od ośmiu lat.

Zapytany o początki prowadzenia kliniki, odpowiada bez chwili zastanowienia.

„Tu biznes zakłada się bardzo łatwo, siada się przy komputerze i… już. Otwieranie takiej kliniki wiąże się jednak ze stresem posiadania własnego biznesu, trzeba wykonywać wiele funkcji a nie tylko być lekarzem”. Przyznaje jednak, że administrowanie, nie jest być może jego zbyt silną stroną, ale skoro chce się mieć własny, mały biznes, to trzeba zgodzić się również z tym, że jest się także administratorem. Tym bardziej, że biznes staje się coraz bardziej popularny. Klinika, której jest właścicielem, specjalizuje się w leczeniu przy pomocy akupunktury różnorodnych bólów, np. mięśni, kręgosłupa, głowy oraz nerwic.

„Akupunktura staje się tu w Kolorado coraz bardziej popularna. 20-30 proc. naszych pacjentów jest opłacanych przez firmy ubezpieczeniowe.

Akupunktura staje się już w pewnym sensie oficjalną medycyną. Zresztą, zdaje się, że popularność akupunktury zależy od geografii, w Kalifornii jest bardziej popularna niż tu w Kolorado, natomiast w Kolorado jest bardziej popularna niż w Wyoming” – opowiada mój rozmówca. Następne kilkanaście minut spędzamy, aktywnie dyskutując o walorach akupunktury, która, zdaniem Igora, coraz bardziej uzupełnia tradycyjną medycynę.

W klinice akupunktury Igora Zielińskiego pacjenci mogą również skorzystać z leków powstałych z mieszanek ziół

„Czasami zdarza się, że przychodzą do mnie pacjenci, który cierpią na bóle przez dziesięć, dwadzieścia lat i po jednym seansie akupunktury, są rozczarowani, że nic się nie polepszyło” – uśmiecha się Zieliński. Wówczas trzeba tłumaczyć, że w takim wypadku potrzeba co najmniej kilkunastu wizyt i seansów terapii, żeby poczuć się lepiej. Zmiany na lepsze zazwyczaj są zauważalne po czterech, pięciu seansach.

Zapytany, jakie cechy musi mieć lekarz emigrant, żeby osiągnąć sukces w Stanach, Igor się zastanawia, a po długiej chwili mówi: „Przede wszystkim wiedzę, doświadczenie i chęć do nauki”.

Mimo że zapracowany, mężczyzna stara się często bywać w Polsce. Ostatnio w kraju był w lipcu zeszłego roku. Jego zdaniem Warszawa przez ostatnie lata bardzo się zmieniła. „Ciężko poznać już własne kąty, czuję się już jak turysta. Czy zmienili się ludzie? Moi znajomi raczej nie, ale pozostali pewnie tak… Przychodzi nowe pokolenie, które myśli już inaczej” – opowiada o wrażeniach z ostatniego pobytu w Polsce. Wracać jednak nie zamierza ani do ojczystego kraju, ani do kraju żony – Niemiec, zapuszcza korzenie w Stanach. Syna starają się nauczyć polskiego i niemieckiego.

„Po prawie piętnastu latach spędzonych w Stanach czuję się jednak bardziej Polakiem niż Amerykaninem. Przeniosłem się do Stanów, gdy miałem 37 lat. Nawet jak nie jestem fizycznie w Polsce, to czuję się z nią zrośnięty. Jednak jak jadę ją odwiedzić, to czuję się jak turysta” – twierdzi.

Nasza rozmowa zatacza koło i wracamy do początków pobytu w Stanach. Interesuje mnie, w jaki sposób poradził sobie z integracją w amerykańskim społeczeństwie.

„Studiowałem w takim miejscu, gdzie w ogóle nie było Polaków, więc praktycznie od razu byłem wrzucony na głębokie wody. Poza tym, połowa naszych nauczycieli w szkole akupunktury to byli Chińczycy… Amerykanie naprawdę są bardzo otwarci, co prawda teraz widzimy, że mają coraz więcej problemów tutaj z emigrantami, ale, moim zdaniem, tylko na poziomie oficjalnym, na tym międzyludzkim wszystko układa się dobrze” – przekonuje Zieliński.

Twierdzi, że przez cały okres swojego pobytu w Stanach nie doświadczył złego słowa.

„Może nie spotkałem się ze złym komentarzem dlatego, że jestem białym i dobrze wykształconym?” – zastanawia się.

„Czasami widzę na przykładzie Polaków emigrantów, że część z nich nie ma w ogóle ochoty utrzymywać kontaktów z Amerykanami. Mieszkają w okolicy, gdzie mieszkają Polacy, na zakupy idą do sklepu, którego właściciel jest Polakiem, na wakacje jeżdżą z Polakami, nie mają ochoty się integrować. Natomiast, jeżeli ktoś ma ochotę, to Amerykanie naprawdę są jedną z najbardziej otwartych nacji na świecie” – zauważa Igor.

Co niedzielę Igor zabiera swojego synka do niedzielnej szkoły języka polskiego w Denver

Brak ochoty do integracji, zdaniem rozmówcy, jest być może właściwością naszej europejskiej mentalności – do przebywania we własnym gronie albo… być może próbą pójścia na łatwiznę.

„Jest tak, że ludzie przyjeżdżają nie znając języka i wolą być we własnym gronie. Gdyby były dobre szkoły, w których emigranci mogliby się nauczyć języka angielskiego, byłoby o wiele łatwiej i szybciej o integrację” – mówi Igor Zieliński.

Kolejną barierą do integracji jest często zły poziom języka angielskiego emigrantów, do tego czasami ludzie są rozczarowani, bo relacje międzyludzkie w Polsce, na Litwie czy w Stanach są zupełnie różne. Może to niekiedy wzbudzić niezadowolenie, żal czy nawet frustrację. Mimo upływu czasu i udanej kariery w Stanach, jak twierdzi mój rozmówca, czasami musi się domyślać, o co chodziło jego amerykańskim znajomym czy przyjaciołom.

Czas naszej rozmowy bezlitośnie upływa, jeszcze mam pytania, jednak wzywają kolejne sprawy. Żegnamy się, porozumiewawczo uśmiechamy, obiecuję przy następnej wizycie w Denver obowiązkowo skorzystać z dobrodziejstw kliniki Igora… W końcu te wszystkie godziny spędzone w samolocie z Europy do Stanów mocno dają się we znaki, tym bardziej, gdy się tak jak ja, podróżuje się klasą ekonomiczną.

Witold Janczys
Denver, Kolorado, USA
Fot. Artūras Morozovas/Nanook.lt

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Leave a Reply

Your email address will not be published.