3
Katamaranem po Wilii: jak dziecięce marzenia przerodziły się w pomysł na biznes

Wiktor Żywiało (drugi od prawej) wraz z załogą pomogą na pokładzie dwukadłubowca Holiday Boat zorganizować imprezę na dowolną okazję

Wyobrażając sobie wycieczkę po centrum Wilna, zazwyczaj mamy na uwadze pieszą przechadzkę po zabytkowych uliczkach. Warto jednak uwzględnić też perspektywę podziwiania miasta pod nieco innym kątem – na przykład, będąc na pokładzie katamaranu Holiday Boat, który zaczął żeglować po Wilii zaledwie przed kilku tygodniami.

– Planujemy, że sezon potrwa co najmniej do października, być może nawet nieco dłużej, bo nasz katamaran jest dostosowany do żeglowania podczas dowolnej pogody. Jednostka posiada przestrzeń otwartą na górnym pokładzie, gdzie można się opalać i relaksować w słoneczny dzień. Pokład dolny jest zamknięty, ale ma panoramiczne okna. Tam nasi goście mogą wygodnie spędzać czas i nie zwracać uwagi na żadne kaprysy przyrody. Do dyspozycji mają też bar, WC, sprzęt multimedialny, co jest ważne zwłaszcza w przypadku organizacji imprez dla firm – wymienia zalety dwukadłubowca Eduard Kasakowski, manager firmy Vilnius-katamaran.lt.

Cena zwykłego rejsu wynosi 10 euro od osoby. Natomiast rejs na zamówienie, z wynajmem katamaranu do wyłącznej dyspozycji zamawiającego, wynosi od 125 euro za godzinę. Najbardziej komfortowo na pokładzie tego katamaranu będzie się czuła grupa do 22 osób, wówczas zostanie sporo miejsca na tańce i zabawy. Tymczasem, w ramach zwykłego rejsu turystycznego na pokładzie wygodne ulokowanie znajdzie około 25 osób.
– Płynąc tradycyjną trasą, goście w spokojnej atmosferze mogą podziwiać znajdujące się na brzegach Wilii historyczne budynki centrum miasta, zobaczyć wileńskie mosty oraz spojrzeć na Wilno pod innym kątem. Trasa bierze początek przy moście Białym i ciągnie się do dzielnicy Wołokumpie, a następnie w drodze powrotnej – do parku Zakret na Zwierzyńcu. Podróż trwa około 1,5-2 godz. Natomiast w przypadku wynajmu dwukadłubowca na imprezę prywatną, długość trasy można uzgadniać indywidualnie – mówi Eduard Kasakowski.

Jak zaznacza przedsiębiorca Wiktor Żywiało, właściciel firmy, godne uwagi są rejsy nocne, pozwalające podziwiać wdzięki Wilna po obu stronach rzeki o innej porze doby. Dzięki nowoczesnym efektom świetlnym sam luksusowy dwukadłubowiec wygląda wówczas imponująco i przypomina statek kosmiczny. Jak zaznacza rozmówca, rejs katamaranem jest dobrym pomysłem na praktycznie dowolną okazję: imieniny, urodziny, wieczory panieńskie i kawalerskie, prywatne dyskoteki, spotkania integracyjne oraz ostatnio modne – śluby w terenie – gdy para młoda może sobie powiedzieć sakramentalne „tak”, płynąc Wilią i obserwując w tle wieżę Giedymina. Rejs katamaranem może być też świetną atrakcją dla gości weselnych, którzy po ceremonii w kościele czekają na dalszy ciąg imprezy, podczas gdy para młoda wybiera się gdzieś w teren na ślubną sesję fotograficzną.

Na tarasie górnego pokładu można się opalać i relaksować w słoneczny dzień

Oferta obejmuje także eventy, szkolenia i spotkania biznesowe dla firm, które dziś chętnie wybierają coś bardziej oryginalnego, niż restauracja czy sala konferencyjna. Wielbiciele kameralnych uroczystości na wodzie mają również możliwość zamówienia cateringu.

– Na pokładzie katamaranu można zorganizować imprezę na dowolną okazję, wszystko zależy tylko od wyobraźni oraz – oczywiście – zasad bezpieczeństwa, o które dbamy w pierwszej kolejności. W ciągu zaledwie trzech tygodni żeglowania po Wilii były już sytuacje, gdy o tych zasadach musieliśmy naszym klientom przypomnieć. Podczas jednej z imprez młodzież chciała skakać do wody, by się wykąpać. Niestety, w tych wodach taki pomysł jest niebezpieczny. Głębokość rzeki nie jest jednakowa – miejscami sięga ponad 2 metrów, a w innym miejscu nie ma nawet metra. Za to są kamienie, może nawet jakieś zatopione auto, bo jak wiemy, samochody nieuważnych kierowców już niejednokrotnie lądowały w tych wodach. Dlatego nurkować nie pozwalamy – wyjaśnia Wiktor Żywiało.

Mimo że organizacją wodnych rejsów w Wilnie Wiktor Żywiało zajął się dopiero pod koniec maja, doświadczenie w tej sprawie ma już wieloletnie. Wcześniej, przez 12 lat spławiał turystów statkiem Bocman po przejrzystych wodach jeziora Asweja w Dubinkach. Zamiłowanie do transportu wodnego oraz marzenie o żeglowaniu rzekami i jeziorami miało u niego swoje początki jeszcze w dalekim dzieciństwie.
– Marzenia zazwyczaj nie spełniają się natychmiast, ale mają ogromną moc. Mówię z własnego doświadczenia. Doskonale pamiętam, jak zrodziły się moje marzenia, chociaż to było naprawdę dawno… – tajemniczo rozpoczął dłużą opowieść Wiktor Żywiało.

Zaznacza, że urodził się i wychował w Wilnie, jednak jako dziecko spędzał latem wiele czasu w domu dziadków w Dubinkach.
– Nie było wtedy żadnych tabletów, smartfonów i innych rzeczy, bez których dziś dzieci trudno wyobrażają sobie codzienność. Nie mogę z tego powodu się skarżyć, bo dzieciństwo miałem ciekawe. Dla mnie, miastowego, 7-letniego chłopca, spędzanie czasu w Dubinkach i chodzenie na ryby na Asweję było prawdziwą egzotyką! Zawsze uwielbiałem wodę, a kiedy pewnego razu zobaczyłem na jeziorze piękny, majestatyczny – jak mi się wówczas wydawało – jacht, zrozumiałem, że pragnę mieć taki sam i być jego kapitanem – nostalgicznymi wspomnieniami dzieli się z nami rozmówca.

Ciekawski chłopiec potrafił wejść na pokład takiego jachtu, dokładnie go obejrzeć, pogrążyć się w marzeniach o żeglowaniu i nawet ułożyć sobie plan, jak tego dokona. Co prawda, nie spodziewał się, że ten plan skończy się największym rozczarowaniem tamtego lata.
– Właściciela się nie doczekałem, ale musiałem z nim porozmawiać! Szybciutko pobiegłem do domu. Podniecony, nawet nie zauważyłem, jak przeleciałem 5 kilometrów. Znalazłem kartkę papieru, ołówek i napisałem list do gospodarza jachtu. Wytłumaczyłem, kim jestem i że chcę sam zbudować taki sam statek oraz poprosiłem o schemat łodzi, co miało mi ułatwić zadanie – opowiada pan Wiktor.

Pokład dolny jest zamknięty, ale ma panoramiczne okna, dzięki którym można podziwiać widoki

Wrócił do jachtu i zostawił tam swój list ze wskazanym adresem, w przekonaniu, że gospodarz wkrótce dostarczy mu schemat łodzi.
– Do dziś czekam na odpowiedź – żartuje rozmówca. – Oczywiście, że nikt mi nie odpisał. Ale ambitne, dziecięce marzenie, aby mieć swój statek, nie zgasło. Zacząłem sklejać modele żaglowców. Wraz kolegami któregoś lata w piwnicy nawet zbudowaliśmy kajak, którym później pływaliśmy po Wilence. Z wodą byłem związany również podczas służby wojskowej, która przebiegła w Rostowie nad Donem. Należałem do batalionu, który budował mosty na rzekach.

Na początku lat 90. Wiktor Żywiało cieszył się już pierwszym, nabytym, niedużym, ale własnym żaglowcem Limeda. Zaś po dwunastu latach na wody Aswei z Polski sprowadzono Bocmana o długości 15 metrów. Statek zrobił prawdziwą furorę w Dubinkach – mieszkańcy miasteczka i okolicznych regionów stali w kolejce, by na pokładzie obchodzić swoje urodziny, wesela i inne imprezy okolicznościowe.

Po pewnym czasie przedsiębiorca zaczął zastanawiać się nad rozszerzeniem biznesu i przeniesieniem go do rodzinnego miasta, w wyniku czego w Wilnie pojawił się dwukadłubowiec Holiday Boat. Nowiutki katamaran, na pokładzie którego wszyscy chętni mogą dziś żeglować po Wilii, Wiktor Żywiało odnalazł w listopadzie 2017 roku na targach w Białymstoku. Dwukadłubowiec został nabyty za pośrednictwem pochodzącego z Augustowa przedsiębiorcy Daniela Wałamaniuka, założyciela firmy Holiday Boat, zajmującej się projektowaniem i produkcją katamaranów. Dziś obaj przedsiębiorcy są partnerami biznesowymi w zakresie organizacji rejsów wodnych w Wilnie i Augustowie oraz sprzedaży katamaranów.
– Na razie w Wilnie mamy jeden dwukadłubowiec, trzy są w Augustowie. Wygląda na to, że ludzie tutaj są zainteresowani oferowanymi przez nas usługami, bo już praktycznie na całe lato mamy zamówienia w sprawie imprez kameralnych na pokładzie. Planujemy więc rozwój, dlatego wkrótce po Wilii będą żeglować już dwa nasze katamarany. Chciałbym także wzbogacić wrażenia turystów, zamawiających nasze rejsy. Zastanawiam się dlatego nad współpracą z przewodnikiem, który dla wszystkim zainteresowanym podczas żeglowania opowiadałby ciekawostki o naszej stolicy – dzieli się planami Wiktor Żywiało, dodając, że w 2019 roku zamierza sprowadzić katamaran również na Asweję.

Rozmówca przyznaje, że obecnie, gdy nowy biznes dopiero nabiera rozpędu, wszyscy pracują w pocie czoła prawie od świtu do nocy. Pomocy w rozwoju rodzinnego interesu chętnie udziela też 19-letni syn Wiktora Żywiały, Daniel, który już w wieku 6 lat, tak samo, jak kiedyś jego ojciec, pokochał wodę i łódki.
– Z jednej strony, jeżeli chcesz zrobić coś dobrze, musisz włożyć ogromny wysiłek i nie liczyć godzin pracy. Z innej zaś strony, jeżeli będziesz zajmował się tym, co kochasz, to nie będziesz już musiał pracować – bo twoje hobby to i praca, i relaks jednocześnie – wyjaśnia nam rozmówca.
***

Więcej informacji oraz kontakt w celu uzgodnienia wynajmu katamaranu można znaleźć na stronie www.vilnius-katamaran.lt.

Fot. Marian Paluszkiewicz

 

3 odpowiedzi to Katamaranem po Wilii: jak dziecięce marzenia przerodziły się w pomysł na biznes

  1. Jur mówi:

    Czy są rejsy do Werek?

  2. Anonymous mówi:

    Żeglować kilka kilometrów po rzece to smutne… to tak jak gdyby grać na weselach chałturę zamiast na wielkiej scenie, o której się marzyło…

  3. Jur mówi:

    do Anonymous informacja:
    “Wiadomo, że wileńskie parostatki przeżyły I wojnę światową i już pod polską banderą i z polskimi nazwami dalej woziły wilnian. W 1923 roku w Wilnie kursowały trzy statki – „Kurier” (była „Gwiazda”, gospodarz H. Janowicz), „Śmigły” (gospodarz H. Janowicz) oraz „Sokół” (były „Grodno”, gospodarz K. Borowski). Przy styku ulic Zygmuntowskiej i Arsenalskiej była tzw. przystań Janowiczów, skąd pływały parowce do Werek. W latach trzydziestych w sezonie letnim w dni powszednie kursowały 8, w dni świąteczne – 16 razy. Druga wileńska przystań była na Pośpieszce, stąd do Werek pływał „Pan Tadeusz”, odbywał 6 rejsów w dni świąteczne i 3 – w dni robocze. Wiadomo, że w połowie lat trzydziestych funkcjonował też parostatek „Wilia”, chociaż więcej szczegółów o nim brakuje. Prawdopodobnie przed wrześniem 1939 roku Spółka Braci Janowiczów zakupiła dość duży dwupokładowy statek spacerowo-wycieczkowy o nazwie „Sobieski” i oferowała wycieczki do Werek. Na statku działał bufet, były kabiny z klasą, można było nabyć gorące i zimne zakąski, lody i napoje chłodzące. „Sobieski” pływał tylko w dni świąteczne, kursując 2 razy dziennie. Urząd statystyczny podawał, że wileńskie parowce rocznie przewoziły od 23 do 105 tysięcy pasażerów, są to liczby naprawdę wymowne. Widać, że transport rzeczny odgrywał w międzywojennym Wilnie znaczącą rolę i był praktycznie na równym poziomie, co do znaczenia, z autobusami, taksówkami, czy dorożkami. ”

    http://www.tygodnik.lt/201036/bliska4.html

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.