X
    Categories: ReportażWiadomości

Bezstresowy model wychowania, czyli dzieci i rodzice w Norwegii

Dla najmłodszych plac zabaw na dworze jest usłany miękkim chodnikiem Fot. Honorata Adamowicz

Wokół Barnevernet narosła atmosfera strachu, a rodzice myślący o przeprowadzce lub wakacjach w Norwegii często wahają się, obawiając się, że dzieci zostaną im odebrane, jeśli tylko na nie krzykną.

Tak samo i ja, planując wakacje z 9-letnią córką w norweskim mieście Sandefjord, bałam się, że być może coś za głośno powiem, za mocno wezmę za rękę dziecko i błyskawicznie zareaguje Norweska Ochrona Dobra Dziecka (Barnevernet), odbierając mi moją pociechę.

Ale scena, którą zobaczyłam na lotnisku, trochę mnie uspokoiła. Mniej więcej czteroletni malec, który akurat miał gorszy dzień i usiłował zdobyć coś dąsami, fochami i krzykiem, był ignorowany przez rodziców. Rodzice nie zwracali po prostu uwagi na sceny urządzane przez ich pociechę. Chłopiec sobie krzyczał, tupał nogami, a nawet tarzał się po podłodze.
Przechodnie także nie zwracali na niego uwagi, nie komentowali – widocznie była to dla nich normalna sytuacja. Byłam ciekawa, czym ta scena zakończy się, czy zaraz gdzieś z ukrycia nie wyskoczy Barnevernet i nie zabierze dziecka.
Moja córka, Paulinka, była zdziwiona, że rodzice nie krzyczą, nie reagują. Od razu przypomniała mi podobną scenę z centrum handlowego Akropolis w Wilnie. Tam także dziewczynka w podobnym wieku urządziła rodzicom podobną scenę, ale szybko się skończyło. Matka schwyciła ją za ręce, kilka razy uderzyła w tyłek i nazwała ją debilką. Tutaj koniec był zupełnie inny. Gdy dziecko uspokoiło się, matka przeprowadziła z nim rozmowę, coś mu tłumaczyła po norwesku. Ja oczywiście nic nie zrozumiałam, chociaż wstyd przyznać się, ale ucho miałam nastawione, żeby podsłuchać. Po rozmowie z matką chłopczyk prawdopodobnie przeprosił, bo uśmiechając się, przytulił ją.
Właśnie w tym momencie zrozumiałam, że nie jest tak strasznie, jak często czytamy w prasie o słynnej Barnevernet. Pomyślałam sobie, że gdyby litewska służba ochrony dziecka pracowałaby jak Barnevernet i każda rodzina w naszym kraju tak wychowywała dzieci, jak Norwegowie, to na pewno mielibyśmy szczęśliwsze dzieci i nie byłoby takich strasznych historii jak zabójstwo Matukasa, gdy matka z konkubentem tak zbiło dziecko, że po kilku dniach zmarło.

Rodzice w Norwegii mają dość racjonalne podejście do wychowywania swoich pociech. Mówi się, że norweskie wychowywanie to tzw. „zimny chów”. Nie oznacza to jednak, że dzieciom nie okazuje się tam czułości lub też stosuje się nadmierną dyscyplinę. Chodzi o to, że maluchy od początku są uczone szeroko pojętej samodzielności. Nikt tam się nad nimi nie użala, ani nie przyznaje prawa do przysłowiowej taryfy ulgowej. Jeśli dziecko przewróci się w czasie zabawy, samo wstaje i biegnie dalej. Katar nie jest powodem do paniki, a gorączka do 39 stopni nie stanowi pretekstu do podania jakiegokolwiek leku (organizm powinien bronić się sam).

Rodzice są spokojni i pozostawiają dużą swobodę działania swoim dzieciom, nie strofują ich groźbami i przestrogami

Jako anegdotę przytoczę sytuację, jaka spotkała mnie w sklepie. Poszłyśmy z córką na zakupy do sklepu Kiwi. Córka bardzo lubi ciągnąć wózek z zakupami. Tak samo i tu. Nagle podchodzi ktoś z pracowników sklepu i coś mi mówi po norwesku, pokazując na wózek i dziecko. Nic nie zrozumiałam Przyszła kolejna osoba, która grzecznie po angielsku zwróciła mi uwagę, że być może dziewczynce jest za ciężko pchać ten wózek.
Norweskie maluchy nie są ograniczane nadmierną troską ich rodziców. Nawet 2-latki mogą się swobodnie oddalać od matki, biegać, wdrapywać na drabinki na placu zabaw, bawić narzędziami czy poznawać inne, niekoniecznie przeznaczone dla nich przedmioty i tereny. Rodzice są spokojni i pozostawiają dużą swobodę działania swoim dzieciom, nie strofują ich groźbami i przestrogami typu „nie wchodź tam, bo spadniesz” lub „nie dotykaj tego, bo się skaleczysz”. Maluchy korzystają z możliwości wyboru, decydują co i w jaki sposób chcą robić.

Byłam mile zaskoczona, gdy wyszłyśmy na spacer. Mnóstwo placów zabaw, a co najważniejsze, każdy przeznaczony na określony wiek i zainteresowanie. Dla najmłodszych huśtawki, a ziemia usłana miękkim chodnikiem. Dla starszych plac do skateboardingu, pole do gry w golfa, ścieżki rowerowe i wiele innych atrakcji.
Będąc nad morzem, córka kąpała się, ja siedziałam jak na igłach, bo jak to zwykle bywa, pływała zbyt daleko, a ja z ostatnich sił tłumiłam w sobie krzyk, żeby jak to u nas w Połądze: „Paulinka, nie pływaj zbyt daleko, bo zaraz wyjdziesz z wody i wrócisz do domu”. Tutaj muszę przyznać, że dzieci z Norwegii zachowywały się o wiele grzeczniej niż moje. Rodzicom wystarczyło wejść do wody i rękoma pokazać dokąd mogą wchodzić do wody. I to był już koniec ich opieki. Żadne z dzieci nie weszło dalej niż im pozwolono, a rodzice opalali się, czytali.
Norwegowie nie podporządkowują się zasadom, które dyktują co, w jakich proporcjach i porach dnia powinno jeść dziecko. Jeśli malec nie ma ochoty na jedzenie w czasie obiadu, po prostu wstaje od stołu. Z kolei jeśli stwierdzi, że nie lubi warzyw, to ich nie je.

W przypadku, kiedy kręci nosem na szynkę położoną na kromkę chleba, zostaje ona usunięta i posiłek składa się z pajdy z masłem. Norwescy rodzice nie pouczają swych pociech, że „trzeba jeść jarzynki, bo są zdrowe”, ani też nie biegają za dzieckiem z łyżeczką w ręku i błaganiem, aby zjadło choć jeden kęs.
Spotkałam się z polsko-norweską rodziną, która opowiedziała o wychowaniu dzieci, okazywaniu uczuć i norweskich instytucjach. Olesia z rejonu trockiego, ma 13-letniego syna z pierwszego małżeństwa i czteroletnią córkę z drugiego małżeństwa z Norwegiem Jörgenem.

– Norweskie dzieci nie podlegają presji otoczenia. W czasie wychowywania dzieci unika się jakichkolwiek porównań w celu wartościowania. Dzieci nie są stawiane w roli zwycięzcy czy przegranego albo też lepszego czy gorszego. W tym kraju rodzice nie narzucają dziecku żadnego hobby. Ono samo wybiera, czym chce się zajmować. Zauważyłam też, że nikt nie robi żadnej tragedii, jeśli dziecko jest mniej zdolne, czy przegrało w zawodach. Nikt na nich nie wywiera żadnej presji – opowiada Olesia.
W Norwegii zrezygnowano również z wystawiania ocen za osiągnięcia w nauce czy sporcie na wczesnym etapie edukacji.

Mnóstwo placów zabaw, a co najważniejsze, każdy przeznaczony na określony wiek i zainteresowanie

– Rodzice uczestniczą w życiu dziecka. Chodzą razem na treningi, razem wyjeżdżają na wakacje. Nie mogę powiedzieć, że tutaj dzieci są rozpuszczone. Mam porównanie, ponieważ na Litwie do 10. roku wychowywałam syna i w wieku mojej córki był bardziej niegrzeczny. Za to winię siebie i ex męża. W domu były ciągłe kłótnie, bójki, niedostatek. Byłam ciągle w złym humorze, krzyczałam na niego, a nawet nieraz podniosłam na niego rękę. Dziecko było nerwowe, często krzyczało i płakało. Gdyby mój syn w takich warunkach żyłby tutaj, to na pewno by mi go już zabrali. Natomiast u nas opieka społeczna dobrze wiedziała o trudnej sytuacji mojej rodziny. Od czasu do czasu przychodzili, ale niezbyt sobie tym głowy zawracali. Były tylko nieskończone, próżne rozmowy – mówi kobieta.
Wszelkie kary, krzyki czy klapsy, a nawet poszturchiwanie w celu pospieszenia guzdrającego się malca, są w Norwegii nie do pomyślenia. Jeśli jednak dojdzie do czegoś podobnego, świadkowie takiego zajścia mają obowiązek zawiadomić odpowiednie służby dbające o prawa i wolność dzieci.

– Gdy syn poszedł do szkoły, było jeszcze gorzej. Wiadomo – w klasach są różne dzieci. I z bogatych, i z biednych rodzin. Mój był z biednej i gdy kolega z klasy przynosił na przykład do szkoły nowy telefon, syn urządzał mi awantury, że też taki chce, a ja z kolei krzyczałam, że nie mamy nawet na chleb. I tak w kółko. Cierpiał także w szkole, bo wyśmiewano go, że nie ma firmowej odzieży, roweru itd. Syn był zły na cały świat. Gdy wyjechaliśmy do Norwegii, początki były ciężkie. Poszedł do szkoły i był bardzo zdziwiony, że nikt z kolegów nie śmieje się, że czegoś nie ma. Oczywiście potrzebował czasu, by przyzwyczaić się. Ja także uspokoiłam się i nie bałam się, że o coś mnie poprosi, bo mnie było już stać. Dzisiaj zajmuje się karate i całkiem nieźle mu idzie. W domu nie ma awantur, jest spokojnie. Myślę, że niedostatek w naszym kraju sprawia, że mamy tak dużo agresji ze strony rodziców i dzieci – wyznaje Olesia.

Moja rozmówczyni podkreśla, że Barnevernet nie jest idealne, ponieważ czasami nadużywa swojej władzy i odbiera dzieci z błahych powodów.
– W Norwegii jest wielu obcokrajowców, którzy wychowują dzieci według własnych zasad. Niestety, często nie są one akceptowane przez Norwegów, np. krzyczenie na dziecko lub zmuszanie go do zjedzenia obiadu absolutnie nie powinny mieć miejsca, podczas gdy jest to zachowanie nie wzbudzające krytyki u mieszkańców wschodniej Europy. W Norwegii uważa się, że to, jak są wychowywane dzieci, nie jest wyłącznie sprawą rodziców, lecz całego kraju – zaznaczyła Olesia.

Potrząśnięcie, danie klapsa w pupę lub inny agresywny fizyczny kontakt z dzieckiem, stanowi przemoc w świetle norweskich przepisów. Jeśli przemoc nie ustanie, dzieci mogą zostać odebrane. Jeżeli właśnie przybyłeś i chcesz wynająć pokój dla rodziny (z dziećmi), może okazać się, że wynajmujący odmówi wynajęcia lokalu ze względu na to, że dziecko musi mieć zapewniony osobny pokój zgodnie z norweskim prawem. W myśl norweskiego Kodeksu karnego, jeśli dziecko widzi, słyszy czy doświadcza przemocy jednego z rodziców wobec drugiego, stanowi to przemoc wobec dziecka. Dziecko nie może być świadkiem kłótni rodziców.

POMOC PAŃSTWA W WYCHOWANIU DZIECI

W Norwegii rodzice mogą liczyć na dotacje na dziecko. Pieniądze należne z tego tytułu muszą jednak zostać przeznaczone na konkretne cele, czyli potrzeby malca (np. dodatkowe zajęcia pozalekcyjne, wyjazdy na wakacje lub wyprawka szkolna). Dodatek rodzinny jest priorytetowym instrumentem wspierania rodzin w tym kraju. Przysługuje na każde dziecko do 18. roku życia (niezależnie od tego, jak liczna jest rodzina), bez względu na status materialny rodziców i wynosi 11 tys. koron (ok. 2 tys. euro) rocznie. Rodzice samotnie wychowujący dzieci otrzymują dwukrotnie wyższą dotację.
Dodatkowym ukłonem w stronę rodziców są urlopy rodzicielskie. Kobieta, która planuje zajść w ciążę, nie musi obawiać się o pracę, gdyż urlop macierzyński, a potem wychowawczy, nie jest źle widziany. Poza tym funkcjonuje tam sprawny system zastępstw, który daje poczucie bezpieczeństwa młodym rodzicom. Urlop przysługuje również norweskim tatusiom, z czego chętnie korzystają (prawie 90 proc. ojców). Urlop rodzicielski trwa od 46 do 56 tygodni. Po zakończeniu tego okresu mama podejmuje decyzję, czy wraca do pracy, czy też woli poświęcić się wychowaniu malca. Jeśli zdecyduje się na tę drugą opcję, otrzyma od państwa 39 tys. koron rocznie (ok. 5 tys. euro). Może też podjąć pracę na część etatu i posyłać dziecko na kilka godzin do przedszkola – wówczas również dostaje dodatkowe pieniądze od państwa.

Fot. autorka

Honorata Adamowicz :

View Comments (1)

  • Więc niech samo państwo ich też wychowuje.Nie wszystkich dzieci można wychować metodą bezstresową - i to jest fakt.