X
    Categories: HistoriaWiadomości

Żołnierz polski, żołnierz wileński…

Waldemar Szełkowski z członkami Wileńskiego Klubu Rekonstrukcji Historycznej Garnizonu Nowa Wilejka, Fot. Marian Paluszkiewicz

Rocznica Bitwy Warszawskiej, jednego z najważniejszych polskich zwycięstw w historii, to jednocześnie Święto Wojska Polskiego. Co roku w Wilnie obchodzimy je w miejscu niezwykle symbolicznym, przy Mauzoleum Matki i Serca Syna. O kim powinniśmy w tym dniu pamiętać?

– Największą odpowiedzialność za każdą stoczoną bitwę ponoszą dowódcy, ale nie byłoby zwycięstw, gdyby nie poświęcenie zwykłych żołnierzy. Wielu młodych ludzi z Wileńszczyzny poległo w walkach o niepodległość, wielu zginęło w 1920 r. w okolicach Warszawy, ale także w walkach, które toczyły się dalej na Wschodzie. Paradoksalnie najbardziej zapomniani pozostają ci, którzy po zakończonej wojnie powrócili do cywila i bardzo aktywnie pracowali zawodowo i społecznie – wyjaśnia Waldemar Szełkowski, historyk, prezes Wileńskiego Klubu Rekonstrukcji Historycznej Garnizonu Nowa Wilejka.

Szełkowski podkreśla, że nie wyobraża sobie świętowania 15 sierpnia bez oddawania należnej czci postaci Marszałka Józefa Piłsudskiego.
– Wielokrotnie toczyły się dyskusje na temat tego, komu zawdzięczamy zwycięstwo, wiele jest kwestii otwartych, jednak co do jednego nie możemy mieć wątpliwości. To na Piłsudskim spoczywał główny ciężar odpowiedzialności za wydarzenia, które wówczas się rozgrywały. Dla mnie najlepszym podsumowaniem dyskusji na ten temat są właśnie słowa Marszałka. Piłsudski miał powiedzieć, że co prawda nie wiadomo, komu przypisać zwycięstwo, ale na pewno wiadomo byłoby, kto przegrał. To on był naczelnikiem państwa, to on dowodził, a do dowódcy właśnie należy tak chwała za zwycięstwo, jak i odpowiedzialność za porażkę – mówi historyk.

Cmentarz Wojskowy na Antokolu Fot. Marian Paluszkiewicz

Nie byłoby jednak Cudu nad Wisłą w takim kształcie bez gen. Tadeusza Rozwadowskiego, szefa sztabu, czy gen. Władysława Sikorskiego, czy wielu innych dowódców.
– Zwracam zawsze szczególną uwagę na tych, których losy związane były z Wileńszczyzną, tu chciałbym zauważyć choćby wkład Lucjana Żeligowskiego i dowodzonej przez niego10 Dywizji Piechoty. Również 13 Pułk Ułanów Wileńskich ma swój udział w tej wojnie. 25 lipca 1920 r. stoczył z bolszewikami ciężką bitwę pod Janowem koło Sokółki. Warto przy okazji na pewno przypomnieć postać Konstantego Drucki-Lubeckiego, arystokraty, pułkownika dyplomowanego kawalerii Wojska Polskiego, który we wspomnieniach z tego okresu występuje po prostu jako Kostek. Jako rotmistrz w październiku 1920 roku dowodził szwadronem i po walkach umożliwił piechocie zajęcie linii demarkacyjnej w okolicy Mińska. Za ten czyn został odznaczony Orderem Virtuti Militari V klasy. Jego grób znajduje się w lesie koło Bykowni. Nie poległ w walce – w czasie kolejnej wojny stał się jedną z ofiar Zbrodni Katyńskiej – opowiada Szełkowski.

Kadra zawodowa 1 szwadronu 13 Pułku Ułanów Wileńskich.
W drugim rzędzie od lewej stoją: wachm. Stanisław Sawlewicz, wachm. NN, plut. Kazimierz Markowski Fot. archiwum rodzinne Markowskich

Prezes Garnizonu Nowa Wilejka podkreśla, że mówiąc o Bitwie Warszawskiej, powinniśmy pamiętać także o Wileńskim Pułku Strzelców (późniejszy 85 pułk Strzelców Wileńskich), który w czasie wojny z bolszewikami wchodził w skład 1 Dywizji Litewsko-Białoruskiej.
– Wielu Wilniuków pozostało pod Radzyminem, a cały pułk wykrwawił się bardzo podczas szturmów, zdobywając w końcu miasto. Bohaterstwo żołnierzy pułku zostało dostrzeżone, niektórzy otrzymali za udział w bitwie krzyż Virtutii Militarii i właśnie dlatego później dzień 15 sierpnia wybrano jako święto pułku. Ciekawa jest również postać dowódcy, który pochodził z Wilna, majora Stanisława Bobiatyńskiego. Został ranny w Bitwie Warszawskiej, właściwie był wyniesiony z pola bitwy przez jednego ze swoich żołnierzy, walczył również w bitwie nad Niemnem – opowiada historyk.

Wielu żołnierzy 85 pułku, którzy brali udział w walkach w 1920 r., jest pochowanych na Cmentarzu Wojskowym na Antokolu.
– 15 sierpnia odwiedzimy również ich groby. Nie chcemy, by ci, którzy walczyli również w Bitwie Warszawskiej, byli w tym dniu zapomniani – zauważa Szełkowski.

Groby żołnierzy z Wileńszczyzny są także na wielu innych cmentarzach. Wielu żołnierzy poległo w walkach w okolicach Warszawy, ale także tych, które toczyły się dalej na Wschodzie. Niektórzy, po zakończonej wojnie, powrócili do cywila i bardzo aktywnie pracowali zawodowo i społecznie.
– Najczęściej odwiedzamy groby tych, którzy zginęli na wojnie, a ci, którzy przeżyli wojnę i zmarli później, choć czasem wykazali się niezwykłą odwagą czy umiejętnościami w walce, pozostają zapomniani. Ich groby bywają bardzo skromne i nie ma w nich wzmianki o żołnierskiej przeszłości. Zwłaszcza tu, na Litwie. Po wcieleniu Litwy do Związku Sowieckiego ich rodziny albo wyjechały do Polski, albo, pozostając na Wileńszczyźnie, wolały nie wracać do historii – zauważa Szełkowski.

Ułan Kazimierz Markowski w pierwszym roku służby w 13 Pułku Ułanów Wileńskich, Nowa Wilejka 1927 r. Fot. archiwum rodzinne Markowskich

Rzeczywiście, żołnierze walczący w Wojsku Polskim w pierwszych latach niepodległości w większości nie doczekali czasów, gdy powróciła oficjalna pamięć o Marszałku Piłsudskim, legionach czy wojnie polsko-bolszewickiej. Nie pełnili jako kombatanci warty honorowej, nie byli zapraszani na patriotyczne uroczystości. Na Wileńszczyźnie niewielu było także takich, którzy o wojskowych tradycjach opowiadali swoim synom i wnukom. Można powiedzieć, że pod tym względem pewnym wyjątkiem jest rodzina Markowskich.

Jan Markowski jest synem Kazimierza Markowskiego, ułana 13 Pułku Ułanów Wileńskich. Jego ojciec rozpoczął służbę wojskową w okresie międzywojennym, w 1927 r. W czasie kampanii wrześniowej służył jako wachmistrz i zastępca dowódcy 2 plutonu szwadronu tatarskiego 13 Pułku Ułanów Wileńskich. Po wojnie był jednym z niewielu ułanów, których rodzina pozostała w Nowej Wilejce.

– Ojciec wrócił z niewoli w 1944 r. Był bardzo przygnębiony, nie chciał wspominać wojny. Być może dlatego, że ja miałem wtedy dopiero 10 lat… Ale przechowywał pamiątki, zdjęcia. Widać, że to było dla niego bardzo ważne. Z czaczem zacząłem zadawać pytania, a on opowiadał – mówi „Kurierowi Wileńskiemu” syn ułana.

Jego ojciec zmarł w latach 80. Przekazał synowi swoją wiedzę historyczną i wojskowe pamiątki. Nie miał okazji dzielić się swoimi opowieściami z szerszym gronem osób.
– Nie było żadnych spotkań, żadnych uroczystości. Czasem dowiadywałem się, że ktoś służył z ojcem, czasem ktoś pytał, czy mój ojciec był ułanem. To pokolenie nie doczekało się żadnej chwały, żadnych honorów czy dodatków do emerytury. A przecież byli to wspaniali ludzie. Razem z ojcem służył Stanisław Sawlewicz, za udział w wojnie polsko-bolszewickiej był odznaczony orderem Virtutii Militarii. Miałem okazję go poznać, bo odwiedzał nas, nawet po swoim wyjeździe po Polski. Bardzo długo panował pewien lęk, nieufność. A teraz, przecież oni wszyscy już nie żyją – mówi Jan Markowski.

Jan Markowski Fot. wilnoteka.lt

A jednak, mimo upływu czasu, pamięć o żołnierzach walczących w 1920 r. również dzisiaj na Litwie nie jest łatwa.
– Niektórzy nadal nie mają odwagi opowiadać o tym, że ich dziadkowie czy ojcowie brali udział w walkach 1920 r. lub też byli w okresie międzywojennym w polskim wojsku. Dzieje się tak dlatego, że dla wielu polskie wojsko w tym okresie kojarzy się przede wszystkim z buntem Żeligowskiego i zajęciem Wilna. Z perspektywy Litewskiej ocena jest jednoznaczna – to były wojska okupacyjne. Muszę przyznać, że bardzo trudno jest mi słuchać, gdy ktoś o tym mundurze mówi, jak o mundurze okupanta. Z perspektywy tych żołnierzy na pewno tak nie było. To nie było wojsko z zewnątrz, oni walczyli o swój dom, wracali do domów. Niezależnie, czy tyło to pięć hektarów czy tysiące – oni walczyli o swoją ziemię, na której mieszkali od zawsze – podkreśla Waldemar Szełkowski.

Historyk jest przekonany, że realiów roku 1920 nie możemy postrzegać jedynie z dzisiejszej perspektywy.
– Trudno nawet powiedzieć, czy oni walczyli o Polskę czy o Litwę. Przecież wielu wierzyło wówczas, że nadal istnieje szansa na stworzenie jakiegoś rodzaju polsko-litewskiej federacji. Nie możemy zamykać ich w naszych szablonach, które w dużej mierze ukształtowały się już w czasie trwania polsko-litewskiego konfliktu – podsumowuje historyk.

APEL DO CZYTELNIKÓW „KURIERA WILEŃSKIEGO”

W roku, gdy świętujemy 100. rocznicę Odzyskania Niepodległości, chcemy powrócić do historii walczących o niepodległość, a także żołnierzy II RP, których życie związane było z Wileńszczyzną. Wiemy, że na wielu cmentarzach na Litwie znajdują się dziś groby ułanów czy legionistów, na których nie ma żadnej wzmianki o wojskowej przeszłości pochowanych tam osób. Mamy nadzieję, że dzięki wsparciu naszych Czytelników uda nam się te groby odnaleźć, a być może także opowiedzieć historie niektórych żołnierzy na łamach „Kuriera Wileńskiego”. Zachęcamy rodziny, a także przyjaciół żołnierzy, do kontaktu z redakcją lub Wileńskim Klubem Rekonstrukcji Historycznej Garnizon Nowa Wilejka. Jesteśmy przekonani, że wspólnie uda nam się przywrócić pamięć o tej ważnej części naszej historii.

 

 

Ilona Lewandowska :

View Comments (5)

  • Mhm...
    Pierwsze skojarzenie z tematem artykułu to mimowolne przywołanie do pamięci postaci mojego Dziadka. Nawojował się w tej wojnie z bolszewikami w 1920 roku co niemiara. W jesienne i zimowe wieczory często i przez wiele lat prosiłem go by opowiadał swoje przygody.
    I wstyd przyznać, ale kilka razy ostro posprzeczaliśmy się. Co dla niego było faktem dla mnie było konfabulacją. Aż niemal pół wieku później muszę wycofać się z moich młodzieńczych podejrzeń bo oto pasjonaci historii publikacjami potwierdzają jego wersje. Tak było z Chińczykami broniącymi Wilna wespół z bolszewikami w tej wojnie 1920.
    ------------------------------------------------------
    Tu widzę wzmiankę o innym epizodzie. Czyżby ten świat był mniejszy niż sądziłem?
    Dziadek opowiadał też o wyciągnięciu spod koszmarnego ostrzalu na przedpolach Warszawy jakiego rannego pułkownika, za co otrzymał wysokie odznaczenie. Tu jest o majorze. Stopień się nie zgadza. Zgadza się jednak czas, miejsce, funkcja i formacja wojskowa. Mhm...
    --------------------------------------------------------
    Kilka miesięcy temu utrwaliłem jego przygody z tego okresu. Poświęciłem na to cały rozdział. Wydałem książkę w bardzo ograniczonym nakładzie, tytułując ją "Wyklęta krew". Na Wileńszczyznę wysłałem z 10 egz., do osób prywatnych, plebanii w Butrymańcach i Ejszyszkach oraz biblioteki publicznej w Solecznikach. Zostały mi 3 egz. i muszę dokonać wyboru adresatów, których jest więcej.
    Czytając ten art. pomyślałem właśnie Kurierze Wileńskim jako adresacie z prawem do publikowania wybranych fragmentów tej książki. W tym względzie jest to propozycja dla KW i w tym miejscu oczekuję odpowiedzi.
    ------------------------------------------------
    Dlaczego w takiej formie adresuję?

    By była to zachęta dla innych na spisanie własnych historii.
    By ta książka nie była jedynie lekturą dla redaktorów.
    By zwiększyć zainteresowanie czytelników bliższą i dalszą historią.
    By uatrakcyjnić lekturę Kuriera.
    By dać wzór przodków, oddać im należną chwałe, poszerzyć wiedzę współczesnych i zachować dla pamięci potomnym.

  • Tak.
    Jeżeli dziadek Pana - sierżant Bronisław Stankiewicz, to wszystko się zgadza. Uratował mjr Bobiatyńskiego, który wówczas był dowódcą pułku, a później otrzymał stopień ppłk.