Pisownia polskich nazwisk na Litwie — spór filologiczny czy polityczny?

994

Minęło 16 lat od podpisania Traktatu Polsko-Litewskiego, w którym między innymi oba państwa zobowiązały się do zapewnienia prawa pisowni nazwisk i nazw miejscowości w języku ojczystym. Polska wywiązała się z tego zobowiązania przed litewską mniejszością. Z kolei na Litwie wciąż toczy się zażarta dyskusja — pozwolić czy nie pozwolić Polakom, obywatelom Litwy, pisać swoje nazwiska i nazwy w podwileńskich rejonach po polsku. Przed miesiącem Sejm Litwy większością głosów postanowił na to nie pozwalać. Sprawa jednak nie jest zamknięta. Litewscy politycy będą musieli wrócić do tej kwestii.

W ramach toczącego się sporu do redakcji napłynął artykuł litewskiego językoznawcy profesora Arnoldasa Piročkinasa, w którym to on tłumaczy, dlaczego muszą być lituanizowane polskie nazwiska. Jako argument popierający to stanowisko profesor przytacza artykuł polskiego językoznawcy Stanisława Westfala opublikowany 14 sierpnia 1948 roku w londyńskiej gazecie „Orzeł Biały”. O skomentowanie stanowiska profesora Piročkinasa redakcja „Kuriera Wileńskiego” poprosiła współczesnego polskiego historyka i językoznawcę Michała Rudnickiego.

Robert Mickiewicz

Audiatur et altera pars — o zlitewszczaniu polskich nazwisk — litewski punkt widzenia

Po odrzuceniu przez Sejm Republiki Litewskiej kolidującego z Konstytucją i werdyktem Sądu Konstytucyjnego Litwy rządowego projektu ustawy o zezwoleniu na pisownię imion i nazwisk obywateli mniejszości narodowych w dokumentach osobistych jako podstawowych i jedynych zgodnie z pisownią ich języka ojczystego, wybuchła fala wielkiego oburzenia.

Z powodu odrzucenia projektu Sejm besztali nie tylko obrażeni Polacy, ale też niektórzy „dobroduszni” Litwini — „internacjonaliści”. Niech więc zostanie wysłuchana i druga strona, jak mówili starożytni rzymianie — audiatur et altera pars.

W związku z powyższą sprawą przede wszystkim udzielmy głosu neutralnym świadkom — językoznawcom polskim. Należy stwierdzić, że Litwini byli i będą wdzięczni za rzetelny stosunek do ich języka wielu językoznawcom polskim, jak Jan Baudouin de Courtenay (1845-1929), Jan Karłowicz (1836-1903), Jan Otrębski (1889-1971), Wiktor Porzeziński (1870-1929), Jan Safarewicz (1904-1992) oraz inni. Żaden z nich nawet półsłówkiem nie napomknął, że Litwini niesłusznie traktują imiona i nazwiska innych narodowości. Samo przez się zrozumiałe im było, że Litwini mają prawo i nawet obowiązek zlitewszczania imion obcych — dostosowania do własnego systemu językowego.

Niniejszym uwadze czytelnika polskiego polecamy artykuł ich rodaka językoznawcy Stanisława Westfala (1911-1959), opublikowany 14 sierpnia 1948 r. w gazecie „Orzeł Biały”, wydawanej przez emigrantów polskich w Londynie. Artykuł później został zamieszczony w książce Stanisława Westfala „Teka językowa”. — Biblioteka Instytutu Polskiego i Muzeum Sikorskiego w Glasgow (1975). — s. 328-331. Był on odpowiedzią na ostre zarzuty wobec Litwinów w krakowskim tygodniku katolickim „Tygodnik Powszechny” (25 04 1948) o to, że w mianowniku liczby pojedynczej do nazwisk męskich innych narodowości dodają końcówki –as, -is, -us, czyli te nazwiska zlitewszczają. Wiadomo, że Westfal nie dorównuje wyżej wspomnianym językoznawcom polskim, jednakże jego rozważania, usprawiedliwiające „przestępstwo” Litwinów, obecnie, w obliczu bulwersującej uchwały Sejmu Republiki Litewskiej, powinny skłonić myślących ludzi do trzeźwiej oceny problemu: zlitewszczanie wszystkich obcych imion i nazwisk nie jest bynajmniej przejawem szowinizmu, tylko troską o zachowanie historycznych właściwości własnego języka.

Prof. dr hab. Arnoldas Piročkinas

„Przyganiał kocioł garnkowi”

„Dotychczas tylko litewscy szowiniści przed wojną litewszczyli wszelkie nazwiska w ogóle, pisząc np.: Nansenas, Wagneris, Puszkinas. Dziś napisaliby pewnie Żółkiewskis”.

(,,Tygodnik Powszechny”, nr. z dn. 25 kwietnia 1948 r. str. 12).

Taką notateczkę puściło poważne pismo katolickie wychodzące w Krakowie. O złą wolę autora tej bzdury nie można podejrzewać. Po prostu drobny przykładzik ignorancji, o tyle zresztą usprawiedliwionej, że znajomość języka litewskiego i jego tzw. „ducha” nie jest niezbędnym elementem intelektualnego ekwipunku każdego piszącego Polaka, o tyle jednak irytującej, że rzucono lekkomyślnie zarzut szowinizmu tam, gdzie nie ma on najmniejszych podstaw.

Ponieważ zarzut ten krąży wśród szerszych kół opinii polskiej, warto sprawę wytoczyć na łamy prasy.

Owóż istotnie męskie nazwisko obce musi w języku litewskim przyjąć w mianowniku liczby pojedynczej końcówkę -as (Nansenas), -is (Wagneris) lub w wypadkach szczególnych -us (Antoniewiczius). Dzieje się to na dokładnie tej samej zasadzie na jakiej my do nazwiska Wagner np. doczepiamy -a w dopełniaczu i bierniku liczby pojedynczej, -owi w celowniku, -em w narzędniku itp., na co cudzoziemcy nieozwyczajeni z naszą zawiłą i trudną mową też lubią od czasu do czasu posarkać, twierdząc, iż to ,,przywłaszczycielstwo”, „szowinizm” (tak!).

A niekiedy idziemy przecież nawet dalej. Np. Lutra samowolnie pozbawiliśmy -e- we wszystkich przypadkach zależnych, bo jest podobny do naszych słów: chabru (chaber), świdra (świder), wichru (wicher, wichr), gdzie -e-, tzw. e ruchome, pojawia się wtórnie jedynie w mianowniku l. pojedynczej. A jeżeli Hitlerowi pozostawiliśmy jego -er nienaruszone, (to nie żaden In; iki Liski, lecz tylko to, że ,JIi(lrai’ nigdy byśmy nie strawili. I tak dosyć było kłopotu.

Do Litwinów wracając, są oni niejako dziedzicznie obciążeni, w inny nieco sposób niż my: rzeczownik męski (poza typem akmuo ‚kamień’, np.) musi się u nich kończyć na -as, is, -us, tak samo jak nasz rzeczownik tegoż rodzaju musi mieć jakąś końcówkę w każdym innym przypadku oprócz mianownika (i biernika, jeżeli jest równy mianownikowi): wilk, wilka, wilkowi, wilku, wilkiem, o wilku. Przy odrobinie sofistyki rzec można, że nasz, mianownik z-cicha-pęk też ma końcówkę, a mianowicie zero, nic, pustkę. Dlatego Nansen jest u nas Nansen, i puszymy się tym nad Litwiny jak gdyby niebywałą jakąś zasługą, choć zaraz w następnych przypadkach — chcemy czy nie chcemy — w lipowych podartych łapciach smarujemy razem z Litwinami i z nimi razem przyfastrygowujemy różne, rozmaite dodatki obcym nazwiskom. Oni: Nansenas, Nanseno, Nansenui, Nansena, Nansenu, Nansene. — My . . . też hadko!

Prawda, mianownik jest niejako królem przypadków, ministrem, generałem, prezesem, wyraża bowiem podmiot, mózg lub serce zdania i pełni funkcje reprezentacyjne w salonach słownikowych. Na bilecie wizytowym walimy swoje nazwisko w mianowniku. Przedstawiamy się właśnie w mianowniku: „ .. . szszsz jestem”. A że litewski mianownik bez końcówkowego dodatku się nie obejdzie, o tyle litewskie dziedziczne obciążenie jest ,,gorsze”.

Irytuje Polaka szczególnie -as. Dwie są przyczyny po temu. Raz, -as słusznie uważa opinia za końcówkę mianownika typowo litewską (-us mamy w łacinie). Samogłoska -a jest ponadto szeroka, płaska, chamska, -i zaś oraz -u wykwintne, wyniosłe, cienkie, chude. Ponadto mamy w polskim nieco formacji o znaczeniu lub zabarwieniu ujemnym, zbudowanym przy pomocy sufiksu -as: brudas, głuptas, golas, grubas, zakrętas, wykrętas. Ale są i pseudo-łacińskie na -us: garbus, chciwus, pijus, nie lepsze, więc wartość słowotwórcza -us i -as jest tylko okolicznością uboczna.

Doczepianie -s (-us) jest znane również i z łaciny, acz w bardziej ograniczonym zakresie niż u Litwy — m. in. dlatego, że łacinnicy obok typów populus, excrcitus mają ,,bez-esowy” (asygmatyczny mówi się w nauce, z grecka) typ vir. Ale np. nasz Kopernik zwie się po łacinie Copernicus i w tej właśnie formie zna jego nazwisko cały świat. Pomińmy już zlatynizowane formy Modreyius, Orichotńus, Sarbieyius, jako polegające również na odcięciu polsko-szlacheckiego przyrostka nazwiskowego -sk-. A któż z łacinnikami zadziera, że hultaje, że szowiniści, że ,,łacińszczą” nazwiska? Nierówno traktujemy świat. Przyczyna ta, że z Rzymem, dawnym Rzymem nie mieliśmy nigdy — Bóg nas uchował — żadnej awantury, jako dzieci innych epok, że przed wielką kulturą antyczną padamy plackiem, rozmodleni, zachwyceni, rozkochani, a z Litwinami i to i owo nas dzieli, a niewątpliwa młodszość kultury litewskiej zapala do przesadnego hałasowania na temat naszej wyższości. Gorzkie to słowa, ale potrzebne.

Skoro już tyle się rzekło, wypada dodać, że owe łacińskie i litewskie męskie -s mianownikowe prastara to właściwość, wspólna niegdyś wszystkim językom wielkiej rodziny indoeuropejskiej, do której i my, jako Słowianie, i Litwini, jako Bałtowie należą. W dźwiękach archaiczniejsza lilewszczyzna zachowała owe -s po dziś dzień, my zaś dawno je przepuściliśmy pozbawiając mianownik końcówki.

Gdy więc któremu z nas Litwin — w swej własnej mowie, a prawo tu jest jego — doczepi -as lub coś podobnego, miarkujmy swoją reakcję. Nie bądźmy kotłem przyganiającym garnkowi, że smoli, bo i my uprawiamy doczepianie końcówek do obcych nazwisk w innych niż mianownik przypadkach. Pamiętajmy przy tym o łacinie i o pradawności litewskiego -s. Tą drogą z wzajemnych stosunków usuniemy przynajmniej jeden drobny kamyczek. W czasach, kiedy korzyści są małe a straty wielkie, i to coś warte.

Stanisław Westfal
Londyn
„Orzeł Biały” 14.8.1948

Nullus videtur dolo facere, qui iure suo utitur*

Czym jest szowinizm i dyskryminacja, wie każdy. Słowa te, szczególnie w ostatnim czasie, padają dość często w kontekście — chcąc nie chcąc, trzeba użyć tego słowa — walki mniejszości polskiej na Wileńszczyźnie o zagwarantowane im w Konwencjach i Dyrektywach Unii Europejskiej prawa do pisowni nazwisk i nazw miejscowych w języku ojczystym. Mniej lub bardziej uzasadnionymi epitetami strony sporu obrzucają się nawzajem, a do dyskusji włącza się coraz większy krąg intelektualistów. Jednak czy dyskusja ta jest zawsze merytoryczna? Wydaje się, że nie do końca zważywszy, że argumenty przytaczane przez część adwersarzy nie zawsze znajdują uzasadnienie w rzeczywistych dążeniach Polaków na Wileńszczyźnie.

Audiatur et altera pars wzywa — przykładowo — w swym artykule wybitny naukowiec, językoznawca prof. Arnoldas Piročkinas. Przytacza w swej wypowiedzi artykuł z 1948 r. autorstwa polskiego lingwisty Stanisława Woltera, jako trzeźwy głos Polaka (oryg. blaivus lenko balsas), który powinien myślących ludzi zachęcić do trzeźwiejszego spojrzenia na ten problem (pisowni nazwisk: MR): zlitewszczanie obcych nazw własnych nie jest bynajmniej wyrazem szowinizmu, ale dążeniami do zachowania historycznych cech własnego języka — pisze prof. Piročkinas.

Istotnie, Wolter w swym artykule porusza kwestie doczepiania własnych końcówek do obcych nazw własnych, która ma miejsce zarówno w języku litewskim, jak i w polskim (we wszystkich przypadkach gramatycznych oprócz mianownika), co jest rzeczą charakterystyczną dla wszystkich języków fleksyjnych. Nie rozwodząc się dłużej nad kwestiami stricte językoznawczymi, których istoty i słuszności nikt chyba nie podważa, wypada postawić pytanie — jak to się ma do dążeń mniejszości narodowych do legalnej pisowni nazwisk i nazw miejscowych w języku ojczystym. Nie dąży się przecież do likwidacji litewskich imion i nazwisk z paszportów, czy litewskich nazw miejscowości i ulic z tablic. Nikt przecież nie podważa suwerenności Państwa Litewskiego czy też państwowości ze stolicą w Wilnie, a działania te nie mają cech separatyzmu. Nie uważa się przecież, aby postępował podstępnie ten, kto postępuje zgodnie z obowiązującym go prawem. Są to jedynie słuszne dążenia do praw — a więc także Konwencji Ramowej o Ochronie Mniejszości Narodowych — których przestrzegania Litwa zobowiązała się wstępując do Unii Europejskiej. I oczywiście — zlitewszczanie wszystkich nazw obcych nie jest — jak pisze pan Profesor — wyrazem szowinizmu, ale jakże inaczej można inaczej nazwać wypowiedzi niektórych członków Sejmu litewskiego podczas rozważania projektu Ustawy o pisowni imion i nazwisk, czy też decyzje Państwowej Inspekcji Językowej nakładającej kary na przewoźników z rejonu wileńskiego i solecznickiego? Szczególnie w kontekście praw, jakie gwarantuje się mniejszości litewskiej w Polsce.

Na szczęście część współczesnej litewskiej elity politycznej coraz bardziej racjonalnie podchodzi do tego problemu, nie widząc w pozytywnym dla mniejszości jego rozwiązaniu żadnego zagrożenia dla Litwy. Bo przecież faktycznie żadnego zagrożenia nie ma. Pozostaje więc mieć nadzieję, że wkrótce problemu nie będzie wcale, a Litwa stanie się państwem europejskim z prawdziwego zdarzenia: nie tylko posiadającym pełnię gwarantowanych jej praw i przywilejów, ale i przestrzegającym prawa danego jej mieszkańcom.

* Nie uważa się, aby postępował podstępnie ten, kto postępuje zgodnie z obowiązującym go prawem

Michał Rudnicki
historyk, językoznawca