17 września 1939 roku: Ejszyszki – sowiecka okupacja

217
17_wrzesien_Ejszyszki_1
Grzegorz Koszczuk o wydarzeniach, jakie rozegrały się w tej miejscowości po napaści ZSRR na Polskę Fot. Marian Paluszkiewicz

„…Nieznane i niepotępione publicznie występki przeciw prawom ludzkim są trucizną, która działa powoli i zamiast przyjaźni stwarza nienawiść między narodami… Ci, którzy żyją, otrzymali mandat od tych wszystkich, którzy zamilkli na zawsze. Wywiązać się ze swego obowiązku mogą tylko starając się odtworzyć dokładnie to, co było, wydzierając przeszłość zmyśleniom…”.

19 września żołnierze z czerwonymi gwiazdkami na czapkach wkroczyli do Ejszyszek. Większość mieszkańców miasteczka z przerażeniem patrzała na obce wojsko nadciągające ze Wschodu. Ludzie zdawali sprawę z tego, co teraz ich czeka z nadejściem bolszewików. Ale trzeba przyznać, że pewne środowiska w naszej miejscowości entuzjastycznie witały Armię Czerwoną. Byli to przede wszystkim działający w podziemiu rewolucjoniści, sowieccy agenci, kryminaliści. Jeszcze zanim pierwsze sowieckie oddziały dotarły do okolic Ejszyszek, zaczęli napadać i rabować domy okolicznej inteligencji, ziemiaństwa, zamożniejszych chłopów. Pod płaszczykiem bolszewickiej ideologii zaczęto pozbawiać majętności „Polaków-panów”, doszczętnie zabierano ubrania, jedzenie, bydło. Komuniści i ich poplecznicy wysiedlali bogatych Polaków, zabierając domy.

„CzeKa” natychmiast zaczęło przeprowadzać obławy na członków rodzin polskich wojskowych, przedstawicieli inteligencji, którzy zamieszkiwali w Ejszyszkach i okolicy. Aresztowano i wywieziono komendanta policji Małeckiego, policjantów Piotrowskiego i Parczyńskiego. Znaleźli się oni na liczącej 3 870 oficerów i urzędników administracji polskiej tzw. liście białoruskiej. Wraz z aresztowanymi w Białymstoku, Brześciu, Pińsku, Baranowiczach zostali zamordowani. Do zbrodni prawdopodobnie doszło w Kuropatach. Zresztą dokumentacja o tym do dzisiaj jest utajniania przez rosyjską bezpiekę.

W tym samym czasie aresztowano także komendanta ochotniczej straży pożarnej Ejszyszek — Stanisława Gotowieckiego, pracowników samorządowych: Antoniego Bukiejko, Ambrożego Walukiewicza, brata mojej mamy oraz kilku bogatych Żydów. Podobny los spotkał też właściciela majątku Hornostaiszki o powierzchni 417 ha ziemi Józefa Siekluckiego, który walczył w Wojsku Polskim, oraz gospodarzącego w Emilucynie na 484 hektarach jego brata Gabriela. Obaj zostali osadzeni w więzieniu w Lidzie, gdzie zmarli z głodu.
Natychmiast powstały „czerwone komitety”, składające się z komunistów. W Ejszyszkach przewodził im Chaim Szuster. Szefem komsomołu był Riwka Bojarski.

Znajdujący się na Jurydyce przy ulicy Kościelnej nasz dom należał do najbardziej okazałych. Zważywszy to czerwonogwardziści kazali naszej rodzinie przenieść się na strych, a w mieszkaniu urządzili sztab jednostki wojskowej. Jako że ojciec był ułanem u Piłsudskiego, w pokoju na widnym miejscu wisiał portret Marszałka, co nie uszło uwagi sowieckiego politruka. Wyrwał on portret z ramy i niosąc mówił: „Chcę zobaczyć, jak też wasz Piłsudski będzie się palił”. Mama wyrwała go z rąk politruka z krzykiem: „Nie dam palić!”. Na to ojciec schwycił mamę za rękę i wyprowadził do składzika mówiąc: „Głupia, toż to wojna, mogą za to zastrzelić”. Politruk portret spalił, połamał ramę, pobił szkło. Mama dni parę nie schodziła ze strychu. Potem jednostka sowiecka odjechała, w jej miejsce przysłano inną i w ten to sposób dzięki opatrzności Bożej konflikt o portret Piłsudskiego się zakończył.

W październiku 1939 roku sowieci przekazali Wilno i Wileńszczyznę Litwie, aby potem zagarnąć całą Republikę Litewską razem ze świeżo dołączonymi terenami. W Ejszyszkach rozpoczęły się rządy litewskie, ale pod czujnym okiem sowieckiego „brata”. Znowu uciemiężano miejscową ludność. Litwini skoncentrowali się na walce z polskością. Wprowadzono państwowy język litewski. W tym również w ejszyskim kościele nakazano modły w języku litewskim. Co nie było tak trudne, gdyż w tym czasie wikariuszem był ks. Bronislovas Chodanionok, który biegle władał litewskim. Rozkwitł szmugiel.
Panowanie litewskie w Ejszyszkach (październik 1939 – czerwiec 1940) dobiegło końca, gdy znowu powróciła Armia Czerwona i NKWD. Powołano nowy „rewkom”. Szefem komórki kompartii i pełnomocniczką sowiecką została Luba Ginuńska, komendantem milicji — Alter Michałowski.

14 lipca 1940 roku na Litwie odbyły się wybory, mające właśnie przyłączyć nas do Związku Sowieckiego. Kto na nie nie poszedł albo głosował przeciw, stawał się „wrogiem ludu”. Skąd wiedziano? Numer nazwiska ze spisu wyborców stawiano na karcie do głosowania, którą wrzucano do urny, co pozwalało enkawudzistom wiedzieć, kto i jak głosował.
Ejszyski „rewkom” pod przewodnictwem Ginuńskiej tymczasem sporządzał listy na wywóz do Syberii, więc ludność ze łzami w oczach szła do urn wyborczych. Propagandyści i agitatorzy to fotografowali, a potem w gazetach te łzy podawane były za dowód radości i wzruszenia, wynikające z możliwości oddania głosu „za rodzoną władzę”. Wybrano 79 deputowanych, którzy niebawem ruszyli do Moskwy prosić Stalina, by przyjął Litwę do bratniej rodziny sowieckiej. Wśród nich znaleźli się: Antanas Sniečkus, Justas Paleckis, Antanas Venclova, Salomea Neris, Motiejus Šumauskas i in. 3 sierpnia 1940 roku Rada Najwyższa ZSRR uwzględniła „prośbę” Litwinów: i przyjęła Litwę wraz z Wileńszczyzną w skład „bratniej rodziny” sowieckiej. Teraz już jako „swoich sowieckich” setkami tysięcy deportowano na Wschód.

Pozostało w pamięci barwne świętowanie 1 maja 1941 roku. Aktywiści w sinych spodenkach i czerwonych koszulkach z portretami Lenina, Stalina i innych sowieckich wodzów, z okrzykami na ich cześć, z transparentami: „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!” przeszli ulicami Ejszyszek przez Jurydykę i z powrotem.
W naszym domu w tamtym czasie mieszkały dwie panny — Anna i Helena Giniewiczówny z Gilwiniszek, które zarabiały na chleb przędąc len, wełnę na nici, szyjąc odzież dla włościan. Z ciekawości poszły one zobaczyć na ten pochód i mnie zabrały ze sobą. Widokiem były tak wstrząśnięte, że same stanęły na kolana i mnie nakazały tak postąpić, a żegnając się twierdziły, że to Lucyper zawładnął Ejszyszkami. Wnioskowały o tym przede wszystkim z widoku obnażonych dziewcząt, gdyż naówczas obowiązywało żelazne prawidło o długości spódnicy do połowy łydki.

Do nas przyszedł przyjaciel ojca — Żyd Pogorzelski. Wzruszony płakał i mówił: „Co oni robią? To będzie zguba. Przyjdą Niemcy”. Jak się okazało, mądry Żyd bynajmniej się nie omylił.
Cóż, jak ulał w tym miejscu pasują słowa Wielkiego Adama: „Mówiąc, ciągle szlochał. Żyd poczciwy Ojczyznę jako Polak kochał!”. A jeśli tak, to dziwi pogląd Macierzy na żydowską sprawę. Żydzi Wileńszczyzny, którzy prowadzili biznes, mieli konta w bankach, mieli obywatelstwo polskie. Są więc polskimi Żydami i pamięć o nich powinna być zachowana, jak na obywateli państwa przystało.

Począwszy majem – czerwcem 1941 roku najstraszniejsze były noce. Bo wtedy pijani enkawudziści podjeżdżali samochodami przed domy i dawali pół godziny na zebranie się przed wywózką na Syberię. Pamiętam, że spałem w ubraniu, a w domu leżały przygotowane węzły z dobytkiem i jedzeniem. Każdą noc ojciec i mama siedzieli po obu stronach okna i modlili się, bo nikt nie wiedział „dnia i godziny”. Do napadu Niemców sowieci deportowali z Litwy około 35 tys. osób, w tym też wielu zamieszkałych na Wileńszczyźnie Polaków.

Pisząc o wydarzeniach sprzed już ponad 70 lat na pamięć przychodzi jeszcze jedna historia oddająca atmosferę z tamtego strasznego okresu. Gdy w październiku 1939 roku Litwini objęli władzę w Ejszyszkach, z Kowna na naczelnika litewskiej Saugumy został przysłany pułkownik Vytautas Krivickas, który zamieszkał w naszym domu. Był człowiekiem inteligentnym i — jak ojciec go określił—- „człowiekiem pół biedy”.

armia 17
Armia Czerwona w Wilnie Fot. archiwum

Płacił za mieszkanie, obsługę. W domu zawsze był cukier, sól. Gdzieś pod koniec wiosny 1941 roku parę enkawudzistów pojawiło się na podwórzu przed domem. Prószył deszcz, więc przybysze powiedzieli ojcu, że chcą wejść do wnętrza, gdyż chcą poczynić pewne zapisy. Zaszli, usiedli przy stole, spytali, kto jest w domu. Ojciec wytłumaczył, że mieszka człowiek. Kazali zawołać. Sami poszli za ojcem i stali po obu stronach drzwi pokoju Krivickasa. Gdy on pojawił się, został schwytany za ręce i ustawiony pod ścianą.

Momentalnie okrążono dom. Nas wszystkich zamknięto w osobnym pokoju. W drzwiach stał armiejec. Zrobili rewizję u Krivickasa, znaleźli pistolet, naboje, rakietnicę. Litewski oficer był w bieliźnie i stał jak skamieniały. Zawołali ojca, by pomógł mu się ubrać. Potem kazali mamie, by zebrała jedzenie. Ja stałem z boku, mnie nie ruszano. Gdy wyprowadzali pułkownika, miał powiedzieć ojcu: „Jeśli będę żywy, dam znać”, bo trzeba dodać, że pułkownik poprawnie rozmawiał po polsku.

Pułkownika tylko raz widziałem w pięknym galowym mundurze. Z lewej strony miał order z Pogonią. Codziennie do pracy chodził piechotą ubrany po cywilnemu. Parę razy z Kowna przyjeżdżała jego córka. Nieraz ojciec rozważał głośno: „Dlaczego on nie zwiał do swoich?”. Ostatnie tygodnie przed aresztowaniem pułkownik często posyłał ojca po wódkę. Coś — widać — go gryzło, a może miał złe przeczucie? Nigdy jednak nie dał tego po sobie znać. Jego pościel, ubranie, rzeczy przez długie lata stały u nas na strychu w plecionej z wikliny walizie.
Deportacje i barbarzyństwo sowieckie przerwała inwazja Hitlera na ZSRR. Po sowieckim terrorze mieszkańcy Ejszyszek spodziewali się od Niemców lepszego jutra, lecz srodze się zawiedli. Sprawiedliwe są słowa polskiej piosenki: „Z jednej strony Niemiec krwawy, z drugiej — Moskal srogi”.

PAMIĘTAJMY O SWOJEJ HISTORII

17 września 1939 roku sowieci zadali Polsce cios w plecy, dokonując wspólnie z nazistowskimi Niemcami jej czwartego rozbioru. Jedną z pierwszych ofiar zbrodni sprzed 74 laty stała się ludność Wileńszczyzny. Dzisiaj na naszych łamach publikujemy wspomnienia Grzegorza Koszczuka, dawnego mieszkańca Ejszyszek o wydarzeniach, jakie rozegrały się w tej miejscowości po napaści ZSSR na Polskę.
„Historia jest nauczycielką i wychowawczynią narodu. Pomaga zrozumieć przeszłość, by uniknąć popełniania błędów swoich i bliźnich. Świadomość tego, że coraz mniej pozostaje żywych świadków tragicznych i strasznych w swej istocie wydarzeń sprzed laty, kazała mi wziąć się za pióro. Co więcej, jako syn inwalidy od sowieckiej kuli w wojnie z bolszewikami w 1920 roku, zostaję poniekąd obarczony nakazem ojca, który przewidywał rozpad sowieckiego imperium, naświetlenia wszystkiego tego, o czym w tamte czasy nie wolno nawet było mówić, obowiązkiem przywołania zasłyszanych w latach dziecięcych opowiadań oraz mnogich faktów i wydarzeń, których byłem naocznym świadkiem.
Co niektóre fakty i twierdzenia czerpałem też ze źródeł pieczołowicie zebranych przez prof. historii Marka Jana Chodkiewicza — „Ejszyszki. Pogrom, którego nie było”.
Marek Jan Chodkiewicz (ur. w Warszawie w 1962 r.) jest profesorem historii i dziekanem akademickim w The Institute of Word Politics w Waszyngtonie, radcą prezydenta USA do upamiętnienia Holokaustu.
W Ejszyszkach przyszedłem na świat i byłem ochrzczony przez księdza Czesława Kalinowskiego. Chrzest odbył się 12 maja 1935 roku i ksiądz powiedział, bo miał radio, że dzisiaj zmarł nasz wielki rodak — kochany wódz Marszałek Józef Piłsudski, proponując moim chrzestnym rodzicom — Bolesławowi Niedźwieckiemu i Mirze Walukiewiczównie, by obok imienia Grzegorz nadać mi drugie imię — Józef, co się zresztą stało.

Grzegorz Koszczuk