1
Rajmund Klonowski dla „Przeglądu Bałtyckiego”: „Środki unijne nie powinny być dla wilnian złotym cielcem”

„Mamy bardzo ciekawe propozycje dla miasta, które możemy zaprezentować, a później wdrażać jako komitet obywatelski, niepartyjny” – mówi Rajmund Klonowski Fot.Marian Paluszkiewicz

Wywiad pierwotnie ukazał się na portalu „Przęgląd Bałtycki”:
http://przegladbaltycki.pl/9145,rajmund-klonowski-srodki-unijne-nie-powinny-byc-dla-wilnian-zlotym-cielcem.html

Środki unijne w Wilnie przydały się do budowy sieci światłowodowych, podobnie jak do renowacji taboru miejskiego. I to było w porządku. W wielu miejscach jednak pieniądze unijne wykorzystywano bez kierowania się korzyścią dla mieszkańców. Na niektórych ulicach na siłę porobiono buspasy, tylko dlatego, że projekt unijny tego wymagał.

Teraz ulice są nieprzejezdne, nie ma gdzie postawić samochodu, bo jest buspas. Nie jestem przeciwnikiem środków z Unii, ale nie róbmy z nich złotego cielca. My mamy na Litwie także swoje pieniądze – mówi w rozmowie z Przeglądem Bałtyckim Rajmund Klonowski, dziennikarz „Kuriera Wileńskiego”, wileński społecznik, kandydat na mera Wilna w wyborach w marcu 2019 r.
Rajmund Klonowski urodził się w 1987 r., pochodzi z rodziny od wielu pokoleń mieszkającej na Wileńszczyźnie. Jest wnukiem żołnierza Armii Krajowej, przewodnikiem, a także społecznikiem. Od 2002 r. związany jest z „Kurierem Wileńskim”, gdzie publikuje swoje teksty. Działa także w Związku Polaków na Litwie, w 2017 r. bez powodzenia ubiegał się o wybór na prezesa miejskiego oddziału ZPL w Wilnie. W 2013 r. był współinicjatorem powstania Wileńskiej Młodzieży Patriotycznej, którą przez długi czas kierował. W 2015 r. bez powodzenia ubiegał się o mandat radnego Wilna z listy AWPL. Rok później związał się ze Związkiem Wolności Litwy, gdzie wszedł w skład Polskiej Frakcji. W tym samym okresie znalazł się wśród założycieli Klubu Gazety Polskiej w Wilnie. W wyborach samorządowych w 2019 r. kandyduje na mera i do rady miejskiej Wilna jako przedstawiciel polsko-litewskiego niepartyjnego komitetu społecznego „Lokys”.


Cztery lata temu, gdy rozmawialiśmy w Programie Bałtyckim Radia Wnet, kandydowałeś do rady Wilna z AWPL, teraz Cię nie ma na ich liście. Co się stało?

Przede wszystkim tworzymy własny komitet wyborczy z praprawnukiem Adama Mickiewicza, Romanem Goreckim-Mickiewiczem, także z rozsądnie nastawionymi intelektualistami litewskimi, Francuzami mieszkającymi w Wilnie, innymi narodowościami. Mamy bardzo ciekawe propozycje dla miasta, które możemy zaprezentować, a później wdrażać jako komitet obywatelski, niepartyjny.

Spotkał Cię z tego powodu hejt w Internecie, że rozbijasz polskie głosy w Wilnie.

Właściwie to była tylko taka wymiana myśli z Karolem Kaźmierczakiem, z którym się od lat znamy i przyjaźnimy. Nazywanie tego „hejtem” jest dość pocieszne. To naturalna różnica poglądów, element każdego dyskursu politycznego. Każdy może odbierać naszą inicjatywę jak chce. Idziemy do wyborów po to, żeby zaprezentować program dla Wilna i wdrożyć korzystne rozwiązania dla naszego miasta, a nie by komukolwiek szkodzić.

Jesteście jednak komitetem polsko-litewskim, powiedzmy, że połowę waszych wyborców będą stanowić Polacy. Zabierzecie głosy AWPL-ZChR.

Czy zabierzemy? Stały elektorat AWPL, który głosuje na nich niezależnie od czegokolwiek, nadal będzie głosować na AWPL.

Nie przekona się do Was?

Może się przekona, może nie. Ale my nie idziemy do wyborów, żeby rozbijać taki betonowy elektorat AWPL.

Nie chcecie jak Czesław Okińczyc kruszyć betonu AWPL?

Życie pokazuje, że podejmowanie inicjatyw, które mają komuś zaszkodzić jest krótkowzroczne i nie przynosi żadnych pozytywnych efektów. My natomiast chcemy w tych wyborach osiągnąć pozytywne efekty i mamy pozytywny program.

Inwestycje koncentrują się gównie w stolicach
Fot.Marian Paluszkiewicz

Skąd pomysł, by odwoływać się do Polaków i do Litwinów? Nigdy nie było w Wilnie takiej partii, która by się odwoływała do obu społeczności. AWPL niby ma na swoich listach kandydatów litewskich, ale żaden z nich się nie przebił, z kolei partie „litewskie” wpisują na swe listy Polaków, ale w najlepszym razie są oni na dwudziestym, trzydziestym miejscu.

To prawda. Polski element jednak jest u nas obecny. Sami jesteśmy Polakami. Mamy też świadomość, że w Wilnie mieszka 100 tysięcy Polaków, z których dwie trzecie w wyborach nie głosuje na AWPL. Jedni dla zasady, drudzy uważają, że partie etniczne są czymś złym, z czym ja się prywatnie nie zgadzam, bo mają rację bytu, czego przykładem jest partia mniejszości szwedzkojęzycznej w Finlandii.
Ale dlaczego element litewski? On jest nie tylko litewski, bo od nas kandydują także Białorusini, Rosjanie, Żydzi czy Francuzi. Wynika to z bardzo prostego powodu. Mamy program dla miasta jako całości. Wychodzimy z założenia, że w przypadku projektów miejskich nie ma znaczenia narodowość człowieka, który będzie je wdrażać. Niezależnie czy to jest Polak, Litwin, Białorusin czy Nigeryjczyk, jeśli najedzie na dziurę w drodze i się wywróci, to boli go tak samo. Jeśli pęknie opona w samochodzie, to płaci za nią tyle samo. Takie rzeczy chcemy rozwiązywać. Ale my wcale też nie odchodzimy od postulatów polskich takich jak język polski czy ochrona szkolnictwa – uwzględniamy interesy poszczególnych grup.

O to chciałem zapytać. Przecież dla Litwina i Polaka w Wilnie obrona polskich szkół nie ma takiej samej wartości.

Ważne jest jednak to, że ludziom różnych narodowości, którzy są na naszej liście wcale nie przeszkadzają te postulaty – jesteśmy co do nich zgodni. Nawet jeżeli niektórzy nie będą aktywnie ich popierali, to nie będą się im sprzeciwiali. Jest zgoda co do tego, że pewne rzeczy powinny być w duchu republikańskim wdrożone, dlatego, że część mieszkańców Wilna ich potrzebuje.

Uważasz, że ze strony Waszych litewskich kandydatów jest co do tego zgoda?

Jak najbardziej.

Powiedziałeś, że Wilno jest całością, że nie będziecie odwoływać się do partykularyzmów. Uważasz, że to jest źle, że Wilno nie jest podzielone na dzielnice jak Warszawa?

Więcej, uważam, że to jest bardzo szkodliwe. To też zawieramy w swoim programie, żeby taki podział nastąpił. W tym momencie, kiedy jest jedna lista wyborcza na całe półmilionowe miasto, to tak na dobrą sprawę dzielnice o największym zagęszczeniu ludności wybierają swoich kandydatów do rady miejskiej. Wychodzi potem tak, że znakomita większość kandydatów mieszka w kilku dzielnicach i nie ma pojęcia jakie są problemy innych dzielnic. Na przykład w Ponarach od wielu lat jest osiedle, z którego ludzie idą na przystanek czymś w rodzaju rury wodociągowej pod autostradą. Nikt tego nie rozwiązuje, nikt się nad tym nie zastanawia. Ta centralizacja jest patologiczna w każdej sferze Wilna. Podam przykład. Jedna z partii politycznych ma całkiem dobry pomysł, żeby uruchomić w Wilnie linię tramwajową. Tylko, że wszystkie trzy proponowane linie tramwajowe mają przebiegać przez dworzec, który jest koszmarnie zapchany i nie da się tam niczego wcisnąć. W związku z tym my proponujemy dalszą decentralizację, żeby w Wilnie powstały jeszcze dwa lub trzy centra logistyki publicznej, czyli jeden lub dwa dworce. Taki dworzec mógłby być w Nowej Wilejce, która skądinąd potrzebuje udrożnienia, obwodnicy od strony południowej, a także ulepszenia drogi na Antokol. Więcej linii transportowych, które będą przechodzić przez Nową Wilejkę. Obecnie jest tak, że żeby dojechać z jednej dzielnicy do sąsiedniej, trzeba to robić okrężnie, przez dworzec kolejowy albo centrum. To nie ma sensu.

Uważasz, że ten system, który jest w Warszawie, że każda dzielnica ma swoją radę, a ta rada wybiera burmistrza byłby do skopiowania w Wilnie?

My niczego nie chcemy kopiować. Mamy świadomość, że jeśli w jakimś mieście coś się sprawdza, to nie oznacza to automatycznie, że sprawdzi się w innym mieście. Podobnie, jeśli coś funkcjonuje dobrze w jednej dzielnicy Wilna, nie znaczy, że będzie funkcjonować w drugiej. Trzeba pamiętać, że dzielnice w Wilnie miały historycznie nawet różne systemy prawne, inne sądownictwo, że wspomnę o dzielnicy żydowskiej czy protestanckiej. Nie będziemy sięgać aż tak głęboko, ale trzeba pewne różnice historyczne i geograficzne uwzględniać. Czasami jest tak, że w obrębie jednej dzielnicy leżą osiedla oddzielone od siebie barierą geograficzną, które ze sobą nie mają nic wspólnego. Wymagałoby to korekty, przede wszystkim racjonalizacji.

Władza seniūnasów, czyli starostów jest w Wilnie iluzoryczna?

Jest żadna. Podobnie jak władza obecnych samorządów. Obecny system samorządności na Litwie, który zakłada jedynie istnienie wybieranego przez mieszkańców samorządu drugiego stopnia, który nie przewiduje budżetowania samorządów bezpośrednio z podatków, a z asygnat rządowych, jest tak naprawdę bardzo nieefektywny i korupcjogenny. Często taki starosta nie ma żadnej władzy ani pieniędzy, żeby w jakikolwiek sposób pozytywnie wpłynąć na funkcjonowanie danej dzielnicy, ale wciąż ma wystarczające środki, żeby jakiemuś krnąbrnemu mieszkańcowi utrudnić życie. Potem czytamy, że starostowie są angażowani przez partie rządzące do uczestniczenia w jakichś akcjach przedwyborczych. To się odbywa na całej Litwie. Trzeba zreformować ten system, by wszystko było bliżej ludzi.

Ale na to musi być zgoda rządu i sejmu Litwy.

Żeby doszło do takich zmian to ktoś musi na jakimkolwiek szczeblu przedstawić sejmowi czy rządowi. My jako członkowie samorządu wileńskiego będziemy te oczekiwania ludzi wyrażać.

Czy temat centralizacji Wilna przebija się w debacie publicznej na Litwie?

Nawet nie wiem, dlaczego, ale nie. Być może partiom politycznym, dla których Wilno jest łakomym kąskiem, zależy na takim stanie rzeczy. Gdyby dzielnice miały jakieś środki do dysponowania, to nie pojawiałyby się takie idiotyzmy jak teraz, że w dzielnicach sypialnianych nie ma gdzie zaparkować, a ruch drogowy organizowany jest przez centralę przy pl. Konstytucji, która albo polikwiduje zielone strzałki w prawo, albo ponastawia świateł, które są niepotrzebne i powodują korki. I nie wiadomo, do kogo się zwrócić, bo samorząd miejski jest daleko.
Parę miesięcy temu rozmawiałem z posłanką konserwatystów Ingridą Šimonytė, która jest posłanką wybraną na Antokolu. To jest paradoks, że w wyborach sejmowych Wilno jest podzielone na dzielnice, a w samorządowych już nie. I ludzie na Antokolu, jak mają jakiś problem, to wolą iść do Šimonytė, a nie do rady miejskiej Wilna. Bo tak jest po prostu bliżej.
To nie jest jedyny przypadek. W Nowej Wilejce wybrana została w 2016 r. posłanka Monika Navickienė. I tutaj podobnie dziury w drodze, niepalące się lampy uliczne załatwiane są przez posła, a nie przez samorząd.

A nie przez starostę Jerzego Grydziuszkę. Żeby uporządkować: Wy nie będziecie się odwoływać do partykularnych spraw dzielnic, ale macie program dla całego Wilna?

Mamy program dla całego miasta, ale mamy świadomość problemów w dzielnicach. Ich problemy też będą poruszane i rozwiązywane. Oczywiście, jeśli ktoś przyjdzie do mnie ze starostwa w Nowej Wilejce, to ja nie powiem: „słuchaj, jestem z Rossy, więc nie możesz liczyć na moją pomoc”. Będziemy pomagali wszystkim mieszkańcom, chociaż my te problemy dzielimy na dwie kategorie. Jedne to problemy bytowe, które może rozwiązać miasto. I my tutaj nie kierujemy się żadną ideologią, socjalizmem czy liberalizmem. Na poziomie samorządu to są sprawy zbędne. Jeśli w drodze jest dziura, to trzeba ją załatać. Dla nas nieporozumieniem i skandalem jest to, że od prawie trzydziestu lat Wilno jest stolicą niepodległego, europejskiego kraju, a są w nim niewyasfaltowane ulice, drogi nie podłączone do systemu kanalizacji, nieoświetlone.

To muszę teraz zadać pytanie. Wciąż istnieje frakcja polska przy Związku Wolności Litwy Artūrasa Zuokasa, Zuokas jako mer miał szansę te wszystkie sprawy rozwiązać.

Zuokas miał szansę, nie zrobił tego i to jest nie do obronienia. Ale komitet społeczny „Lokys” nie jest związany z Polską Frakcją, nie wyrasta z niej, to nowa inicjatywa.

Nie chcecie być koalicjantem dla Zuokasa?

Chcemy być koalicjantem dla każdego, kto będzie realizować interesy mieszkańców Wilna.

Nie ma dla Was żadnych „czerwonych linii”, gdy dostaniecie się do rady miejskiej?

Będzie to widać. Jeśli będą jakieś znaczące różnice programowe, to nie. Ale na obecnym etapie żadnym „czerwonych linii” nie rysujemy. Jeśli w realizacji naszego programu będzie pomocne zawiązanie koalicji, zrobimy to, jeśli nie, nie będziemy się upierać. Możemy być w opozycji. Nie idziemy do samorządu dla stołków. Ludzie w naszym komitecie nie są biedni, są przedsiębiorcami, specjalistami z różnych dziedzin, prowadzą działalność gospodarczą. To nie jest tak, że nie przeżyjemy bez stanowisk.

A z AWPL-ZChR będziecie w stanie się porozumieć?

Dlaczego nie?

Sądzisz, że powinien być bezpłatny transport publiczny w Wilnie tak jak jest w Tallinnie?

Uważam, że to jest bez znaczenia. Ja nie jestem przekonany do tallińskiego rozwiązania. Przede wszystkim nie to decyduje o tym, czy ludzie będą z niego korzystać.

Nie stać Wilna na to, by skopiować Estonię?

Stać. Ludzie przychodzą do naszego komitetu i mówią: „wy macie takie pomysły, żeby w ciągu jednej kadencji wyasfaltować wszystkie ulice, które tego potrzebują, żeby zwiększyć liczbę miejsc parkingowych co najmniej o dwadzieścia procent. Skąd weźmiecie na to pieniądze”. Odpowiedź jest bardzo prosta i ja już to proponowałem w 2015 r., gdy prowadziłem kampanię, będąc na liście AWPL. „Sto procent dla miasta Wilna”. Sto procent podatku od dochodu mieszkańców w Wilnie powinno zostawać na miejscu. Na takiej samej zasadzie jak w innych miejscowościach Litwy.

Ktoś może powiedzieć, że to jest egoizm.

Tak.

A co z solidarnością społeczną?

Solidarność społeczna byłaby wtedy, gdyby mieszkańcy Solecznik, Birsztan czy Kłajpedy także mieli pozostawione 45 proc., a cała reszta szła na wyższe cele.

Wilno ma jednak rentę z tego tytułu, że jest stolicą i przyciąga większość inwestycji.

A kto zabrania Kownu czy Kłajpedzie przyciągać więcej inwestycji?

W wielu krajach inwestycje koncentrują się głównie w stolicach.

W Niemczech nie i dobrze oni na tym wychodzą. Na Litwie wymiera prowincja. To, że Wilno oddaje większość podatku od dochodów mieszkańców do budżetu centralnego, to wcale nie oznacza, że te pieniądze trafią do potrzebujących. Więc jeśli ktoś mi mówi o egoizmie i chce oddać te wszystkie pieniądze do Ministerstwa Oświaty na kolejne katastrofalne w skutkach reformy… To ja mówię, że to jest egoizm, bądźmy wszyscy egoistami. My jesteśmy za solidarnością społeczną, ale nie za złodziejstwem. Jeśli ktoś zabiera mi ponad połowę wypracowanego dochodu i w zamian nic mi nie daje, to jest to złodziejstwo.

Co z tym tramwajem w Wilnie?

W obecnej formule ten projekt nie ma sensu. Jeśli przeciągnie się tory tramwajowe w stronę dworca, który i tak obecnie jest już zakorkowany, to on się kompletnie zablokuje. W innym przypadku linie tramwajowe oczywiście miałyby sens.

Metro w Wilnie to utopia?

Dlaczego? Ja mogę sobie wyobrazić i metro, i kolejkę linową, ale wszystko zależy od dobrego planu. Trzeba zbadać, czy to ma sens w naszych realiach. Nie wszędzie sprawdzają się na przykład trolejbusy. One jeżdżą w Gdyni, ale w Gdańsku nie.

A w Wilnie?

Na niektórych trasach trolejbusy trzeba by zastąpić autobusami. Trzeba pamiętać, że każdy rodzaj transportu miejskiego ma swoją specyfikę. Tramwaj wymaga torów, określonej nawierzchni, przestrzeni.

I pieniędzy unijnych.

Niekoniecznie. Gdyby Wilno nie było pozbawiane ponad połowy dochodu z podatków mieszkańców, stać nas byłoby na tramwaj, metro bez dotacji unijnych. Trzeba przestać myśleć w kategoriach żebraczych, dlaczego ciągle mamy brać pieniądze z Unii Europejskiej.

Litwa ma wiele zaniedbań z czasów sowieckich.

Inwestycje unijne nie zawsze mają jednak sens. Na niektórych ulicach na siłę porobiono buspasy, tylko dlatego, że można na to było wziąć dofinansowanie z Unii. Teraz ulice są nieprzejezdne, nie ma gdzie postawić samochodu, bo jest buspas. Czy te środki unijne miały wobec tego sens?

Ale na pewno są jakieś pozytywne przykłady w Wilnie?

Środki unijne były wykorzystywane do budowy sieci światłowodowych, podobnie jak do renowacji taboru miejskiego w Wilnie. Dzięki nim mamy w końcu dobre obwodnice. W wielu miejscach jednak środki wykorzystywano bez kierowania się korzyścią dla mieszkańców. Nie jestem przeciwnikiem środków z Unii, ale nie róbmy z nich złotego cielca. My mamy na Litwie także swoje pieniądze.

Patrzysz na rywalizację między Zuokasem a Šimašiusem? Masz wrażenie, że będą w drugiej turze?

Szczerze powiedziawszy, nie mam czasu się tym zajmować.

A do kogo Wam bliżej?

Jeszcze nie czas, by o tym mówić.

Šimašius jest dobrym merem? Jak rozmawiałem z Twoim ojcem w grudniu, to powiedział, że to „facebookowy mer”.

I to jest prawda. On jest produktem PR. Zawsze uśmiechnięty, w błękitnym garniturze, ręce w piramidkę. Z czasem jego uśmiech zaczyna nużyć, bo widzi się, że to jest nieszczere. To nie jest najgorszy mer w historii Wilna, ale on zawiódł największe nadzieje.

A kto był najgorszym merem Wilna?

Ciężko powiedzieć, ale nikt nie wspomina raczej pozytywnie mera konserwatystów Viliusa „suck my dick” Navickasa. Šimašius się nie posuwał do takich rzeczy jak Navickas, ale zawiódł nadzieje. Choćby wtedy, kiedy była cała historia z polską szkołą na Antokolu, którą Šimašius zlikwidował. Fizycznie od tego czasu jest o jedną polską szkołę mniej. Przed wyborami w 2015 r., gdy spotykałem się z Šimašiusem, podkreślał, że jest dobrze nastawiony do Polaków, że nie ma uprzedzeń. Tuż po wyborach zaczęła się likwidacja „piątki”, czyli polskiej szkoły na Antokolu. Ja wtedy napisałem do Šimašiusa, bo on zaczął przedstawiać jakieś dziwne dane, że to nie jest sprawa partyjna między Ruchem Liberałów a AWPL. Zaproponowałem, „Remigijus, spotkajmy się, porozmawiajmy, ja przedstawię ci polski punkt widzenia”. Jaką dostałem odpowiedź? „Proszę kontaktować się z moim doradcą ds. oświaty, jego kontakty są na stronie internetowej”.

Niektórzy twierdzą, że to wicemer Benkunskas był „złym duchem” Šimašiusa w sprawie oświaty.

Może i tak, ale Šimašius nie skierował nas nawet do Benkunaskasa, tylko do swojego asystenta.

Jest jedna polska szkoła mniej w Wilnie, ale polska partia nie widziała nic złego w tym, by przystąpić do koalicji z Šimašiusem. Edyta Tamošiūnaitė jest od 2017 r. wicemerem.

Co ja mogę powiedzieć?

Mer Tamošiūnaitė będzie się musiała z tego tłumaczyć w kampanii, a może nikt nie będzie pytać?

Myślę, że ludzie będą pytać. Tu nie chodziło o byle jaką polską szkołę. Milczano, gdy zamykano polską szkołę w Jerozolimce. Wówczas także AWPL miała swój głos w radzie. Ale szkoła w Jerozolimce jest daleko, nie była uważana za taką ważną, zaś „piątka” na Antokolu to jest matka wszystkich polskich szkół. Nie sądzę, żeby ten temat dało się aż tak łatwo zamieść pod dywan.

Czytujesz profil „Wileńszczyzna Today”?

Sporadycznie.

Pisali ostatnio o Tobie, że po wystawieniu Tamošiūnaitė na mera, masz szansę odebrać jej sporo głosów, inaczej niż Tomaszewskiemu.

Tomaszewski byłby zdecydowanie trudniejszym przeciwnikiem. To jest rasowy, doświadczony polityk.

Dlaczego zatem nie kandyduje? Aleksander Radczenko napisał na swoim blogu, że boi się porażki, dlatego wystawił Tamošiūnaitė.

Trzeba by zapytać samego Tomaszewskiego. Komentarze internetowe to wróżenie z fusów. Nie piszemy przecież wypracowania, „co dziewiętnastowieczny autor miał na myśli”, tylko mówimy o współczesnym polityku, którego najprościej jest zapytać.

Ale nie każdy chce lub może pytać.

To jest jednak zadanie społeczeństwa, żeby politykom zadawać takie pytanie.

Będziecie atakować mer Tamošiūnaitė w trakcie wyborów?

Nie widzę powodu, by kogokolwiek atakować.

Zatem postąpicie po dżentelmeńsku?

Przede wszystkim mam konkretny program do zaproponowania i wolałbym się na tym skupić.

AWPL-ZChR odwołuje się do Rosjan, ma swoich trzech rosyjskich radnych w Wilnie. Wy nie będziecie jako „Lokys” kierować przesłania do elektoratu rosyjskiego?

Nie będziemy. Praktyka pokazuje, że to jest dość hermetyczny elektorat, który wybiera swoich działaczy albo ma swoje konkretne preferencje, więc my się nie przebijemy.

I wraca Uspaskich.

Wraca Uspaskich, więc tym bardziej nie ma sensu.

Nie macie rosyjskich nazwisk na liście?

Mamy. Są także Białorusini.

Opowiedz coś o ludziach, którzy kandydują. Jest u Was Leonardas Vilkas, jest Agata Antoniewicz, oczywiście Roman Gorecki-Mickiewicz, który będzie jedynką.

Najlepiej byłoby, żeby kandydaci opowiedzieli o sobie sami. Ci kandydaci pokazują przekrój społeczny, który my reprezentujemy. Agata Antoniewicz jest specjalistką z dziedziny stosunków międzynarodowych, absolwentką Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, zdolna, inteligentna dziewczyna, zna języki obce. Mickiewicza nie trzeba przedstawiać, rodzina jednoznacznie wileńska, łącząca Francję i Litwę, mający związki ze szkolnictwem francuskim w Wilnie, znający dużo dobrych praktyk, które można przenieść do szkół polskich z korzyścią dla polskiej społeczności. Człowiek inteligentny, przedsiębiorczy, a w dodatku fantastyczny kucharz. To, co Romek robi w kuchni to jest gastronomiczny odpowiednik tego, co jego prapradziad czynił w literaturze. To jest poezja.

Leonardas Vilkas czym mógłby się zajmować w radzie miejskiej?

To człowiek z bogatym doświadczeniem politycznym z czasów opozycji antysowieckiej, związany z „Solidarnością Walczącą”, ale także tłumacz, zapalony promotor dziedzictwa pisarskiego Józefa Mackiewicza. To prawdziwy człowiek Rzeczypospolitej. To można powiedzieć o wszystkich naszych kandydatach. To ludzie Rzeczypospolitej.

Jesteś młodym człowiekiem, więc nie sądzę, że zostaniesz merem, ja uważam osobiście, że w II turze spotkają się Šimašius i Zuokas. Wyobrażasz sobie, że jeśli wejdziecie do rady, zostaniesz zastępcą którejś z tych osób?

Cokolwiek będzie w zasięgu moich możliwości, by działać na korzyść mieszkańców Wilna, to jestem w stanie to robić.

Na ile procent liczycie w wyborach do rady miejskiej i w wyborach na mera?

Nie chcę prognozować. Jest dużo komitetów i to działa z jednej strony pozytywnie, z drugiej strony negatywnie. My wierzymy, że mamy rozwiązania, które przyniosą korzyść wszystkim mieszkańcom Wilna.

A oryginalna nazwa „Lokys” nie będzie utrudnieniem?

Na pewno ludzie zapamiętają, zaproponował ją Romek Gorecki-Mickiewicz. Ona nawiązuje do dziedzictwa literackiego Rzeczypospolitej i Francji. Niedźwiedź to jest król puszczy, ale zarazem o tę puszczę dba. On jest sanitariuszem puszczy.

Wy chcecie być sanitariuszem Wilna?

My chcemy być tym elementem Wilna, który nie rządzi tylko miastem, ale który o to miasto dba. To wszystko chcemy wywodzić z dziedzictwa Rzeczypospolitej. Miasto, to jest rzecz wspólna, o którą powinniśmy dbać.

Idziecie za dwa lata do sejmu?

Na razie idziemy do samorządu.

Tomasz Otocki
Przegląd Bałtycki,
przegladbaltycki.pl

Wywiad pierwotnie ukazał się na portalu „Przęgląd Bałtycki”:
http://przegladbaltycki.pl/9145,rajmund-klonowski-srodki-unijne-nie-powinny-byc-dla-wilnian-zlotym-cielcem.html

Jedna odpowiedź do Rajmund Klonowski dla „Przeglądu Bałtyckiego”: „Środki unijne nie powinny być dla wilnian złotym cielcem”

  1. czarek mówi:

    . Oddolna inicjatywa (poza establishmentem ) i wielokoltorowosc uczestnikow ( rozne narody ) to chyba nowosc w wienskim swiatku politycznym . A wiec dobrze jak na poczatek .
    Co wydaje mi sie zle to ze „Wilnie mieszka 100 tysięcy Polaków, z których dwie trzecie w wyborach nie głosuje na AWPL „. Dodajac do tego ze polowa z nich nie wysyla swych dzieci do polskich szkol nasowa sie wniosek ze potrzebny jest polske Odrodzenie , Oswiecenie lub Rewolucja . ,

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.