X

Hipsterzy z Karabachu. Pomiędzy bardakiem a wojną

Młodzież z Karabachu na pierwszy rzut oka niczym nie różni się od swoich rówieśników na Zachodzie. Słucha tej samej muzyki, pije te same trunki, nosi modne fryzury i ciuchy. Kochają „love” i „peace”. Miłość nie przenosi się tylko na „turków”, czyli Azerów. Są wrogami i kropka.


Leżąca między Armenią a Azerbejdżanem 150-tysięczna Republika Górskiego Karabachu lub Republika Arcach (obie nazwy są oficjalne), podobnie jak Abchazja, Osetia Południowa czy Naddniestrze, jest zaliczana do państw nieuznawanych. W odróżnieniu jednak od Naddniestrza, gdzie na każdym kroku czuć ZSRS, Karabach próbuje udawać Zachód. Schludne i wyremontowane stołeczne centrum, wszechobecne Wi-Fi, oddziały bankowe nawet w mniejszych miejscowościach, dobre hotele.

Milionerzy i diaspora na całym świecie

Taki stan Górski Karabach zawdzięcza inwestycjom z Erewania i diasporze ormiańskiej na świecie. Ma to wpływ na ceny, które są wyższe niż w macierzystej Armenii. Znajdujący się na liście 500 najbogatszych ludzi świata, rosyjski miliarder ormiańskiego pochodzenia Samvel Karapetyan inwestuje w budowę dróg, szkół i szpitali. Co prawda miejscowi żartują, że „jest u nas najnowocześniejszy szpital z najlepszym sprzętem, ale i tak leczyć się musimy w Erewaniu, bo mamy najgłupszych lekarzy”. Kolejny sponsor, zmarły przed dwoma laty w rosyjskim areszcie przedsiębiorca Levon Hairapetyan, inwestował przede wszystkim w rodzimą wieś Vank, gdzie zbudował hotel w formie „Titanica” oraz płot z azerskich tablic rejestracyjnych, który stał się turystyczną maskotką Karabachu. Milioner inwestował też w renowację średniowiecznego klasztoru Gandzasar, w którym znajdują się relikwie Zachariasza, ojca św. Jana Chrzciciela.
Przy nowej drodze z ormiańskiego Vardenis do karabaskiego Stepanakertu co kilka kilometrów pojawiają się napisy informujące o tym, że droga powstała dzięki funduszom „zbieranym przez Ormian na całym świecie”.

Bardak prawie jak Berlin

Siedzimy w jedynej hipsterskiej knajpie w stołecznym Stepanakercie, „Bardak”, założonej przed kilkoma laty przez 27-letniego Azata Adamiana. Obok naszego stołu stoi pomalowany autobus z pacyfą. Można odnieść wrażenie, że jest się gdzieś w Berlinie lub Amsterdamie.
– Miałem w kieszeni chyba ze sto dolarów. Postanowiłem zrobić pub z prawdziwego zdarzenia. Kupiłem kilka butelek whisky, ginu, brandy i innych alkoholi. Pomieszczenie dał mi ojciec. Pomoc zaoferowali przyjaciele. Kiedy pierwszy raz zajrzeliśmy do środka, mówiliśmy: „Ale tutaj bardak!”. Tak powstała nazwa – opowiada Azat. „Bardak” szybko stał się turystyczną wizytówką nieuznanego państwa, punktem obowiązkowym dla coraz liczniej odwiedzających kraj turystów.
„Bardak” jest też miejscem spotkań nielicznych przedstawicieli organizacji międzynarodowych w Karabachu. Na knajpę przychylnie patrzą miejscowe władze, które pomogły Azatowi w budowie hostelu, kolejnego projektu nakierowanego na przyciągnięcie turystów.
Z oficjalnych danych wynika, że ostatnimi laty kraj odwiedza ok. 20 tys. turystów rocznie. Do tej liczby nie są zaliczani obywatele Armenii i przedstawiciele diaspory. Prawie 40 proc. turystów pochodzi z USA.

Zabiłem dziesięciu, a Sasza sześciu

Pijemy long island, daiquiri, cuba libre, atmosfera staje się coraz luźniejsza, schodzimy na tematy relacji ormiańsko-azerskich. Nasi rozmówcy szybko przeobrażają się ze zwykłych zachodnich hipsterów w zagorzałych narodowców. – Tej ziemi nie oddamy, ponieważ zapłaciliśmy za nią swoją krwią. Spójrz na cmentarze. Ormiańskie nagrobki są z XVII, XVIII w., azerskie najwyżej z XIX w. Zresztą jak mam ich kochać, kiedy mój ociec zginął w 1994 r., kilka miesięcy przed moimi urodzinami? Lewon Ter-Petrosjan (prezydent Armenii w latach 1991–1998 – przyp. red.) próbował się porozumieć z Baku, ale mu nie wyszło, przegrał wybory. Kolejny prezydent, Koczarian (Robert Koczrian, prezydent Armenii w latach 1998–2008 – przyp. red.), który był przyjacielem Putina, powiedział, że żadnych zmian nie będzie. I tak ma być – tłumaczy Sasza, menedżer w miejscowej fabryce oraz prawdopodobnie najlepszy barman w mieście.
– To oni zaczęli, nie my. My broniliśmy własnej ziemi. Oni są muzułmanami, a my chrześcijanami. Oni niszczyli nasze cerkwie i wioski. My, chociaż ich przegoniliśmy, to nie niszczyliśmy ani muzułmańskich cmentarzy, ani meczetów. Właśnie remontujemy meczet w Szuszi – zaznacza Azat. Zapomina dodać, że prace renowacyjne są finansowane przez Iran, który należy do jednego z najbliższych sojuszników Armenii w regionie.
Sasza, podobnie jak jego koledzy, odsłużył w wojsku dwa lata. Służba to dla nich zaszczyt i obowiązek. Nikt nie próbuje się wymigać, ponieważ byłaby to plama na honorze rodziny. – Kiedy w 2016 r. rozpoczęła się wojna, to wszyscy poszli służyć – wtrąca się kolejny rozmówca. – Własnoręcznie zabiłem dziesięciu „turków”, a Sasza sześciu – dodaje. Sasza macha ręką, że nie chce o tym rozmawiać.
Podobnie jak na wszystkie opowieści na Kaukazie, gdzie ludzie są skorzy do wyolbrzymiania, na tego typu deklaracje należy brać z przymrużeniem oka. W tzw. wojnie czterodniowej, która rozgorzała na początku kwietnia 2016 r. z użyciem artylerii i czołgów, zginęło ok. 15 azerskich wojskowych. Gdyby więc opowieści hipsterów-narodowców były prawdziwe, oznaczałoby to, że na froncie de facto walczyło tylko dwóch naszych rozmówców.

Pomalowan y autob us z pacyfą obok klubu „Bardak”

Geneza konfliktu

Konflikty między chrześcijańskimi Ormianami a muzułmańskimi Azerami trwały od wieków. Geneza nowoczesnego konfliktu sięga początku XX w., kiedy po rosyjskiej rewolucji oba narody zaczęły tworzyć własną państwowość. Doszło do pierwszych zaciętych walk i pogromów. Marzenia o własnym państwie nie udało się zrealizować ani jednym, ani drugim, ponieważ szybko wkroczyła Armia Czerwona i włączyła tereny w skład ZSRS. Karabach, gdzie większość mieszkańców stanowili Ormianie, stał się jednostką autonomiczną w ramach sowieckiego Azerbejdżanu. Zapanował względny pokój, aczkolwiek Ormianie, obawiając się szybkiego przyrostu naturalnego wśród Azerów, co jakiś czas apelowali do Moskwy o przyłączenie Karabachu do Armenii.
W 1968 r. w Stepanakercie doszło do zamieszek. Ormiańską społeczność zbulwersował fakt, że oskarżony o zabicie ormiańskiej dziewczyny dyrektor miejscowej szkoły (pochodzenia azerskiego) otrzymał łagodny wyrok. Tłum spalił samochód, w którym znajdowali się oskarżony, sędzia oraz jeszcze kilka osób.

Konflikt zaczął narastać w czasach gorbaczowowskiej pieriestrojki. Od 1987 r. regularnie dochodziło do zamieszek etnicznych. Tylko w 1988 r. zginęło ponad 200 osób. Powstał ormiański komitet „Karabach” otwarcie postulujący o przyłączenie tych ziem do Armenii kosztem wysiedlenia ludności muzułmańskiej. Azerowie, mniej liczni i gorzej zorganizowani, zaczęli opuszczać Karabach, stając się uchodźcami we własnym kraju.
Zresztą migracja między Azerbejdżanem a Armenią nie ograniczała się tylko do tego terytorium. Granica między dwoma etnosami była bardzo płynna. Pod Erewaniem znajdowały się wioski azerskie, a Ormianie mieszkali w azerskich miastach. Znane są przypadki, gdy wsie oddolnie umawiały się między sobą co do wymiany mieszkańców. Antyazerskie wystąpienia podgrzały atmosferę w Azerbejdżanie, co spowodowało w 1988 r. masakrę Ormian w Sumgaicie. W czasie pogromu zginęły 32 osoby. Najbardziej aktywni w pogromie byli azerscy uchodźcy z Karabachu.

Początkowo po obu stronach walczyło pospolite ruszenie. Mężczyźni ze wsi lub miasta dostawali broń, najczęściej z sowieckich baz wojskowych, i tworzyli samodzielne oddziały. Tuż po rozpadzie ZSRS doszło do otwartej wojny między Armenią a Azerbejdżanem. Pod koniec 1991 r. Karabach ogłosił niepodległość, a na początku następnego roku parlament w Baku zlikwidował ormiańską autonomię. Azerbejdżanowi nie udało się jednak utrzymać Karabachu. W maju 1994 r. między walczącymi stronami zostało podpisane zawieszenie broni trwające do dzisiaj, ale nieustannie łamane. Szacuje się, że w wyniku wojny zginęło 6 tys. Ormian i 11 tys. Azerów, a 750 tys. musiało opuścić swoje dotychczasowe miejsce zamieszkania.
O minionej wojnie przypominają pomniki i nagrobki poległych w latach 90. W Vanku przy pomniku poległych w II wojnie światowej znajduje się pomnik zabitego dowódcy miejscowego oddziału, przy którym stoi prawdziwy moździerz.

O minionej wo jnie przypomina ją pomniki i nagrobki poległych w latach 90., także te w formie wozów pancernych

Ağdam – miasto widmo

Nadal jesteśmy w „Bardaku”. Pytamy, czy uda nam się odwiedzić Ağdam, zrujnowane doszczętnie na początku lat 90. przez ormiańskie wojska miasto. – Do Ağdamu? Dlaczego chcecie jechać do Ağdamu? W Karabachu jest wiele ciekawych miejsc. W Ağdamie nic nie ma, tam jest linia frontu i turyści nie są wpuszczani. Jeśli pojedziecie na własną rękę, to zostaniecie zatrzymani i będziecie mieli problemy – ostrzega Azat. Nie dajemy za wygraną. Rano wynajmujemy samochód i ruszamy w stronę miasta widma.
Przed wojną w Ağdamie, który leżał tuż przy granicy autonomicznego Karabachu, mieszkało ok. 30 tys. osób. Miasto słynęło z sadów. W wyniku zaciętych walk zostało doszczętnie zniszczone przez artylerię i w 1993 r. zajęte przez Ormian, którzy stworzyli tu strefę buforową między Górskim Karabachem a Azerbejdżanem. Resztki zbombardowanych domów zostały rozebrane i ponownie użyte do budowy. W 2010 r. władze Karabachu przemianowały Ağdam na Aknę i dołączyły jako dzielnicę do pobliskiego Askeranu. Z kolei po drugiej stronie granicy Ağdam jest oficjalną siedzibą azerskiego klubu piłkarskiego Qarabağ Ağdam, który gra w pierwszej lidze. Teraz na terenie miasta mieszka zaledwie 360 osób zajmujących się przeważnie hodowlą bydła.
Do miasta widma prowadzą dwie drogi, od Stepanakertu i Martakertu. Posterunek policji znajduje się w centrum zburzonego miasta, więc zawsze można udać turystów, którzy zabłądzili. Tak też robimy. Nie wychodząc z samochodu, robimy zdjęcia komórką. Dojeżdżamy prawie do ścisłego centrum. W oddali widać budynek meczetu, który prawdopodobnie służy dzisiaj jako stodoła, co budzi sprzeciw muzułmanów na całym świecie. 200 metrów przed napisem „Police” zawracamy.
Niestety, zostajemy zatrzymani przez policjantów przy wjeździe od strony Martakertu. – Dokąd jedziecie? Proszę o dokumenty – pyta po rosyjsku policjant. Weryfikacja trwa 20 minut. Policjanci nerwowo skanują nasze paszporty i do kogoś dzwonią. Niby wszystko jest w porządku, więc życzą nam udanej drogi. Kiedy ruszamy, dogania nas policjant.
– Czy robiliście zdjęcia? Pokażcie aparaty.
– Nie mamy aparatów.
– Naprawdę? – pyta z niedowierzaniem funkcjonariusz, taksując wzrokiem nasz samochód. – Naprawdę – odpowiadamy.
– Dobra, możecie jechać – rezygnuje policjant. Mieliśmy szczęście, że nie zdecydował się sprawdzić naszych telefonów komórkowych.

Albo my ich, albo oni nas

Tak jak każdą pokrzywdzoną przez los społeczność, Ormian z Karabachu z jednej strony cechuje poczucie moralnej wyższości, że są twierdzą broniącą Armenii przed „muzułmańską hordą”, z drugiej – żal, że ich ziomkowie zza de facto fikcyjnej granicy odnoszą się do nich lekceważąco, a czasami pogardliwie.
Jesteśmy już w Armenii. Jedziemy taksówką z Goris do Erewania. Opowiadamy kierowcy, że wracamy z Karabachu. – Nie lubię ich. Nie są prawdziwymi Ormianami. Żyli odizolowani i stali się podobni do Azerów. Mają ich mentalność – mówi taryfiarz Edgar.
Jego punkt widzenia nie jest odosobniony. Wracając z Erewania do Tbilisi, opowiadamy o przypadku Edgara kolejnemu kierowcy. – Zgadzam się z nim. Chyba łatwiej dogadam się z Azerem z Azerbejdżanu niż z Ormianinem z Karabachu. Pod koniec ZSRS pracowałem jako zaopatrzeniowiec. Często jeździliśmy do Ağdamu. Pewnego razu nawalił nam samochód. Poszedłem do miejscowego Ormianina z prośbą o nocleg. Powiedział mi, że nie ma miejsca. Jego sąsiad, Azer Ali, kiedy się dowiedział, że mamy problem, od razu nas przyjął do siebie. Przez tydzień mieszkaliśmy u niego bezpłatnie. Przyjaźniliśmy się aż do wojny. Teraz nie wiem, czy żyje i gdzie jest. Nie wiem, czy nadal jest przyjacielem, czy wrogiem – opowiada kierowca, który na samym początku wojny zgłosił się na ochotnika.
– Jeśli tak ich nie lubicie, to dlaczego tak zaciekle walczyliście? – pytamy. – Gdybyśmy nie walczyli, to „turki” zajęliby Erewań. Byłaby rzeź. Albo my ich, albo oni nas – odpowiada taksówkarz.

Fot . Antoni Radczenko


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 34(164); 31/08-0609/2019

Antoni Radczenko: