X
    Categories: Wiadomości

Prawa człowieka nie mogą być zakładnikiem polityki

Tomasz Snarski – gdański adwokat, doktor nauk prawnych, wykładowca Uniwersytetu Gdańskiego. Poza działalnością zawodową angażuje się na rzecz praw człowieka oraz w dziedzinie kultury (m.in. jest autorem dwóch tomów poezji oraz stałym współpracownikiem kwartalnika „Znad Wilii”). Prowadzi indywidualną kancelarię adwokacką. Obecnie studiuje także filozofię. Fot. arch.

Do prostych prawd dochodzi się latami. Postulaty mniejszości polskiej to nie jest kwestia polityczna, to nie jest kwestia narodowa, to kwestia godności człowieka, a tym samym prawa. Litewskie władze powinny ją rozwiązać nie dlatego, że dotyczy Polaków, ale dlatego, że dotyczy obywateli Litwy – mówi „Kurierowi Wileńskiemu” Tomasz Snarski, gdański prawnik, zaangażowany także w sprawy Polaków na Litwie.


Urodził się Pan w Gdańsku, ale na wielu płaszczyznach jest Pan bardzo związany z Litwą. Jako prawnik – poprzez petycję dotyczącą praw językowych Polaków na Litwie, którą w marcu 2011 r. skierował Pan do Parlamentu Europejskiego. Jako poeta – poprzez Maj nad Wilią, w którym bierze Pan udział co roku. Czy można powiedzieć, że mimo iż jest Pan już z kolejnego pokolenia urodzonego na Pomorzu, czuje się Pan Polakiem z Litwy?

Oczywiście, że tak. Litwa jest jednak nie tylko rodzinnym wspomnieniem, lecz ważną częścią mojego życia. Mam w Wilnie przyjaciół. Kocham Litwę i Wilno, tu zawsze czuję się dobrze. Historia wpływa na moją tożsamość. Gdy w ubiegłym roku w archiwum litewskim odnalazłem zapisy potwierdzające moje wileńskie korzenie, nie tylko się wzruszyłem, ale jeszcze bardziej poczułem związek z Litwą. Poczułem się także dumny w najlepszym znaczeniu tego słowa. Podczas gdy inni uczestnicy wizyty w archiwum (która odbyła się przy okazji festiwalu Maj nad Wilią) mogli tylko odkrywać historyczne ciekawostki, ja mogłem odszukać konkretne osoby z mojej rodziny. Od jakiegoś czasu staram się też opanować chociaż podstawy języka litewskiego i sprawia mi to ogromną przyjemność, zwłaszcza wtedy, gdy widzę, jak to jest pozytywnie odbierane przez Litwinów. Wiele jest Wilna w moim życiu, kilka lat temu byłem na przykład wolontariuszem w Hospicjum im. bł. ks. Michała Sopoćki, co zapamiętam jako jedno z najwspanialszych doświadczeń mojego życia, uczące prawdziwej miłości. Ponadto jestem stałym współpracownikiem kwartalnika „Znad Wilii” oraz należę do Stowarzyszenia Naukowców Polaków Litwy.

Maria z domu Prokopowicz Bakszasowa, praprababka rozmówcy, Polka i katoliczka / Fot . ArchIWUM RODZINNE

Co było bezpośrednim powodem napisania petycji do Parlamentu Europejskiego? Czy właśnie świadomość wileńskich korzeni, czy po prostu kwestia wrażliwości na prawa człowieka?

Złożyło się na to kilka czynników. Oczywiście kwestia historii mojej rodziny jest tu bardzo ważna, przede wszystkim to dzięki niej poznałem Wilno i miałem rozeznanie w sytuacji Polaków na Litwie, która wówczas nie była w Polsce nagłośniona. Jestem prawnikiem, więc myślałem o tym, co mogę zrobić w tej sprawie, wykorzystując dostępne możliwości. W liceum działałem w klubie europejskim, mam sporą wiedzę o Unii Europejskiej, prawach człowieka, wielokulturowości, standardach ochrony mniejszości językowej w przestrzeni europejskiej. Po prostu jako prawnik bardzo dobrze rozumiałem, że nie jest to wydumany problem, ale kwestia słusznych praw, o które należy zabiegać. Można powiedzieć, że był to jakiś nakaz serca, naturalna reakcja z jednej strony na niesprawiedliwość, jaka tutaj się dzieje, a z drugiej – na obojętność w Polsce. Uważam jednocześnie, że kwestia pochodzenia nie powinna rzutować na moje poglądy. To ogromny błąd w argumentacji, gdy ktoś mówi, że przedstawia takie a takie stanowisko, gdyż np. jest Polakiem z Litwy. Na takie sprawy nie powinniśmy patrzeć w warstwie emocjonalnej. Albo jakaś sprawa ma znaczenie merytorycznie, albo nie, niezależnie od tego, jakiej jest się narodowości. Argumentami, by na Litwie oficjalnie dopuszczono pisownię nazwisk w języku ojczystym czy dwujęzyczne oznaczenia topograficzne, są: prawo, poszanowanie innych, wrażliwość, zdrowy rozsądek, a nie emocje, pochodzenie czy kwestie narodowe. Ponadto wielokulturowość jest ważną częścią tradycji Litwy i warto do niej wracać. Litwini i Polacy mogą oraz powinni być sobie bardzo bliscy, żyć w przyjaźni i wzajemnie ubogacać się swoimi kulturami. Nie wystarczy funkcjonowanie obok siebie, lecz trzeba żyć między sobą i ze sobą. Tak naprawdę wielokulturowość to za mało, potrzebna jest międzykulturowość, wymagająca zaangażowania i współpracy. Zresztą wydaje mi się, że w wielu polskich rodzinach znaleźć można element wielokulturowy.

Czesław Zygmunt z Mazowsza i Marta Bakszasówna , pradziadowie Tomasza Snarskiego.
Mieszkali w Wilnie przy ul. Mysiej. / Fot . ArchIWUM RODZINNE

Od petycji minęło już prawie dziewięć lat. Co udało się dzięki niej osiągnąć?

Uważam, że ta petycja zrobiła bardzo wiele przede wszystkim w uświadomieniu znaczenia problemu praw językowych Polaków na Litwie jako sprawy o charakterze ogólnoeuropejskim i prawnym. Nadto stała się konkretnym impulsem do działania zarówno dla władz Litwy, jak i Polski, a rozpatrywanie sprawy na forum Parlamentu Europejskiego zmusiło do zajęcia stanowiska przez oba rządy. Zawsze powtarzam, że nie skierowałem jej przeciw komukolwiek, lecz na rzecz praw człowieka, a konkretnie moich rodaków na Litwie. Osobiście ubolewam, że tak długo ta sprawa nie została załatwiona. Trzeba odnotowywać każdą poprawę relacji między naszymi państwami, bez wątpienia można ją dostrzec obecnie, ale nie można nie zauważyć, że w kwestii praw językowych nie posunęliśmy się do przodu. Nie potrafię po prostu zrozumieć, dlaczego nie można zapewnić Polakom na Litwie praw na poziomie europejskim. Prawo do bycia Polakiem na Litwie, prawo do własnego nazwiska w języku ojczystym czy edukacji w języku mniejszości to przecież prawa podstawowe. Jestem przekonany, że w końcu uda się te sprawy rozwiązać, ale na razie brakuje dojrzałości oraz odpowiedniej świadomości w tej dziedzinie.

Temat praw językowych polskiej mniejszości na Litwie nie jest ostatnio podejmowany również przez polityków AWPL-ZChR. Przewodnicząca sejmowej frakcji partii Wanda Krawczonok w jednym z wywiadów wyraźnie powiedziała, że ta sprawa nie jest priorytetowa…

Zawsze wzbraniam się przed polityką, nie chciałbym więc, by moja wypowiedź była interpretowana w takich kategoriach. Jako prawnik jednak muszę powiedzieć, że nic nie usprawiedliwia rezygnacji ze starań o prawne uregulowanie tej kwestii. Obawiam się, że prawa człowieka stały się zakładnikiem polityki. Nie chciałbym kogokolwiek oceniać, wierzę zresztą, że nie brakuje tu zaangażowania, ale nie można nagle powiedzieć, jakoby zamontowanie dekoracyjnej tabliczki dla turystów w języku polskim rozwiązywało problem dwujęzycznego nazewnictwa ulic. I odwrotnie – nie można grać tym problemem, gdy relacje bywają z różnych powodów napięte. Zawsze chodziło mi o to, by tę sprawę traktować jako możliwą do rozwiązania, w oparciu o szacunek dla każdego człowieka. W tym kontekście porządne uregulowanie praw mniejszości w formie ustawy leży w jak najlepiej pojętym interesie Litwy. To niby bardzo proste, ale tak już jest, że do prostych prawd dochodzi się latami. To nie jest kwestia polityczna, to nie jest kwestia narodowa, to kwestia godności człowieka, a tym samym prawa. Litewskie władze powinny ją rozwiązać nie dlatego, że dotyczy Polaków, ale dlatego, że dotyczy obywateli Litwy – autochtonicznej mniejszości mającej prawo do samookreślenia, do swojej tożsamości, do ochrony dziedzictwa kulturowego, w tym językowego, przez państwo.

Marcin Bakszas, prapradziadek Tomasza Snarskiego, Litwin i ewangelik / Fot . ArchIWUM RODZINNE

Wróćmy do wielokulturowości: czy ten element jest również obecny w Pana rodzinie?

Tak, jeden z moich prapradziadków, Marcin Bakszas, był Litwinem i ewangelikiem (Bakszas to przecież litewskie etymologicznie nazwisko w polskim zapisie). Z tego, co mi wiadomo, posługiwał się kilkoma językami, w tym zapewne litewskim, polskim i rosyjskim. Jego postać niezwykle mnie inspiruje. Dopiero niedawno udało mi się ustalić na podstawie starych dokumentów, że pochodził z rejonu rosieńskiego w okręgu kowieńskim, a nie z Kłajpedy, jak kiedyś mylnie sądziłem. Może w przyszłości uda mi się przeprowadzić dogłębną kwerendę co do jego korzeni i życia. Z kolei jego żona, a moja praprababcia, Maria, nazywała się z domu Prokopowicz. Była Polką i katoliczką z Litwy. Podobno pochodziła z miejscowości Taurogi. Osiedlili się w Wilnie, gdzie prapradziadek zbudował jeszcze w 1910 r. piękny dom. Ich dzieci wychowywały się w polskiej kulturze i katolickiej religii, w międzywojennym Wilnie. Dla nich miasto nad Wilią było domem i ojczyzną, a narodowość, jak sądzę, kwestią wyboru, nie konieczności. Potrafię godzinami patrzeć na zachowane ich zdjęcia, na których widnieją piękne, szlachetne i mądre twarze. Rozmyślam wówczas, jak wyglądało ich życie, ile było w nim trudu, a ile radości. Rodzina Bakszasów była dość liczna. Jedna z ich córek, Marta Bakszas, wyszła za mąż za Polaka z Mazowsza, mojego pradziadka Czesława Zygmunta, który przyjechał do Wilna odbyć służbę wojskową, a został i osiedlił się w nim na stałe. W Wilnie się pobrali, a rok przed wojną urodziła się ich córka Basia, moja babcia. Mieszkali przy dawnej ul. Mysiej 3.

Swój tomik poezji, wydany w 2016 roku w Wilnie, zadedykował Pan „Babci Basi, której zawdzięczam Wilno”.

Pamięć o wileńskich korzeniach i miłość do tego miasta została mi przekazana przez babcię. Chciałem jej w ten sposó, choćby symbolicznie, podziękować. Znam wiele jej wspomnień z okresu wileńskiego, m.in. o pięknym ogrodzie jej babci, spacerach na Zakrecie z ojcem czy wspólnych rodzinnych modlitwach w Ostrej Bramie, a także o wyjazdach na wieś pod Wilnem. Świat jej rodziny został brutalnie zniszczony przez wojnę, podczas której m.in. spłonął dom na Mysiej. Po II wojnie światowej, tak jak wielu Polaków z Litwy, ewakuowali się do Polski (świadomie nie używam słowa „repatriacja”, które sugeruje powrót do ojczyzny, a przecież oni, wyjeżdżając z Wilna, raczej opuścili swoją ojczyznę, niż do niej powrócili). Na Rossie zresztą do dzisiaj jest grób ojca chrzestnego mojej babci i jego żony, który odnalazłem kilka lat temu. Babcia wspomina jeszcze o grobie jednej cioci na cmentarzu Bernardyńskim, którego jednak chyba już nie uda się odszukać. Poza tym równie ciekawa jest historia rodziny Snarskich pochodzących z Brześcia nad Bugiem i terenów obecnej Białorusi, w każdym razie znaczna część moich korzeni sięga dawnych ziem II Rzeczypospolitej. Jeszcze inne geograficznie jest pochodzenie rodziny od strony mojej mamy. I chociaż moi przodkowie pochodzą z różnych stron, to najżywsza jest we mnie spuścizna wileńska. Taki ze mnie po prostu „wileński gdańszczanin”.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 6(16) 08-14/02/ 2020

Ilona Lewandowska:
Related Post