Czy jest za co abortować ministra Verygę?

50

Czytelnicy „Kuriera Wileńskiego” z moich komentarzy wiedzą, że wobec ministra zdrowia Litwy Aurelijusa Verygi żywię bardzo dużo krytycyzmu. Tym razem jednak wybuchła fala krytyki, do której nie tylko się nie przyłączę, ale uważam, że stawić jej należy czoła.

Minister, zapytany podczas konferencji prasowej o to, co mają robić kobiety, chcące dokonać aborcji na swoich nienarodzonych dzieciach, odpowiedział, że być może czas kwarantanny może być okazją do przemyślenia takiej decyzji. To jedno słowo – „przemyślenie” – wywołało falę krytyki zarówno znających się na wszystkim celebrytów, jak i obrońców praw człowieka. Ci ostatni stanęli nie w obronie wolności wypowiedzi (z której minister skorzystał), tylko „praw reprodukcyjnych”, których minister nie zaatakował ani nie ograniczył w żaden sposób.

Aborcja jest procedurą zostawiającą trwały ślad na ciele i psychice kobiety. W dużej części przypadków do takiego kroku kobiety są zmuszane przez ojców nienarodzonych dzieci, którzy nie chcą lub boją się ponosić odpowiedzialność. Większość zabijanych poprzez aborcję dzieci na świecie to właśnie dziewczynki. W obliczu tych faktów trudno mi zrozumieć nie tylko atak na ministra za zachęcenie do zastanowienia się, ale też brak właśnie zastanowienia się nad tymi faktami przez ludzi, którzy mówią, że bronią praw kobiet, ale nie chcą bronić samych kobiet. Trudno mi też zrozumieć, że milczą ci, którzy przy innych okazjach wypowiadają się o ochronie życia poczętego.