O dostojnym jubilacie Fryderyku Szturmowiczu

„Najważniejsze jest, żeby wszystko, co jest polskie, co było polskie, co pozostaje polskie, zawsze było na sercu” Fot. Marian Paluszkiewicz

Przyszedł na świat 21 czerwca 1940 r. w wileńskiej dzielnicy Śnipiszki. Dzięki swojej ciężkiej pracy i oddaniu stał się dumą polskiej społeczności na Litwie. Chętnie opowiedział „Kurierowi Wileńskiemu” o swoim życiu.

Pochodzę z polskiej, bardzo patriotycznej rodziny. W 1944 r., mając cztery lata, zostałem bez matki. Miałem siostrę starszą o dwa lata. Ale Bóg był łaskawy i chyba z tego powodu dał mi Anioła Stróża takiego, że przetrwałem do 80 lat. Mówię, że zamiast matki dostałem Anioła – przekonuje Fryderyk Szturmowicz.
Mimo dwóch lat różnicy (Fryderyk miał wówczas sześć lat, jego siostra Anna – osiem) zostali przyjęci do klasy drugiej pobliskiej, litewskiej szkoły przy Wiłkomierskiej. Wtedy nie było polskich szkół. Podczas sprawdzianu kwalifikacyjnego mały Fredzio zapytany przez dyrektora o litewską literę „v” powiedział, że gdyby ją podwoić, to wyszłoby normalne polskie „w”, co się bardzo spodobało egzaminującemu.

– Po roku dowiedzieliśmy się, że na Antokolu zaczęła działać polska szkoła. Macocha zaprowadziła nas więc do legendarnej wileńskiej „Piątki”. Do szkoły chodziło się co dnia z Wiłkomierskiej na piechotę przez Zielony Most i dalej nadbrzeżem wzdłuż Wilii. To był kawał drogi, ale to było normalne – wspomina jubilat.

– W 1956 r. otrzymałem upragnione świadectwo dojrzałości. Teraz co roku razem z kolegami odwiedzamy naszą szkołę. W szkole mieliśmy wspaniałych nauczycieli, jeszcze starej daty. Najbardziej w mojej pamięci zapisała się polonistka Maria Czekotowska, potrafiąca tak zafascynować literaturą, że zapominaliśmy o dzwonkach na przerwę, byliśmy gotowi w nieskończoność chłonąć to, o czym mówiła. Ona potrafiła nas skierować na wszystko, co polskie – nie kryje łez Fryderyk Szturmowicz.

Od nauczyciela do specjalisty od maszyn obliczeniowych

W 1955 r. powstawał Polski Ludowy Zespół Pieśni i Tańca „Wilia”. W 1956 r. Fryderyk trafił tu za namową stryjecznej siostry, Aliny Raczyckiej. Zespołowi „Wilia” zawdzięcza ponadto znajomość z chórzystką Władysławą Umecką, z którą 25 sierpnia 1972 r. stanęli na ślubnym kobiercu. Po roku urodziła się im pierwsza córka – Bożena, po pięciu latach – Justyna.
– 20 lat należałem do zespołu. Nie rozstaję się z nim nawet dzisiaj. Jestem aktywnym członkiem Klubu Weteranów „Wilii”. Dzisiaj jestem dumny, że wychowałem córki w duchu polskim. Obie mają rodziny. Starsza Bożena podarowała nam wnuczkę i dwóch wnuków, młodsza – wnuka. Obie mają za sobą studia. Starsza – na Uniwersytecie Gdańskim, na cybernetyce, młodsza – na Uniwersytecie Wileńskim, na polonistyce. Zajmują poważne stanowiska – opowiada z dumą.
W 1957 r. 16-letni, świeżo upieczony maturzysta przez rok nauczał w klasach początkowych w kołchozie „Oktiabarskaja rewoliucija” w Mieżańcach, położonych nieopodal Dukszt Pijarskich. Uczył czwartą klasę, a mały wzrost i drobna postura sprawiały, że można było mieć wątpliwości, kto jest nauczycielem, a kto uczniem.
– Gdy dowiedziałem się, że w Nowej Wilejce działa Instytut Nauczycielski, postanowiłem rozpocząć tam naukę. W 1959 r. dostałem dyplom nauczyciela języka polskiego szkół siedmioletnich, a jesienią tegoż roku zostałem powołany do wojska. W wojsku bardzo zainteresowałem się techniką. Wzięła mnie w swoje obroty. Służyłem w jednostce obrony przeciwlotniczej, tam było mnóstwo sprzętu, w tym obliczeniowego. Służyłem dwa lata, ponieważ z wojska zostałem zwolniony z powodów zdrowotnych. Wróciłem do domu, zacząłem szukać pracy. Kolega pracował przy maszynach do liczenia. Zaczęły się pojawiać bardziej precyzyjne maszyny, elektromechaniczne. Potrzeba było specjalistów, więc postanowiłem się przekwalifikować. Nadarzyła się okazja, aby zgłębić wiedzę na półtorarocznym szkoleniu w Moskwie. Skorzystałem z tego – przedstawia swoją historię Szturmowicz.

Fryderyk Szturmowicz z małżonką. / Fot. archiwum rodzinne

Nie usiedział bez pracy

Z Moskwy wrócił już jako specjalista. Od razu otrzymał zatrudnienie. Pracował w kilku stołecznych zakładach. 29 lat przepracował w znanej Wileńskiej Fabryce Obrabiarek „Żalgiris”, gdzie rozwijał karierę.

– W „Żalgirisie” zacząłem pracować jako jeden z pierwszych specjalistów. Musiałem samodzielnie zorganizować stację rachunkową. To było poważne wyzwanie. W zakładach pracy, w których większość pracowników stanowili Polacy, zaczęły powstawać koła ZPL. W naszym zakładzie dyrektorem też był Polak, Jerzy Siwicki. W działającym w owych czasach w Nowej Wilejce zakładzie „Žalgiris” (stąd pochodzi nazwa dzisiejszego koła ZPL „Grunwald”) do organizacji ZPL należeli ponadto Rosjanie i Białorusini. Do koła ZPL „Grunwald” zapisało się ponad 700 członków! To był ogromny sukces. Zbieraliśmy się w Domu Pracy. Omawialiśmy wszystkie bieżące sprawy, które dotyczyły nas, Polaków. Przez lat 15 z rzędu byłem niezmiennie wybierany do najwyższych władz tej organizacji – zaznacza.

Kiedy powstawała polska partia polityczna, Akcja Wyborcza Polaków na Litwie (AWPL), Fryderyk Szturmowicz był wśród tych, którzy partię zakładali. Po pieriestrojce „Żalgiris” zbankrutował. Fryderyk Szturmowicz nigdy nie usiedział bez pracy, od razu zaczął się rozglądać za inną. Szczęśliwym trafem dowiedział się o rozpisanym akurat przez Samorząd Rejonu Wileńskiego konkursie na etat pracownika ds. turystyki. Zgłosił się bez namysłu, przez dziewięć lat pełnił tę funkcję.
Obecnie jest na emeryturze, ale jak sam mówi, nie ma czasu się nudzić. – Z małżonką mieszkamy poza miastem, w Wiljanowie. Mamy działkę, więc mamy czym się zająć. Mamy także mieszkanie na Kalwaryjskiej, ale żona mówi, że już nigdy tam nie wrócimy, bo zostawić to, co mamy tutaj, byłoby przestępstwem. Czujemy się szczęśliwi w naszym domu. Często do nas przyjeżdżają córki z rodzinami – relacjonuje Fryderyk Szturmowicz.
– Nadal jestem członkiem koła AWPL, chociaż już nie piastuję obowiązków prezesa. Tuż przed jubileuszem przekazałem te obowiązki młodemu, energicznemu człowiekowi, Robertowi Pitkiewiczowi. Zastanawiam się też nad tym, żeby przekazać ster koła ZPL. Na razie nie mam komu. Nadal angażuję się w życie polityczne, staram się być tam, gdzie są Polacy. Staram się, żeby ludzie czuli się Polakami, żeby pamiętali o tym, że są Polakami. Tak jestem wychowany – podkreśla rozmówca „Kuriera Wileńskiego”.

Bezpartyjny kierownik

Prezydent RP w uznaniu wybitnych zasług w propagowaniu polskich tradycji, kultury i oświaty, za wieloletnią działalność w obchodzącym 15-lecie istnienia Związku Polaków na Litwie odznaczył w 2004 r. Fryderyka Szturmowicza Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi RP.

– Ogólnie biorąc, to były ciekawe lata. Cały czas coś się działo. Niezapomniane chwile bycia w „Wilii”. To były szczęśliwe lata. Mam rodzinę, którą niesamowicie cenię. Bo to jest podstawa, baza. Nie postąpiłbym dzisiaj w życiu inaczej, niż postąpiłem. Nie przekroczyłem siebie nawet wtedy, gdy chciano mnie w partii, ale ja nie wstąpiłem. A nieraz zapraszano mnie na pogawędki do politruków – przypomina sobie jubilat.

– Najtrudniej było po wzięciu ślubu kościelnego, ale mówiłem przełożonym, że to rodzina żony tak chciała. Jedyny „grzech partyjny”, jaki mam na sumieniu, to bycie w ciągu dwóch lat – podczas odbywania służby wojskowej – w szeregach komsomołu – podsumowuje Fryderyk Szturmowicz.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 29(82) 18-24/07/2020