Łukaszenki bajka dla Wileńszczyzny

„Panoczku, ja nic nie rozumiem, co oni tam mówią w tych swoich programach wyborczych, ty mi lepiej powiedz, gdzie trzeba postawić krzyżyk, aby Łukaszenka dalej był prezydentem” – w takich okolicznościach znalazłem się wcale nie na Białorusi, a przed mniej więcej dwudziestu laty w jednej z miejscowości w rejonie solecznickim, podczas robienia reportażu o kolejnych wyborach na Litwie.

Dzisiaj wcale już nie pamiętam, jakie to były wybory, parlamentarne czy prezydenckie, ale mocno już starsza pani, mieszkająca przy samej granicy z Białorusią, była święcie przekonana, że najlepszym prezydentem również dla Litwy (albo przynajmniej dla rejonu solecznickiego) byłby właśnie Aleksander Łukaszenka. Od tego kuriozalnego zapytania minęło już wiele lat i nie wiem, czy żyje moja rozmówczyni, ale na pewno wiem, że także dzisiaj na Wileńszczyźnie jest niemało osób, które w karcie do głosowania chętnie postawiłyby krzyżyk przy nazwisku białoruskiego dyktatora.

Czym ten były dyrektor kołchozu czaruje Wileńszczyznę? Bajką. Bajką tworzoną poprzez białoruską telewizję odbieraną na całej Wileńszczyźnie oraz powierzchownymi ocenami białoruskiej rzeczywistości robionymi na podstawie sporadycznych wypadów do naszego wschodniego sąsiada. „Pola zasiane, na ulicach czysto, domy świeżo wymalowane, fabryki pracują, medycyna bezpłatna” – tak wygląda katalog zalet białoruskiego „raju” na Ziemi. Jednak białoruska rzeczywistość wygląda znacznie bardzie skomplikowanie. Zakłady rzeczywiście pracują, ale – podobnie jak na Litwie – przeszła przez nie fala masowych zwolnień. Dla przykładu, w jednym z największych zakładów Lidy (obwód grodzieński), fabryce sprzętu elektrycznego, w latach 80. pracowało ponad 2,5 tys. osób, dzisiaj już tylko ok. 800.
Podobnie wygląda sytuacja w innym sztandarowym zakładzie Lidy, fabryce obuwia. Jak wynika z oficjalnych danych, w roku 2018 (nowszych danych brakuje) fabryka pracowała tylko na 21 proc. swoich możliwości produkcyjnych. I podobnie sytuacja wygląda w wielu innych białoruskich zakładach. Są po prostu niekonkurencyjne. Nic więc dziwnego, że średnia wypłata w tym kraju jest znacznie niższa niżeli minimalna na Litwie, a Białorusini masowo jadą zarobkować do Polski, Litwy i Rosji. Białoruska medycyna jest rzeczywiście bezpłatna, ale, w odróżnieniu od Litwy, dla emerytów lekarstwa na receptę są w stu procentach płatne. Na podobne „ale” natrafimy wielokrotnie w tej Łukaszenkowskiej bajce.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 39(112) 26/09-02/10/2020