Wileńszczyzna to nie Karabach

Z pewnością granice nakreślone przez wielką trójkę na konferencji jałtańskiej były w wielu przypadkach krzywdzące i niesprawiedliwe. Podobnie było z granicami wewnętrznymi ZSRS, które odziedziczyły po 1990 r. nowo powstałe po rozpadzie Związku kraje. Niezmiernie cieszę się, że przed 30 laty politycy z Polski i Litwy stanęli na wysokości zadania i zrezygnowali z wszelkich rewizji granic.

Bo gdyby ówczesne władze Rzeczypospolitej Polskiej poparłyby w jakikolwiek sposób dążenia do autonomii litewskich Polaków, to z dużym prawdopodobieństwem mielibyśmy Karabach na Wileńszczyźnie. Historia Górskiego Karabachu jest bardzo podobna do historii Wileńszczyzny. Po przewrocie bolszewickim 1917 r. Azerowie przy wsparciu Turcji zajęli region Górskiego Karabachu, gdzie większość mieszkańców stanowili Ormianie. Kraje zwycięskie w I wojnie światowej, mimo protestów Ormian, zaaprobowały ten stan rzeczy. Później, kiedy na te tereny wkroczyła Armia Czerwona i zlikwidowała młodą niepodległość republik zakaukaskich, Karabach został w granicach sowieckiego Azerbejdżanu. Taki stan rzeczy trwał do końca lat 80. XX w. Kiedy imperium komunistyczne zaczęło się chwiać, odnowił się konflikt azersko-ormiański. W 1991 r. na terenie Karabachu miejscowa władza, składająca się z Ormian, przeprowadziła referendum.

Większość opowiedziała się za niepodległością. Oczywiście niepodległość była tylko pretekstem do połączenia się z Armenią. Wkrótce rozpoczęła się regularna wojna między dwoma narodami, która zakończyła się zawieszeniem broni w 1994 r. Górski Karabach pozostał formalnie niezależnym państwem, którego co prawda nikt nie uznał, włącznie z macierzystą Armenią. Teraz obserwujemy kolejny etap konfliktu zbrojnego między Azerbejdżanem a Armenią, który destabilizuje cały region. Nietrudno sobie wyobrazić, że podobną sytuację moglibyśmy mieć dzisiaj na Litwie. Z pewnością w relacjach polsko-litewskich jest wiele do zrobienia. Jednak myli się ten, kto twierdzi, że przed 30 laty trzeba było zaostrzyć konflikt. Taki konflikt nie polepszyłby, a tylko pogorszyłby sytuację wileńskich Polaków. Bo każda rewizja granic – czy to na terenie byłego ZSRS, czy byłej Jugosławii – była poprzedzona krwawymi wojnami. I widzimy, że te konflikty są żywe do dzisiaj. Tak więc w tym momencie warto jest podziękować nie tylko politykom z Polski i Litwy, lecz także polskim działaczom na Litwie, którzy nie zgodzili się przyjąć broni od sowieckich generałów w 1990 r.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 40(115) 02-08/10/2020