Czyje są nasze komputery?

Szuryzm – to określenie stosowane wobec postawy bezrozumnego zaangażowania w jakąś ideę polityczną, najczęściej głupią samą w sobie, w sposób urągający rozumowi i godności człowieka. Jak łatwo sobie wyobrazić – pod nowym określeniem kryje się zjawisko stare niczym świat: zabobon.

Kiedyś szury niszczyły maszyny tkackie, później robiły rewolucje w Rosji i Hiszpanii, dziś mówią o płaskiej Ziemi i podpalają maszty 5G, chociaż tych u nas już nie ma, więc niszczone są inne urządzenia, które „wyglądają jak”. Zjawisko szuryzmu jest też często umiejętnie wykorzystywane. Z powodu szurów antyszczepionkowych niemożliwa jest jakakolwiek racjonalna dyskusja publiczna o polityce ochrony zdrowia, bo jest zakrzykiwana. Koncerny farmaceutyczne uwielbiają tych ludzi, gdyż szczepionki „bez rtęci” są po prostu o wiele droższe, a nawet jeśli występują jakieś efekty uboczne, to opinia publiczna woli to ignorować niż ryzykować bycie wrzuconym do jednego worka z wariatami. Podobnie jest w przypadku zagrożenia ze strony 5G.

Bo ani te fale nie powodują raka, ani też nie służą kontrolowaniu nanorobotów, którymi „czipuje” Bill Gates. Istnieje jednak zagrożenie prywatności danych i bez technologii 5G, choć dzięki niej to zagrożenie będzie szybsze i skuteczniejsze. Mianowicie w technologii „internetu rzeczy” do chmury podłączone są i gniazdka elektryczne, i żarówki, i czajniki, i inne urządzenia. To bardzo wygodne – będąc w pracy, można włączyć czy wyłączyć telefonem światło w domu, ustawić temperaturę kaloryfera, po drodze uruchomić czajnik, żeby była zagotowana woda na herbatę itd. Gorzej, kiedy coś pójdzie nie tak. Ostatnio awaria serwerów jednej z dużych firm produkujących smartfony i komputery spowodowała, że ludzie w kilku stanach USA zostali bez światła – wszak włączniki były kontrolowane przez internet. Problemem jest też to, że ta firma zyskała możliwość gromadzenia danych o tym, kiedy ludzie są w domu, w jakim pokoju i co robią przy użyciu swoich „sprytnych” urządzeń. Na szczęście można się zabezpieczyć. Można nie używać takich technologii albo mieć własny kontroler w domu, a nie w chmurze u producenta. Wymaga to więcej wysiłku i energii, ale daje wygodę, za którą nie płaci się swoimi danymi i bezpieczeństwem. Ale trzeba więcej czytać, podnosić swoje kompetencje. Niebycie szurem i krzykaczem – pomaga.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym “Kuriera Wileńskiego” nr 50(145) 12-18/12/2020