Wigilie polskie

Oczekiwanie na Boże Narodzenie w powszechnym odbiorze kojarzy się coraz częściej z zakupami, domową gonitwą za porządkiem, szykowaniem sałatek, prezentami, przejedzeniem. Media głównego nurtu nie piszą o Adwencie, jego znaczeniu – prędzej o przepisach na „noworoczne danie” czy tym, dokąd na „święta zimowe” wylecą celebryci.

Pomysł brukselskich biurokratów, by temperować język poprzez wyparcie nazwy „Boże Narodzenie” na rzecz „uroczystości zimowych”, w tym wszystkim wydaje się być jedynie dopinającą proces formalnością. Ale nie zawsze tak było. Oprócz wielu barwnych i bogatych tradycji bożonarodzeniowych, z ich kulinarną różnorodnością, dźwięcznością pieśni, radosnością zdobień, istnieje jeszcze jedna, która towarzyszyła naszym rodakom przez kilkaset lat. Zesłańcza. Od XVII w. Polacy byli zsyłani przez Moskwę na Wschód. Czasem, jak konfederaci barscy, pędzeni pieszo, w czasach późniejszych wywożeni wozami czy – podczas II wojny światowej – wiezieni w kolejowych wagonach (mało kto chce pamiętać, że większość tych wagonów Stalin otrzymał za darmo od Amerykanów, żeby mógł ich użyć do walki ze swoim niedawnym sprzymierzeńcem Hitlerem). Obraz zesłańczej niedoli ujął Jacek Malczewski w swojej „Wigilii na Syberii”. Smutni ludzie, każdy zanurzony w swoich troskach, rozbici społecznie, bez księdza (duchownych zsyłano w osobne miejsca) i błogosławieństwa. Inny Jacek, Kaczmarski, o tym obrazie później zaśpiewa: „Nie, nie, jesteśmy biedni i smutni,/chustka przy twarzy to katar./Nie będzie klusek z makiem i kutii,/będzie chleb i herbata”. Może trudno w to uwierzyć – jesteśmy dopiero trzecim pokoleniem od stuleci, które nie jest zagrożone zesłaniem. Ale doświadczenia przodków nie są obce i współczesnym. Kiedy zasiadamy do wigilijnych stołów, pamiętajmy o Andżelice Borys, Andrzeju Poczobucie i innych niewinnie więzionych i prześladowanych, którzy nie mają możliwości przełamania się opłatkiem, skosztowania dwunastu dań, a którzy przyjście na świat Zbawiciela przeżyją zamknięci w więziennej celi. I chociaż, jak kiedyś Wolter, flirtujący intelektualnie z caratem i zachwycający się jego „postępowością”, tak i teraz w cywilizowanym świecie zdarza się, że możni chętniej dają głos bandytom i tyranom (vide: stacje CNN i BBC robiące wywiady z Łukaszenką i Putinem), bez zająknięcia się o losach ich ofiar – my pamiętajmy. To nas czyni narodem.


Komentarz opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 51(147)18/12/2021-07/012/2022